Przed laty, idąc od ulicy 10. Lutego, od ulicy Starowiejskiej, mijało się po lewej stronie lokal GZG pod nazwą "Myśliwska". Była to restauracja kategorii I, w której stosownie do nazwy serwowano dania z dziczyzny. Restaurację tę uruchomiono w połowie lat 60. ubiegłego wieku. O ile pamiętam lokal urządzono łącząc ze sobą dwa sąsiadujące ze sobą sklepy w jedno pomieszczenie. Po adaptacji i długotrwałym remoncie uruchomiono tę specjalistyczną restaurację.
Ponieważ w moim tekście na blogu oraz w "Gdyńskie bary, restauracje i kawiarnie w okresie PRL" zamieszczonym w 17. "Roczniku Gdyńskim" (2005), restaurację tę pominąłem i teraz chciałbym naprawić ten błąd i napisać o niej kilka słów.
Okno wystawowe lokalu zwracało na siebie uwagę przechodniów, gdyż było ozdobione wypchanymi dzikami. Wnętrze było niewielkie, stylizowane, o wystroju myśliwskim. Ściany lokalu, wyłożone boazerią, zdobiły gadżety związane z lasem i leśną zwierzyną. Były tam między innymi jelenie rogi różnej wielkości oraz wypreparowane bażanty. Meble były proste i dość niewygodne, gdyż zamiast wyściełanych krzeseł do stołów dostawiono drewniane kloce przykryte baranią skórą.
Niewielki bufet dysponował "Żubrówką", ginem (czyli jałowcówką) oraz jarzębiakiem. Dbano też o ciągłość sprzedaży markowego piwa butelkowego. Sprzedawano "Żywiec" i importowany "Radeberger". Smakosze piwa chętnie odwiedzali tę restaurację, pomimo że piwo sprzedawano wyłącznie do zamówionego dania obiadowego.
Dania z dziczyzny w "Myśliwskiej" uzależnione były od sezonu łowieckiego. Wyróżniały się dania obiadowe, rzadziej przystawki, bowiem zupy były podobne jak w innych lokalach (pomidorowa, rosół itp.). Serwowano tu między innymi pieczeń z dzika, sarninę, pieczeń z zająca lub kuropatwę. Lokalem kierowała filigranowa kobieta - pani Danka.
środa, 18 maja 2016
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Marzec 1945 - ostatni miesiąc niemieckiej okupacji (wspomnienia) część 2.
Część 1.
W
miarę nasilającego się z każdym dniem ostrzału radzieckiej
artylerii rannych koni przybywało, a tym samym zwiększała się
podaż koniny. Niemcy zwykle zadowalali się końską wątrobą, a
pozostałe mięso pozostawiali cywilom. Jedliśmy więc koński
gulasz, końskie zrazy, a gospodynie próbowały nawet gotować
koński rosół. Ten był jednak niesmaczny - mdły i słodkawy.
Wodę
nosiliśmy wiadrami z sąsiedniego "Babskiego Figla".
Gotowano na niej między innymi kawę zbożową korzystając z
zapasów wojennych tzw. Kafeschrot. Najbardziej odczuwano brak
chleba, który próbowano zastąpić ziemniakami. Pomimo codziennego
ostrzału dotarły do nas wieści, że piekarnia Reinarta (użytkowana
przez Tessmera) nadal jest czynna. W piątek 24 marca (dwa dni przed
wycofaniem się Niemców z Cisowej, Chyloni i Grabówka) moja siostra
Wanda zdobyła się na odwagę i polami, na skróty przedostała się
do piekarni po kartkowy chleb. Szybko wróciła niosąc ze sobą dwa
kilogramowe bochenki. Jak się później okazało, na następny chleb
przyszło nam poczekać kilka tygodni. Ten pierwszy "polski"
chleb przyniósł z pracy mój ojciec. Była to zapłata za pracę
przy budowie prowizorycznego pomostu, wiaduktu przy dworcu Gdynia
Główna Osobowa.
Wracając
do ostatnich marcowych dni okupacji przypomnieć wypada działalność
niemieckiej żandarmerii polowej (Feldgandarmerie). Jej dwuosobowe
patrole, uzbrojone w pistolety maszynowe i
oznaczone charakterystycznymi, blaszanymi półksiężycami
noszonymi na piersiach, poszukiwały dezerterów. W czasie jednego z
patroli skontrolowano także nasz bunkier, oczywiście bez rezultatu.
Jak się później okazało, dezerterów wieszano na pomoście dla
pieszych na Grabówku oraz do żerdzi przybitych do lip. Dezerterom
wieszano na szyjach tabliczki z napisem zdrajca, czyli Verräter.
Powieszeni dezerterzy wisieli tak przez kilka dni jako postrach dla
innych, potencjalnych tchórzy którzy nie widzieli sensu dalszej
walki za Führera.
W
Cisowej dezerterów się nie widziało. Natomiast na cmentarzu
przybywało żołnierskich grobów, jednakowych, oznaczonych
drewnianymi krzyżami w kształcie krzyży żelaznych. Pogrzeby
odbywały się nocami, dla bezpieczeństwa. My rankami odwiedzaliśmy
pobliski cmentarz między innymi po to aby policzyć niemieckie
groby. Zadanie to było ułatwione, gdyż Niemcy chowali swoich
zabitych obok siebie w rzędach. Wiadomo „Ordnung muß
sien!”.
Tymczasem
odgłosy walk natężały się z dnia na dzień, a właściwie z nocy
na noc, gdyż strzelanina zbliżała się nocami, a oddalała w
dzień. Największe natężenie walk dochodziło od strony Redy, Rumi
i Łężyc. Od strony Kacka i Witomina odgłosy były bardziej
stłumione, wyciszone przez zalesione wzgórza.
Sądząc
po odgłosach front na kilka dni zastygł w jednym miejscu. Tak było do soboty 25. marca. W niedzielę, przed południem ostrzał był symboliczny, a koło południa ustał całkowicie. Nawet lotnictwo radzieckie zaprzestało swoich harców.
We wczesnych godzinach po południowych Niemcy zaczęli się ewakuować. Niepostrzeżenie odjechały furmanki pozostawiając jedynie nieco bezużytecznych gratów, skrzynek na amunicję, blaszanych puszek po maskach przeciwgazowych, karabinów z połamanymi kolbami i bez zamków. Niebawem, brzegiem lasu od strony Strasznicy nadciągnęły gęsiego, wymęczone oddziały pierwszej linii frontu, które dotąd powstrzymywały radzieckie natarcie na przedmieścia Gdyni. Piechurzy szli noga w nogę, w postrzępionych mundurach polowych, z zapadniętymi twarzami, przekrwionymi z niewyspania oczami. Nie sposób było odróżnić ich szarż i stopni. Oficerowi, choć nieliczni, mieszali się z szeregowcami. Wszyscy jednakowo wyczerpani i skonani. Takich Niemców nigdy wcześniej nie widzieliśmy.
"Przemarsz" ten trwał kilka godzin, aż do wieczora. Potem nastała cisza i bezruch. Noc minęła, nam mieszkańcom ziemianki, spokojnie.
W poniedziałek 27. marca, szarym świtem z pagórków, falami, zaczęły spływać tyraliery czerwonoarmistów. W odstępach kilkunastominutowych spływały kolejne fale. Nikt do nich nie strzelał. Niemców nie było. Wycofali się już jakiś czas temu na Oksywską Kępę.
We wczesnych godzinach po południowych Niemcy zaczęli się ewakuować. Niepostrzeżenie odjechały furmanki pozostawiając jedynie nieco bezużytecznych gratów, skrzynek na amunicję, blaszanych puszek po maskach przeciwgazowych, karabinów z połamanymi kolbami i bez zamków. Niebawem, brzegiem lasu od strony Strasznicy nadciągnęły gęsiego, wymęczone oddziały pierwszej linii frontu, które dotąd powstrzymywały radzieckie natarcie na przedmieścia Gdyni. Piechurzy szli noga w nogę, w postrzępionych mundurach polowych, z zapadniętymi twarzami, przekrwionymi z niewyspania oczami. Nie sposób było odróżnić ich szarż i stopni. Oficerowi, choć nieliczni, mieszali się z szeregowcami. Wszyscy jednakowo wyczerpani i skonani. Takich Niemców nigdy wcześniej nie widzieliśmy.
"Przemarsz" ten trwał kilka godzin, aż do wieczora. Potem nastała cisza i bezruch. Noc minęła, nam mieszkańcom ziemianki, spokojnie.
W poniedziałek 27. marca, szarym świtem z pagórków, falami, zaczęły spływać tyraliery czerwonoarmistów. W odstępach kilkunastominutowych spływały kolejne fale. Nikt do nich nie strzelał. Niemców nie było. Wycofali się już jakiś czas temu na Oksywską Kępę.
piątek, 18 marca 2016
Marzec 1945 - ostatni miesiąc niemieckiej okupacji (wspomnienia) część 1.
Zamarznięte
truchło gniadosza leżało w przydrożnym rowie. Było to pierwsze
końskie truchło jakie w życiu widziałem. Leżało ono tuż za
domem Neumannów, wtedy ostatnim zabudowaniem Ćmirowa - po prawej
stronie ulicy Chylońskiej. Dalej, po prawej stronie w kierunku
Janowa, była Strasznica, jeszcze dalej pola uprawne. Dziś krajobraz
w tym miejscu jest inny. Wybudowano tutaj osiedle Sibeliusa i
powstały "klocki" domów jednorodzinnych.
Już
od stycznia, a nawet wcześniej ulicą Chylońską ciągnęły na
zachód zastępy uciekinierów z Żuław i Prus Wschodnich.
Przemieszczali się oni wozami, które przypominały mi tabor
cygański. Na noc zatrzymywali się w cisowskiej szkole, żeby skoro
świt ruszyć dalej, w kierunku Wejherowa, Lęborka i Słupska. Z
końcem stycznia kolumny te zawróciły, a dalsze już w tym kierunku
nie zmierzały. Niebawem pojawiły się na tym szlaku kolumny piesze
niemieckiej piechoty przemieszane z gromadami jeńców i więźniów.
Wtedy to widziałem wynędzniałe wraki ludzkie wychudzone, nędznie
odziane, w drewniakach. Ludzie Ci przewracali się o własne nogi.
Wtedy też znikło zmrożone truchło końskie, a w jego miejscu
pozostał tylko dokładnie obrany z mięsa szkielet koński.
W
tym czasie głośno mówiło się o katastrofie "Gustlofa",
o ryzykownej ewakuacji drogą morską, o zbliżającym się froncie,
o pancernych rosyjskich zwiadach tzw. panzerspitze, które
przerywając front przedzierały się na głębokie tyły wroga
siejąc panikę i spustoszenie. Wtedy to trafił do nas gdański
dziennik zwany po niemiecku "Danziger Vorpoten", w którym
znajdował się duży artykuł o walkach w rejonie Malborka i
zdjęciami ukazującymi ruiny zamku krzyżackiego wraz z
propagandowym komentarzem. To właśnie wtedy nocami słychać było
odgłosy walk. Początkowo ze wschody, a wnet także od południa i
zachodu. Wtedy to miejscowi Kaszubi zaczęli uciekać do swoich
krewnych zamieszkujących okoliczne wsie. Uważano bowiem, że
zostawanie w mieście jest bardzo niebezpieczne. Pozostawiono
mieszkania wraz z umeblowaniem, zabierając ze sobą wyłącznie
pościel i nieco kuchennego wyposażenia. Te opuszczone mieszkania
zajmowali niemieccy żołnierze, których liczne tyłowe oddziały
pojawiały się na naszym przedmieściu. Kwaterowały tu głównie
formacje transportowe, wykorzystywane do przewozu amunicji na front
oraz do przewozu rannych do punktów medycznych i szpitali polowych.
Samochody
ciężarowe (często napędzane gazem drzewnych tzw. Holzgasem)
kursowały przeważnie nocami, a w ciągu dnia, dla bezpieczeństwa
parkowano je między budynkami dodatkowo maskując drewnianymi
płotami, które rozbierano głównie na opał. W tym czasie, a był
to koniec lutego, przenieśliśmy się z naszego mieszkania do
ziemianki (zwanej bunkrem). Początkowo
był to schron Schulza, którego żona Marta, z pochodzenia Kaszubka,
namówiła swojego męża Karola żeby udzielił schronienia kilku
polskim rodzinom. Następnie przenieśliśmy
się do
własnej ziemianki, zbudowanej
niedaleko cmentarza, w przyległym do cisowskiego wąwozie.
W
naszym sąsiedztwie rozmieściły się jakieś jednostki niemieckie
zajmujące się transportem konnym. One, podobnie jak te wcześniej
wspomniane, również woziły amunicję na front, który w tym czasie
znalazł się już w rejonie Redy, Rumi, Łężyc i coraz bardziej
zbliżał się do Gdyni. Żołnierze ci kopali własne bunkry –
kryte dla siebie, a odkryte dla koni. Wozy pozostawały
niezabezpieczone pod sosnami.
Niemcy
w tym czasie spokornieli. Stali się normalni i przystępni.
Częstowali nas dzieci miętowymi pigułkami, które otrzymywali w
ramach dziennych przydziałów żywnościowych. Niekiedy dostał się
nam wojskowy sucharek.
Tymczasem
nasiliły się bombardowania i bezpośredni ostrzał radzieckiej
artylerii. Zapamiętałem trzy takie ogniowe nawały (nie licząc
codziennego nękania), z których jedną opisałem w tekście pod
tytułem: „Kartoflanka”. Głód zmusił nas do korzystania z
wcześniej przygotowanych sucharów, ziemniaków i koniny, której na
szczęście było pod dostatkiem, gdyż Niemcy dobijali ranne konie.
cdn...
czwartek, 11 lutego 2016
Sztambuch czyli pamiętnik
Według
„Słownika wyrazów obcych” Arcta sztambuch to książka do wpisu
lub rysunku przeznaczonego na pamiątkę. Innymi słowy sztambuch to
pamiętnik. Wśród inteligenckiej młodzieży pamiętnik
funkcjonował już od dziesiątek lat, chyba od XIX wieku. Nie mam
pojęcia jak sprawa z pamiętnikami ma się dziś. Czy nadal młodzież
szkolna prowadzi pamiętniki? Czy nadal dokonywane są wpisy i
rysunki w specjalnie do tego przeznaczonych albumach?
Wydaje
mi się, że dzieci odstąpiły od tej sympatycznej procedury,
pozwalającej wykazać się pomysłowością autora, jego
zdolnościami szczególnie graficznymi, gdyż wpisy były z reguły
sztampowe, powielane z pokolenia na pokolenie, niekiedy były
spontaniczne, szczere i nie pozbawione sentymentów.
W
zasadzie wszystkie gdyńskie dziewczyny w wieku szkolnym posiadały
własne pamiętniki, natomiast wśród chłopców pamiętniki
prowadzili tylko nieliczni. Po II Wojnie Światowej moda na
prowadzenie pamiętników nastała z końcem lat 40. ubiegłego wieku
i była powszechna wśród uczniów szkół podstawowych i średnich.
Wpisy do pamiętników robione były na zasadzie wzajemności
Wpisywali się koleżanki i koledzy z klasy. Rzadziej uczniom
wpisywali się nauczyciele.
Zwykle
wpis zajmował jedną stronę pamiętnika. Poza okolicznościowym
wierszykiem często znajdował się tam jakiś rysunek. Motywami
rysunków były serduszka, kwiatki, ptaszki lub stylizowane
satyryczno-komiczne postacie. Rysunki robiono ołówkiem, tuszem, a
barwiono kredkami, rzadziej akwarelą. Niekiedy tekst wpisu otoczony
był wianuszkiem kwiatków, a sam wpis starano się wykonać ozdobnym
pismem (co rzadko się udawało, zważywszy na powojennych uczniów z
dużymi brakami szkolnymi). Poza wpisem i rysunkiem z reguły
podawano datę wpisu, a niekiedy zaginano tóg strony, zdobiąc go
napisem „sekret”. W tym miejscu zamieszczano na przykład
wyznanie miłosne lub rysunek serca.
Wpisy
były na różnym poziomie, od cytatów poezji Asnyka czy
Mickiewicza, po amatorskie rymowanki. Poniżej prezentuję kilka
takich rymowanek pretendujących do poezji. Rymowanki te można
pogrupować na patriotyczne, miłosne, sentymentalne oraz
dydaktyczne. Oto wpis z roku 1946, gdy pamięć o wojnie była
jeszcze bardzo świeża i bolesna:
„Wojenne
wichry szumią nad światem,
Leją
się gorzkie łzy…
Na
polskiej ziemi pieśnią i kwiatem
Bądź
zawsze Ty.”
Inna
rymowanka:
„Gdy
w życiu Cię ktoś zrani,
A
w sercu ukaże się blizna,
Pamiętaj,
że więcej cierpiała
nasza
kochana Ojczyzna.”
I
kolejna patriotyczno – sentymentalna:
„Piękne
są róże perskiego ogrodu,
piękne
jest dziewczę polskiego narodu.
Polką
bądź zawsze, Polka bądź wszędzie,
To
każdy Polak kochać Cię będzie.”
A
oto próba rymowanki sentymentalnej:
„Gdy
opuścisz szkolne mury
i
w daleki pójdziesz świat,
wspomnij
mile, wspomnij czule,
koleżankę
z dawnych lat...”
I
religijno – patriotyczna:
„Idź
za Chrystusem,
dźwigaj
krzyż Jego,
bądź
dobrą Polką,
unikaj
złego.”
Pesymistyczno
– refleksyjna:
„Miłość
szczera nie umiera,
serce
moje kocha twoje…
A
gdy będziesz w grobie,
nie
zapomnę ja o Tobie.”
Rymowanka
o podobnej tonacji co poprzednia:
„Kiedy
skonam, kiedy umrę, kiedy już nie będzie mnie,
niech
ta karta Ci przypomni,
że
ktoś był co kochał Cię.”
A
teraz rymowanka bardziej religijna:
„Pij
ten kielich boskiej woli,
do
kropelki sącz,
a
twe serce co tak boli
z
bożym sercem złącz.
Niech
cichutko łzy Twe płyną,
do
Jezusa ran,
ziemskie
bóle wnet przeminą
i
pocieszy Pan.”
I
znów patriotyczno – religijna, tym razem z akcentem dydaktycznym:
„Mam
do Ciebie trzy prośby,
i
to bardzo skromne -
kochaj
Boga i Ojczyznę
i
pamiętaj o mnie.”
Również
do dydaktycznych rymowanek można zaliczyć:
„Idź
śmiało przez życie,
oglądaj
się co godzinę,
złap
szczęście za ogon
i
duś jak cytrynę.”
A z
rymowanek miłosnych zapamiętałem taką:
„Dwa
serca złączone, klucz rzucony w morze…
Nikt
nas nie rozłączy, tylko Ty o Boże.”
A na
koniec dydaktyczne ostrzeżenie:
„Na
górze róże, na dole mech,
nie
kochaj chłopców, bo to jest grzech.”
Subskrybuj:
Posty (Atom)