środa, 7 sierpnia 2013

Narożnik gdyńskiego szpitala – czyli gdzie leży prawda?

Starzy gdynianie pamiętają, że narożnik szpitala miejskiego przy Placu Kaszubskim przez długie lata był niezabudowany. Ten fragment szpitalnej posesji ogrodzony był drewnianym płotem. Deski płotu były pomalowane seledynową farbą, a przez szpary w płocie widać było fundamenty budynku. Tak było do wiosny 1975 roku, bo wtedy to 30 kwietnia oddano do użytkowania gmach, który wypełnił narożnik. Na odbudowę, a właściwie na budowę tej „plomby” Gdynia czekała ponad 31 lat, bowiem skrzydło „starego” szpitala uległo zniszczeniu już w czasie wojny.

I w tym miejscu pojawiają się wątpliwości, dotyczące daty zniszczenia tej części szpitala, a także sprawców tego makabrycznego wydarzenia. Według mojej wiedzy bomby uszkodziły szpital jesienią 1943 roku. Miałem w tym czasie 9 lat i mieszkałem w Cisowej. Z opowiadań siostry i rodziców wiem, że nastąpiło to w czasie dużego, dziennego nalotu amerykańskiego na Gdynię jaki miał miejsce w sobotę 9 października 1943 roku. Po tym nalocie siostra wraz z nowo narodzoną siostrzenicą uciekła z ul. Świętego Piotra, z mieszkania swoich teściów i schroniły się w naszym skromnym mieszkaniu w Cisowej. To siostra opowiadała nam o tym bombardowaniu śródmieścia i portu oraz o makabrze, której była mimowolnym świadkiem.

Datę tego wydarzenia potwierdził ksiądz Klemens Przewoski, proboszcz z Oksywia, który w swoich wojennych wspomnieniach opublikowanych w „Roczniku Gdyńskim” nr 10, poza datą podaje szereg szczegółów i nazwisk ofiar tego bombardowania. Pisze też o bombie, która trafiła w schron gdzie ukryto około 100 chorych dzieci, ewakuowanych z tego szpitala w czasie nalotu.

Zupełnie inną datę wydarzeń podaje Eugeniusz Biadała, autor kilku tekstów dotyczących gdyńskiego szpitala opublikowanych w „Rocznikach Gdyńskich”.

W tym samym czasie co ksiądz Przewoski, pisze w tym samym numerze, że „stary szpital” na Placu Kaszubskim uległ uszkodzeniu w czasie nalotu nocnego w dniu 18 grudnia 1944 roku, nie wspominając nic o makabrycznym zbombardowaniu schronu z dziećmi.

Jeszcze inny przebieg zniszczenia podaje dr Andrzej Kolejewski w swojej interesującej książce pod tytułem „Dzieje szpitala na Placu Kaszubskim”. Autor ten przytacza relację siostry Franciszki Berek, przełożonej gdyńskich szarytek, właścicielek szpitala. Cytuję: „Budynek trzy piętrowy częściowo był zniszczony bombardowaniem aliantów (uszkodzone zostało jedno skrzydło starego szpitala i dach) (...) Budynek od Placu Kaszubskiego był uszkodzony w czasie nalotów na Gdynię przez lotnictwo angielskie w 1942 roku”.

Relacji tej Autorki nie komentuję, ani też nie prostuje, natomiast na str. 98 cytowanej książki pisze: „(...) W okresie okupacji Niemcy zaczęli budować bunkier przeciwlotniczy, łączący Plac Kaszubski z budynkiem szpitala, lecz zdołali wykonać jedynie fundamenty i nie zdążyli zrealizować reszty. W okresie nalotów alianckich jedna z bomb spadła na fundamenty bunkra, uszkadzając przy tym sąsiadującą z nim ścianę szczytową i dach starego Szpitala św. Wincentego. Po wyremontowaniu budynku w 1945 roku pozostałości po fundamentach bunkra na wiele lat otoczono wysokim płotem (...)”.

Więc jaka jest prawda?

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Technologie przeładunkowe w gdyńskim porcie

W roku bieżącym mija 90. rocznica uruchomienia gdyńskiego portu. Fakt ten skłonił mnie do dokonania retrospekcji technik przeładunkowych stosowanych na przestrzeni tych lat w naszym porcie. Już na pierwszy rzut oka widać, że techniki te ewoluowały, ułatwiając bądź wypierając przeładunki ręczne, zastępując je pracą urządzeń technicznych. Rozwój tych urządzeń miał na celu usprawnienie prac przeładunkowych, ich przyspieszenie, a tym samym skrócenie postoju statku w porcie, bowiem statek zarabia wtedy, gdy pływa i przemieszcza ładunek między portami.

Na zdjęciach pochodzących z początków gdyńskiego portu uderza całkowity brak dźwigów lub innych urządzeń służących przeładunkom. Świadczy to o tym, że prace przeładunkowe przy owym drewnianym molo jakim była „tymczasowa przystań' odbywały się wyłącznie ręcznie, siłą mięśni robotników portowych. Jedynym urządzeniem wspomagającym ich wysiłek, były bomy, czyli przymocowane do masztu belki i liny, którymi wciągano lub wyciągano ładunek. Prace te należało wykonać ostrożnie, tak aby nie uszkodzić ładunku, a równocześnie zgodnie z tzw. sztau planem. Ten graficznie wykonany rysunek określał rozmieszczenie partii ładunku, uwzględniając jego właściwości fizyczno – chemiczne, a także kolejność zawijania statku do poszczególnych portów. Prace te ze strony statku nadzorował I oficer, który odpowiedzialny był za ładunek. Ze strony portu nadzorował zwykle brygadzista zwany formanem, fachowiec, praktyk. W pierwszym okresie funkcjonowania naszego portu korzystano z fachowości formanów gdańskich, a także ze sztauerów, którzy poprzednio pracowali w niemieckich portach, i tam nabyli praktyki. Oddzielną grupą zawodową stanowili trymerzy, robotnicy zatrudniający się przy załadunku towarów sypkich.

Wraz z budową portu „murowanego” w porcie pojawiły się dźwigi portowe, a także nowa specjalizacja zawodowa, robotnik obsługujący to urządzenie czyli dźwigowy. Wprowadzono też inne urządzenia i maszyny np. taśmociągi, ładowarki i inne tak było przed i w czasie wojny.

W latach 60 – tych wprowadzono sztaplarki i palety transportowe.

Dalej były statki do przewozu kontenerów i paliw płynnych.

Oznacza to także, że zawody sztauer, trymera i dźwigowego uległy marginelizacji.

sobota, 3 sierpnia 2013

Zwykle kończyło się na planach

Do dziś spotkać można osoby, które z sentymentem wspominają „dekadę Gierka”, którą cechował dynamiczny okres inwestycyjny, pełne zatrudnienie i bardzo dużo obietnic. Inwestycje, o których wspominam miały zarówno ogólnokrajowy jak też lokalny charakter. Próbowano je realizować z pożyczone w zachodnich bankach pieniądze. Część tych kredytów zaprzepaszczono, część zmarnowano, a za część zrealizowano (w wielu przypadkach) obiekty nieprzemyślane, niepotrzebne, czyli rozgrzebane. Część zamierzeń pozostała w sferze planów, które z czasem porzucono, bowiem wyparły je plany następne, pozornie bardziej celowe i niezbędne. A dług zagraniczny rósł z miesiąca na miesiąc, by pod koniec owego „radosnego okresu” przekroczyć 20 miliardów dolarów.

Również w Gdyni na tej fali „radosnej twórczości” próbowano realizować z rozmachem różne inwestycje, z których dwie okazały się „niewypałami”, a jedną po latach dokończono za unijne pieniądze. Ta ostatnia to Estakada Kwiatkowskiego łącząca terminal kontenerowy z Obwodnicą Trójmiejską, a dwie pozostałe to Fabryka Białka Rybnego z Kryla oraz Fabryka Farb i Lakierów w Wielkim Kacku, która do dziś straszy żelbetonowym szkieletem.

Inne zamierzone inwestycje w tamtym okresie na terenie naszego miasta zostały już zapomniane, a kiedyś trąbiła o nich lokalna prasa i telewizja. Przypomnijmy tylko niektóre z nich. Otóż w 1974 roku miał powstać przy ul. Obrońców Wybrzeża wielki biurowiec „Energobloku”, w którym pracować miało około 1000 osób. Pod ul. Władysława IV wybudowany miał być tunel, a tuż obok podziemne garaże dla samochodów.

W tym samym rejonie na skrzyżowaniu ul. Abrahama i 22 – lipca (dzisiaj ul. Armii Krajowej) gdyńskie „Społem” miało wybudować Spółdzielczy Dom Towarowy. Stocznia im. Komuny Paryskiej (była taka w Gdyni) wybudować miała przy ul. Kieleckiej, nieopodal „Domu Wełny” (dzisiaj jest tam Wyższa Szkoła Administracji i Biznesu) Ośrodek Sportu i Rekreacji powstał dużo później trochę dalej i za unijne pieniądze. Planowano też rozbudowę Domu Marynarza dobudowując drugie skrzydło oraz basen kąpielowy.

To tyle o Centrum. Na peryferiach udało się rozbudować osiedle mieszkaniowe w Cisowej, Chyloni, na Obłużu i Karwinach.

Szkoda tylko, że nie zabudowano Meksyku i tak zwanego Wzgórza Komuny Paryskiej, które dotąd straszą i przypominają o początkach naszego miasta.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Początki Pogotowia Ratunkowego w Gdyni

Na początku XX wieku, Gdynia wieś pozbawiona była opieki medycznej. Ludność miejscowa, licząca zaledwie kilkaset osób leczyła się sposobami domowymi, ziołami, okładami, niekiedy zamawianiem choroby. Porody odbierały sąsiadki, a zęby wyrywano za pomocą nitki lub u pobliskiego kowala. Tak było na całym Pomorzu, we wszystkich kaszubskich wsiach, i tak też było w Gdyni.

Pierwsze ambulatorium we wsi uruchomiły w 1921 roku przybyłe tu siostry zakonne. Było one czynne w dni targowe, gdy przybywał tu specjalnie lekarz z Wejherowa. Ciężko chorych odsyłano do Pucka lub Wejherowa.

Szpitalnictwo gdyńskie wystartowało w zasadzie w czasie I wojny światowej, bowiem takie były potrzeby pruskiej armii. Rannymi i chorymi opiekowały się oczywiście Siostry Szarytki.

Już po wojnie w 1922 roku, mgr Antoni Małecki uruchomił przy ul. Starowiejskiej pierwszą w Gdyni Aptekę, która świadczyła też drobne zabiegi ambulatoryjne. Dopiero w 1924 roku osiadł w Gdyni na stałe lekarz Bronisław Skowroński.

Dwa lata później w 1926 roku, Siostry Szarytki za uzyskane ze sprzedaży gruntów pieniądze wybudowały przy Placu Kaszubskim kolejne budynki szpitalne. Do naszego miasta napływać zaczęli kolejni lekarze, a szpital tworzył nowe oddziały.

W 1928 roku szpital miał już 20 łóżek, a jego pierwszym ordynatorem został dr Bronisław Skowroński. W tym też czasie nagłośniono sprawę braku w Gdyni pogotowia ratunkowego, a przecież w budującym się w mieście i porcie nietrudno było o wypadek. Pod naciskiem miejscowej prasy, a konkretnie „Gazety Gdyńskiej” tzw. Kasa Chorych zaimprowizowała działalność pogotowia ratunkowego. Jak podała ta gazeta, pogotowie wystartowało z dniem 25 września 1928 roku. Zajęło ono pomieszczenie w Straży Pożarnej przy ul. Chrzanowskiego. Samochód – karetkę wypożyczono z Inowrocławia. Kierowcą tego pojazdu był Jan Krężelewski. Pogotowie wezwać można było telefonicznie na numer 17 08. lekarze w pogotowiu nie dyżurowali. W razie potrzeby kierowca jechał po lekarza do jego mieszkania.

Jak widać, początki były dość egzotyczne i skromne, ale pierwszy krok został zrobiony. Zainteresowanych tą tematyką i dalszymi losami Pogotowia w naszym mieście odsyłam do „Rocznika Gdyńskiego” nr 14 z 1999 roku, gdzie jest artykuł A. Kolejowskiego i E. Biadały „70 lat Pogotowia Ratunkowego w Gdyni”, z którego między innymi korzystałem pisząc ten tekst.