czwartek, 1 czerwca 2017

Gdyńskie przemilczane dzielnice, osiedla i kolonie

Na tylnej okładce "Rocznika Gdyńskiego" (nr. 14 z 1999 roku) zamieszczono schemat gdyńskich dzielnic autorstwa Grzegorza Leszczuka wraz z datami przyłączenia ich do Gdyni. Już pobieżny jego przegląd daje sporo informacji o przestrzennym rozwoju miasta, który trwał od roku 1925 wraz z przyłączeniem Oksywia, do 1975 kiedy przyłączono Chwarzno i Wiczlino. Skomentowanie całego schematu mogłoby stanowić treść osobnego artykułu, a to z kolei wiązałoby się z powtarzaniem treści zawartych w opracowaniach takich autorów jak Małkowski czy Ostrowski, a także niektórych haseł "Encyklopedii Gdyni".

W tym kontekście zdecydowałem się na uzupełnienie omawianego schematu o znane mi, a pominięte osiedla i kolonie wchodzące w skład dzielnic Gdyni. Uznałem, że takie podejście do tematu ocali je od zapomnienia i posłuży do zachowania wiedzy o nich dla kolejnych pokoleń gdynian.

Zacznijmy od dzielnicy najlepiej mi znanej - od Cisowej. Obecna Cisowa to "zlepek" kilku przyczółków, zabudowań i "dzielnic" czy osiedli. Na ten temat pisałem już gdzie indziej, dlatego tutaj tylko przypomnę pewne sprawy. Stara Cisowa, czyli Ćmirowo, to rejon ulic: Pszenicznej, Owsianej, Zbożowej, po zalesione wzgórza powyżej cisowskiego cmentarza. Z biegiem lat, a szczególnie w pierwszej połowie XX wieku w Ćmirowie powstała luźna zabudowa Cisowej, powstał tak zwany Babski Figiel, Strasznica, Cisowskie Pustki, a po drugiej stronie torów kolejowych Meksyk. W okresie późniejszym w rejonie Strasznicy wybudowano "za Gierka" osiedle Sibeliusa, a na polach uprawnych pomiędzy ul. Owsianą a Zbożową powstało skupisko wieżowców i pawilonów handlowo-usługowych. Przeobrażeniu uległo też samo Ćmirowo, głównie na skutek przeprowadzenia tędy dwupasmowej ul. Morskiej oraz licznych wyburzeń starej zabudowy.

Podobnej transformacji uległa Chylonia, która przez minione 100 lat zmieniła się nie do poznania. Stara Chylonia, ta z rejonu ul. Św. Mikołaja i Wiejskiej rozrosła się we wszystkich kierunkach. Już w okresie przedwojennym Chynonia wchłonęła Demptowo, częściowo tereny przy ul. Kartuskiej (później tzw. osiedle Gniewska), a po przeprowadzeniu ul. Morskiej, po obu stronach jej stronach wyrosły bloki i wieżowce. Enklawą, a raczej rodzajem skansenu pozostała część Meksyku aż po Pogórze Dolne. Mówiąc o Chyloni pamiętać warto o dwóch koloniach stanowiących integralną część tej dzielnicy o Kolonii Kolejowej i Kolonii Lotniczej. Pierwsza znajdowała się ona za torami kolejowymi koło przystanku SKM Gdynia Grabówek, na wysokości dawnego kina "Promień" (za PRL-u mieściła się tam między innymi dyrekcja "Warsu - Wagonów", dysponenta wagonów sypialnych i restauracynych). Z kolei Kolonia Lotnicza leżała pomiędzy Demptowem, a Cisowskimi Pustkami. Kolonia ta składała się z kilkunastu domów kilkurodzinnych wybudowanych przez Niemców dla ich lotników służących na lotnisku w Rumi i w Torpedowni  na Babich Dołach.

Innym "reliktem" pochodzącym aż z lat 20. XX wieku jest kilka domków przy ulicy Wiejskiej  jej styku z ulicą Hutniczą. Dawniej prowadził tędy "skrót" w kierunku na Oksywie, a potocznie nazywano go "chylońskimi łąkami". Stąd było blisko do portu i stoczni, więc zamieszkiwali tam robotnicy i urzędnicy tych instytucji. Domy te miały charakter substandardowy, czyli bez elektryczności, bieżącej wody i kanalizacji, sprawiało to, że czynsz za mieszkania (zwykle dwuizbowe to jest pokój z kuchnią) był bardzo niski.

Pomiędzy Starą Chylonią a Grabówkiem (rejon Nowej Gdyni), w kierunku na zalesione pagórki, powstały Leszczynki I i II. Dalej na wzgórzu znalazły się slumsy (później nazwane Wzgórzem Komuny Paryskiej), które "zamaskowane" od strony ul. Morskiej przez bloki i w ograniczonej wersji przetrwały do dziś.

W śródmieściu oryginalnym zabytkiem z czasu budowy portu na tak zwanych Oksywskich Piaskach jest Kolonia Rybacka położona przy ul. Waszyngtona (dawna ul. Nadbrzeżna). To tutaj wykwaterowano na początku lat 20. XX wieku rodziny rybaków z terenów niezbędnych do budowy portu.

Po przeciwnej stronie śródmieścia, tam gdzie kończy się ul. Świętojańska, idąc od strony Orłowa znajdował się przysiółek św. Jana. Dawniej był tu zajazd, kilka zabudowań, studnia i rozstaje dróg - jedna wiodąca w kierunku Wejherowa i druga na Oksywie. Ta ostatnia to obecnie główna ulica śródmieścia, czyli ul. Świętojańska. O istnieniu przysiółka świadczy również figura św. Jana i kilka starych lip, o czym już kiedyś wspominałem. Nieco dalej, po drugiej stronie torów w kierunku Małego Kacka, nieopodal ulicy Stryjskiej, na kilka zapyziałych domków, to tak zwana Psia Górka. Jakiś czas temu podano do publicznej wiadomości informację o zamiarze rewitalizacji Psiej Górki. Na czym owa rewitalizacja miała by polegać nie podano. Na razie jest ona odgrodzona od widoku z ulicy i kolei płotem dzwiękochłonnym.

Na Kępie Oksywskiej zmian na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci było więcej. Kto z przeciętnych mieszkańców Gdyni wie gdzie znajduje się Suchy Dwór, Stefanowo, Kacze Doły czy osiedle Paged o którym pisałem?  

Zachęcam mieszkańców osiedli i przysiółków pominiętych w tym tekście aby swoimi komentarzami ocalili od zapomnienia nazwy miejsc swojego zamieszkania wzbogacając tym samym naszą wiedzę o "Wielkiej Gdyni" jak kiedyś mawiano.

wtorek, 31 stycznia 2017

Miesiąc bez chleba

Ilekroć widzę przy śmietnikach walający się chleb nachodzą mnie smętne, wojenne i powojenne wspomnienia. W czasie wojny gdy chleb, podłej jakości, był reglamentowany, a jego dzienne racje były głodowe, przez kilka dni zimy 1942 roku łaknąłem chleba.
Mama dzieliła chleb pomiędzy członków naszej rodziny w sposób najbardziej sprawiedliwy jak mogła. Pamiętam, że mój dzienny przydział wynosił dwie skibki. Ojciec otrzymywał nieco więcej bo ciężko, fizycznie pracował.

Owe dzienne przydziały chleba uległy rozchwianiu, gdy schronienia w naszym domu szukał, zbiegły z obozu, młodszy brat taty, Janek. Trzeba go było odkarmić, a przecież nie dysponował kartkami na chleb, co oznaczało, że korzystał z naszych skromnych racji. Na szczęście pobyt Janka w naszym mieszkaniu trwał zaledwie kilka tygodni, ale braki jedzenia w domu, a szczególnie chleba były drastyczne i pamiętam je do dziś.

Kolejny brak chleba dotknął nas w pierwszym tygodniu wyzwolenia, to jest po ucieczce Niemców na Hel i zakończeniu wojny. Mama przewidując taką sytuację, już jesienią 1944 roku, zaczęła suszyć chleb na suchary, a także, w miarę dostępności składników, zresztą bardzo ograniczonych, wypiekała suche ciasteczka. Jesienne suchary w ilości około kilograma, zjadłem w czasie naszego zamieszkania w leśnym bunkrze.

Ostatni kartkowy chleb, jeszcze niemiecki, nabyliśmy trzy dni przed wkroczeniem Rosjan do Cisowej, czyli 24 marca 1945 roku. Zakupu dokonała moja siostra Wanda, w przypiekarnianym sklepiku Tessmera mieszczącym się przy ulicy Chylońskiej (nieopodal ul. Północnej). Następny chleb nasza rodzina nabyła już na polskie kartki żywnościowe, dopiero pod koniec kwietnia. Jak podają źródła, wydawanie chleba na powojenne kartki nastąpiło w naszym mieście z dniem 24 kwietnia 1945 roku.

W międzyczasie żywiliśmy się kartoflami i koniną. Sporadycznie na nasz stół trafiały dorsze, dostarczane przez szwagra. Na tranie z nich wytopionym smażono kartofle, placki ziemniaczane, a także rybne klopsy. Mama żartowała, że z braku innego tłuszczu zacznie na tranie wypiekać ciasta.

Do takiej konieczności nie doszło, gdyż po kilku tygodniach pracy przy odbudowie wiaduktu (tak zwany Wiadukt Pokoju przy ul. Dworcowej), tata ,w formie zapłaty, otrzymał kilku litrową bańkę z olejem rzepakowym. Nieco wcześniej dostał bochenek chleba z wojskowego wypieku.

Ja natomiast, za szpulkę nici, dostałem od radzieckiego sołdata, który reperował swój kożuch, pół bochenka czerstwego chleba. Było to jedno z tych wydarzeń, które zapamiętałem na zawsze.

sobota, 31 grudnia 2016

Stan wojenny w Gdyni

Stan wojenny w Gdyni wprowadzony przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (WRON) trwał, podobnie jak w całej Polsce, 19 miesięcy - od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983 roku.

Zanim gen. Jaruzelski ogłosił formalnie, w niedzielny poranek, stan wojenny, poczynione zostały do niego liczne organizacyjne przygotowania:
- wyselekcjonowano działaczy organizacyjnych przewidywanych do internowania;
- wyznaczono instytucje i przedsiębiorstwa przewidziane do objęcia ich nadzorem wojskowo-milicyjnym;
- wyznaczono miejsca zakwaterowania, czyli odizolowania, osób internowanych;
- opracowano scenariusz działań ekip wojskowych oraz ustalono składy osobowe tych ekip;
- przygotowano zestaw przepisów, zarządzeń i afiszy informujących o stanie wojennym i jego restrykcjach.

Równolegle do tych działań organizacyjnych wysłano w tak zwany teren Grupy Operacyjne. W pierwszej kolejności ich działaniem objęto gminy wiejskie i małe miasteczka. Natopiło to już latem 1981 roku. W drugim etapie zespoły wojskowe wkroczyły do dużych miast, w tym do Gdyni. Nastąpiło to wczesną jesienią 1981 roku. Wojskowy zespół pojawił się w Urzędzie Miejskim nieoczekiwanie. Składał się z kilkunastu oficerów Marynarki Wojennej dowodzonych przez komandora. W ekipie znajdowało się też dwóch oficerów innych formacji - major z wojsk obrony powietrznej i porucznik z Wojskowej Administracji Mieszkalnej. Grupie tej wyznaczono kilka pomieszczeń na I piętrze Urzędu Miasta, w pobliżu gabinetu Prezydenta Miasta. Grupa podpasowała się pod istniejącą strukturę urzędu, co oznaczało, że do każdego wydziału przydzielono "wojskowego opiekuna" w osobie oficera Marynarki Wojennej, który nadzorował pracę danego wydziału.
W początkowym okresie działania Grupy Operacyjnej nadzór ten był dorywczy. Zażądano wykazu podległych przedsiębiorstw, bądź instytucji oraz innych danych o charakterze statystycznym, a następnie do jednostek tych (według tylko sobie znanych kryteriów) skierowano "patrole" wojskowe dowodzone przed podoficerów Marynarki Wojennej.

W miarę upływu czasu działalność tych grup aktywizowała się. W listopadzie aktywność wojska wzrastała, wprost proporcjonalnie do nasilania się akcji strajkowych "Solidarności". Pewne złagodzenie napięcia nastąpiło po spotkaniu gen. Jaruzelskiego z kardynałem Glempem i Lechem Wałęsą. Odprężenie to było krótkotrwałe, bowiem na połowę grudnia planowano strajk generalny, który miał objąć zasięgiem cały kraj. Mówiono też o planowej przez ZSRR tak zwanej "bratniej pomocy" czyli radzieckiej zbrojnej interwencji na terenie Polski. Plotki te potwierdzały manewry rosyjskich wojsk na wschodniej granicy naszego kraju.

Tymczasem PZPR słabła. Wielu jej członków wstąpiło do "Solidarności", zaś w samej partii działać zaczęły tak zwane poziomki. Inaczej mówiąc struktury poziome, wyłamujące się z zasad "centralizmu demokratycznego" czyli podporządkowania decyzjom Komitetu Centralnego.

W tej sytuacji posiadając pełnię władzy (premiera i I sekretarza KC PZPR) gen. Jaruzelski zdecydował się na wprowadzenie "stanu wojennego", co jak wiadomo nastąpiło 13 grudnia 1981 roku.  WRON kierowany przez gen. Jaruzelskiego wprowadził szereg restrykcji, a głównie:
- internowania opozycjonistów i działaczy "Solidarności";
- wprowadzenie godziny policyjnej;
- wprowadzenie komisarzy wojskowych do instytucji i przedsiębiorstw;
- wprowadzenie patroli wojskowo-milicyjnych na ulice miast;
- wyłączenie telefonów;
- wprowadzenie przepustek zezwalających na poruszanie pomiędzy miastami i w obrębie miasta w czasie godziny policyjnej.
Poza tym zawieszono działalność lokalnej prasy, w miejsce dwóch dzienników ("Głosu Wybrzeża", "Dziennika Bałtyckiego") i popołudniówki "Wieczór Wybrzeża" zaczęto wydawać jeden wspólny dziennik, który nie miał swojej nazwy, za to miał ograniczoną objętość. Gazeta ta przez lokalną społeczność nazywana była "Trójgazetą" albo "Trójpolówką". W gazecie zatrudnieni byli dziennikarze pierwotnie pracujący w trzech zawieszonych czasopismach.
Sąd i prokuraturę objęto nadzorem wojska, a równocześnie sprawy łamania ustaleń WRON kierowane były do Sądu Marynarki Wojennej, który bardzo bezwzględnie ferował wyroki.

Za wszystkimi poczynaniami na terenie Gdyni i Trójmiasta stał admirał Janczyszyn, członek WRON. Wykonawcami jego rozkazów byli Komisarze Wojskowi na szczeblu miejskim. W ciągu trwającego stanu wojennego dokonano w naszym mieście ich trzykrotnej wymiany (średnio co pół roku).

W podległych terenowo przedsiębiorstwach komunalnych i handlowych cały czas stacjonowały grupy wojskowe w sile drużyny lub plutonu. W ten sposób nadzorowano między innymi takie firmy jak WPHS, OMS "Kosakowo", Zakłady Mięsne, piekarnię przemysłową przy ul. Hutniczej podległą GZPP oraz elektrownie, wodociągi itp.
Niebawem zmutowany dziennik doniósł, że na miejscowym rynku nastąpiła poprawa zaopatrzenia. Co pozostawię bez komentarza.

wtorek, 27 września 2016

Nalot na Gdynię - dwie wersje

Mija kolejna rocznica wielkiego amerykańskiego nalotu na nasze miasto (9 października 1943 roku). Był to pierwszy tak duży nalot na Gdynię i port. Ofiar śmiertelnych były setki. Zniszczenia w porcie i stoczniach znaczne - do dziś nie udało się ich dokładnie określić, a spisane po latach relacje świadków tego wydarzenia są pełne sprzeczności. Sprzeczne są też opisy tego nalotu w literaturze i publicystyce. Znana wybrzeżowa pisarka, mieszkanka Sopotu Stanisława Fleszarowa - Muskat, w swojej książce pt. " Tak trzymać" pisze o tym nalocie, który między innymi dotknął Cisową:

"... obrona przeciwlotnicza Gdyni zdążyła nakryć port i miasto zasłoną dymną. Ale północno - wschodni wiatr zniósł ją nad Cisową i tam - w te domniemane cele - władowali lotnicy większość bomb. Ubogie zabudowania tej dzielnicy rozpadły się w gruz i płonęły. (...) Wśród warzywnych ogrodów sterczały resztki granatów. (...) Zbombardowanie dzielnicy zamieszkanej wyłącznie przez Polaków, budziło jawną uciechę Niemców ...".

Nie mam pojęcia skąd pisarka wzięła taki obraz tego nalotu, kto jej taką wersję zrelacjonował. Moje wspomnienia, jako naocznego świadka, są zupełnie inne. Pisałem o tym we "Wiadomościach Gdyńskich" z 1998 roku, w artykule pt. "Wspomnienia naocznego świadka nalotu na Gdynię (09.10.1943).

W tym miejscu przypomnę tylko nieco zapamiętanych faktów. Nalot odbył się w sobotę, w południe. Trwał niedługo, samoloty leciały nad Gdynię i nad port. Na Cisową spadło zaledwie kilka bomb, na pole Lubnera, pomiędzy ul. Owsianą a Zbożową. Lejów po bombach było kilka, były głębokie i śmierdziały saletrą. Jeden lej był w lesie, powyżej cisowskiego cmentarza. Zabudowania w Cisowej nie odniosły znacznych uszkodzeń. Jedynie dwa budynki zniszczono w tym nalocie. Znajdowały się one przy ulicy Kartuskiej róg Chylońskiej. Tam zginęła cała polska rodzina. Jej pogrzeb odbył się na cisowskim cmentarzu kilka dni po nalocie. Pogrzeb zgromadził wielką rzeszę mieszkańców. Miał formę milczącej manifestacji. Niemcy nie ingerowali, byli obojętni.

Według opisu Stanisławy Fleszarowej - Muskat Cisowa w czasie nalotu zmieniła się ruiny. Tymczasem osiedle to przetrwało nalot w dobrej kondycji. Nie było pożarów, licznych zrujnowanych "ubogich zabudowań", resztek gratów i walającej się pościeli. Z kilkuset bomb jakie w tym nalocie zrzucono na Gdynię, port i stocznię, na Cisową spadło najwyżej kilkanaście, głównie na pola, łąki i las. Poza wspomnianymi ruinami dwóch przylegających do siebie budynków przy ulicy Kartuskiej, innych ruin czy ofiar śmiertelnych na naszym sobie nie przypominam.

Mam również wątpliwość co do zadymienia Cisowej sztuczną mgłą naniesioną z północno-wschodnim wiatrem ze śródmieścia i portu. Sam nalot przeżyłem w piwnicy naszego domu więc mgły nie widziałem. Natomiast po odwołaniu alarmu, gdy opuściliśmy piwnicę i wraz z gromadką kolegów z podwórka pobiegliśmy na pobliskie pola oglądać leje po bombach mgły nie było.

Zupełnie iny obraz tamtych wydarzeń podaje Aleksy Kaźmierczak w "Roczniku Gdyńskim" (nr 10 z 1991). W artykule "Samoloty nad Gotenhafen" autor pisze o skutkach nalotu dokonanego przez 8 Flotę Powietrzną USA w dniu 9. października i w kolejnych nalotach, które nastąpiły w późniejszym okresie.

Autor podaje nazwy basenów portowych, które ucierpiały w tamtym nalocie, wymienia nazwy uszkodzonych statków, wspomina o zniszczeniach w stoczni, natomiast nie wspomina o zbombardowaniu Cisowej. W tekście zamieszczone są także zamieszczone są dwie fotografie wykonane z lotu ptaka. Pierwsza z nich, wykonana w czasie nalotu, przedstawia stan zadymienia portu, natomiast druga została wykonana już po nalocie, ukazuje jego efekty. Świadczy ona o skuteczności nalotu w rejonie portu pomimo tak zwanego zamglenia, co jednoznacznie potwierdza, że większość bomb spadła na obszar będący celem tego powietrznego ataku.

poniedziałek, 5 września 2016

Zasłużyły sobie na pamięć

Kuźnie - bo o nich będzie tu mowa - pominięto zarówno w "Encyklopedii Gdyńskiej" jak i w "Bedekerze". Milczeniem odnosi się też do tego tematu również Ostrowski w swoich tekstach w "Rocznikach Gdyńskich", gdzie prezentuje poszczególne dzielnice Gdyni. Dopiero w tekście E. Obertyńskiego i J. Heidricha pt. "Obraz starej Gdyni" ("Rocznik Gdyński", nr 7, 1986) znalazłem wzmiankę dotyczącą kuźni Runkla. Autorzy podają jej lokalizację i zamieszczają zdjęcie. Według tego kuźnia położona była przy obecnej ul. Starowiejskiej vis a vis "Domku Abrahama", a następnie została przeniesiona w rejon św. Jana i przejęta przez Wesołowskiego. Co było przyczyną przeniesienia kuźni autorzy nie podają. Wymieniają natomiast drugą kuźnię Łukasza, znajdującą się również przy Starowiejskiej na posesji Wandtkiego nieopodal obecnej ul. 3 maja.

Kolejną wzmiankę o kuźniach znaleźć można w tekście k. Makłowskiego pt. "Szosa Gdańska" ("Rocznik Gdyński", nr 10, 1991), gdzie autor powtarza za poprzednikami kuźnię Runkla (przy św. Janie) oraz podaje lokalizację kuźni A. Stanickiego w Chyloni, mieszczącej się przy ulicy Świętego Mikołaja. I t by było na tyle jeśli chodzi o informacje z literatury.

Nigdzie nie wspomina się o roli jaką pełniły kuźnie w ówczesnym wiejskim życiu, o ich gospodarczym znaczeniu. Bywało przecież, że kuźnia (czasami młyn) była jedynym zakładem przemysłowym w danej wsi. Zarówno w starej Gdyni jak też w okalających ją wsiach, które stały się jej częścią, kuźnie służyły głównie do spełniania potrzeb komunikacji konnej  i rolnictwu. W kuźniach podkuwano konie, zakładano stalowe obręcze na koła wozów, wymieniano lub naprawiano osie kół. Tu też naprawiano pługi i brony, których nie zdołano naprawić "sposobem gospodarczym", czyli własnym, domowym sposobem. Podmiejskie folwarki miały zazwyczaj własne kuźnie pracujące na ich potrzeby. Również niektórzy gburzy posiadali kuźnie, głównie dla własnych, ale także dla sąsiedzkich potrzeb. Z dzieciństwa pamiętam taką kuźnię u małorolnego chłopa nazwiskiem Kowalewski, który miał swoje gospodarstwo w Cisowej przy ulicy Chylońskiej na przeciw domu Skielnika, nieopodal kuźni Jana Lubnera, tuż przy nowej szkole, która świadczyła kowalskie usługi. Zapewne chodziło o oszczędności.

Jak mi wiadomo w kuźniach wytwarzano drobny sprzęt rolniczy i ogrodowy. Robiono łańcuchy i zasuwy do bram, wytwarzano zawiasy, haki i haczyki, motyki i haczki do spulchniania ziemi czy kopania ziemniaków.

Kuźnia zwykle była jednoosobowa. Przy podkuwaniu konia kowalowi pomagał właściciel konia. Tak samo było przy zakładaniu obręczy na koła lub wymianie osi. Zazwyczaj kuźnie mieściły się w oddzielnych, murowanych budynkach, zapewne ze względu bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Ogień był głównym czynnikiem pomagającym w procesie technologicznym każdej kuźni. Poza kowadłem, zestawem młotów i obcęgów, w kuźni dominował piec w którym ogień podsycany ręczną lub nożną dmuchawą. Niekiedy do obsługi takiej dmuchawy zatrudniano chłopców z sąsiedztwa, dla których przyglądanie się z bliska pracy kowala było dużą atrakcją.

Gdy na przykład jesienią występowało wzmożone zapotrzebowanie na usługi kowalskie, w kuźni zatrudniano tymczasowo pomocników. We wrześniu 1939 roku byłem świadkiem takich wzmożonych prac kowalskich w kuźni Stanickiego w Chyloni. Osadzana tu kosy dla kosynierów. Przy pracy uwijało się kilku mężczyzn. Jak się później okazało, Stanicki "grał równocześnie na dwóch fortepianach". Jak podaje Małkowski był on polskim "patriotą", a równocześnie członkiem hitlerowskiej V Kolumny.

poniedziałek, 30 maja 2016

Drobna wojenna pamiątka

Porządkując rzeczy po mojej niedawno zmarłej żonie Sabinie, na dnie szuflady natrafiłem na niewielką, cynkową blaszkę. Był to identyfikator Sabiny sprzed ponad 70 lat, identyfikator dziewczynki wtedy siedmioletniej. Wszystko wskazuje na to, że powstał on jesienią 1943 roku, po wielkim amerykańskim nalocie na nasze miasto (9. października 1943). Nalot ten uświadomił zarówno okupantom jak i ludności polskiej pozostającej w mieście niebezpieczeństwo alianckich nalotów, śmiertelne niebezpieczeństwo. Po tym nalocie Niemcy wzmocnili obronę przeciwlotniczą miasta i portu, a w zakresie obrony biernej zwiększono liczbę punków sztucznego zamglenia oraz pospiesznie budowano schrony betonowe i ziemne (tzw. Splitergraben) dla ludności cywilnej.

O istniejącym, śmiertelnym zagrożeniu życia rodzina moich przyszłych teściów przekonała się na własnej skórze. W czasie wspomnianego nalotu zbombardowano między innymi kamienicę Albina Orłowskiego przy ulicy Świętojańskiej 68 róg Żwirki i Wigury 6. Bomba zdruzgotała strych i dwa piętra domu od strony ulicy Abrahama, a gruz zasypał ludzi ukrywających się w piwnicy, w tym rodzinę rodzinę mojego przyszłego teścia, zatrudnionego jako dozorca i palacz. Szczęśliwie obeszło się ofiar w ludziach, a dzięki połączeniom ewakuacyjnym w piwnicach, mój teść mógł wyprowadzić swoją rodzinę i przerażonych Niemców na bezpieczną odległość od gruzowiska. Wprawdzie przybudówka w której mieszkała rodzina mojej żony nie została zniszczona, zdecydowano o przeprowadzce do dziadka Szczepana Zaranka na ulicę Toruńską 7. Tu już nie było centrum miasta, tutaj było bezpieczniej. Zapewne wtedy teść wykonał dla swoich córeczek blaszane identyfikatory na wypadek rozproszenia lub śmierci części rodziny w kolejnych nalotach.

Inspirację do stworzenia identyfikatorów zaczerpnął zapewne z tak zwanych żołnierskich nieśmiertelników, z którymi zetknął się w czasie jako obrońca Oksywia we wrześniu 1939 roku. Identyfikatory dla dziewczynek miały służyć innemu celowi niż te żołnierskie. Chodziło przede wszystkim o ustalenie tożsamości dziecka oraz o wskazanie adresów najbliższej rodziny w przypadku gdyby rodzice dziewczynek zginęli lub zaginęli, co w warunkach wojennych było bardzo możliwe.

Przypatrzmy się nieco bliżej identyfikatorowi, jego wykonaniu i umieszczonym na nim danych. "Blaszka" ma kształt owalny. jej wymiary to 7,2 cm na 5,2 cm. W jej górnej części wykonano dwa otwory pozwalające na przeciągnięcie tasiemki lub sznurka aby można ją było nosić na szyi. "Blaszka" zapisana jest dwustronnie. Na awersie umieszczone są dane osobowe, a więc imię i nazwisko, data i miejsce urodzenia oraz adres zamieszkani. Na rewersie zaś nazwiska i adresy krewnych, w Grudziądzu i w Wierzchosławicach koło Gniewkowa, nieopodal Inowrocławia. Wszystkie napisy wykonano w języku niemieckim. Grawerunek jest dość głęboki, chociaż literki nie zawsze są równe, widać że wykonała go ręka amatora.





Rodzina moich przyszłych teściów przetrwała wojenną zawieruchę bez strat osobowych. Teść po wojnie pracował najpierw w UNRRA, a następnie przez wiele lat w Stoczni Marynarki Wojennej na Oksywiu. Moja przyszła żona Sabina, uczennica gdyńskich Urszulanek, pracowała umysłowo w gdyńskich firmach i instytucjach. Przed emeryturą w Gdyńskim "Społem".

Przeżyliśmy ze sobą 60 lat (bez 4 miesięcy). Była mi przez cały czas wiernym, czasami surowym przyjacielem i doradcą. Była pierwszym czytelnikiem moich tekstów, korektorką i krytykiem. Zawsze obiektywna i sprawiedliwa w swoich ocenach. Będzie mi jej brakowało...

Powyższy tekst w całości poświęcam Jej pamięci.

środa, 18 maja 2016

... a przy Abrahama była "Myśliwska"

Przed laty, idąc od ulicy 10. Lutego, od ulicy Starowiejskiej, mijało się po lewej stronie lokal GZG pod nazwą "Myśliwska". Była to restauracja kategorii I, w której stosownie do nazwy serwowano dania z  dziczyzny. Restaurację tę uruchomiono w połowie lat 60. ubiegłego wieku. O ile pamiętam lokal urządzono łącząc ze sobą dwa sąsiadujące ze sobą sklepy w jedno pomieszczenie. Po adaptacji i długotrwałym remoncie uruchomiono tę specjalistyczną restaurację.

Ponieważ w moim tekście na blogu oraz w "Gdyńskie bary, restauracje i kawiarnie w okresie PRL" zamieszczonym w 17. "Roczniku Gdyńskim" (2005), restaurację tę pominąłem i teraz chciałbym naprawić ten błąd i napisać o niej kilka słów.

Okno wystawowe lokalu zwracało na siebie uwagę przechodniów, gdyż było ozdobione wypchanymi dzikami. Wnętrze było niewielkie, stylizowane, o wystroju myśliwskim. Ściany lokalu, wyłożone boazerią, zdobiły gadżety związane z lasem i leśną zwierzyną. Były tam między innymi jelenie rogi różnej wielkości oraz wypreparowane bażanty. Meble były proste i dość niewygodne, gdyż zamiast wyściełanych krzeseł do stołów dostawiono drewniane kloce przykryte baranią skórą.

Niewielki bufet dysponował "Żubrówką", ginem (czyli jałowcówką) oraz jarzębiakiem. Dbano też o ciągłość sprzedaży markowego piwa butelkowego. Sprzedawano "Żywiec" i importowany "Radeberger". Smakosze piwa chętnie odwiedzali tę restaurację, pomimo że piwo sprzedawano wyłącznie do zamówionego dania obiadowego.

Dania z dziczyzny w "Myśliwskiej" uzależnione były od sezonu łowieckiego. Wyróżniały się dania obiadowe, rzadziej przystawki, bowiem zupy były podobne jak w innych lokalach (pomidorowa, rosół itp.). Serwowano tu między innymi pieczeń z dzika, sarninę, pieczeń z zająca lub kuropatwę. Lokalem kierowała filigranowa kobieta - pani Danka.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Marzec 1945 - ostatni miesiąc niemieckiej okupacji (wspomnienia) część 2.

Część 1.

W miarę nasilającego się z każdym dniem ostrzału radzieckiej artylerii rannych koni przybywało, a tym samym zwiększała się podaż koniny. Niemcy zwykle zadowalali się końską wątrobą, a pozostałe mięso pozostawiali cywilom. Jedliśmy więc koński gulasz, końskie zrazy, a gospodynie próbowały nawet gotować koński rosół. Ten był jednak niesmaczny - mdły i słodkawy. 

Wodę nosiliśmy wiadrami z sąsiedniego "Babskiego Figla". Gotowano na niej między innymi kawę zbożową korzystając z zapasów wojennych tzw. Kafeschrot. Najbardziej odczuwano brak chleba, który próbowano zastąpić ziemniakami. Pomimo codziennego ostrzału dotarły do nas wieści, że piekarnia Reinarta (użytkowana przez Tessmera) nadal jest czynna. W piątek 24 marca (dwa dni przed wycofaniem się Niemców z Cisowej, Chyloni i Grabówka) moja siostra Wanda zdobyła się na odwagę i polami, na skróty przedostała się do piekarni po kartkowy chleb. Szybko wróciła niosąc ze sobą dwa kilogramowe bochenki. Jak się później okazało, na następny chleb przyszło nam poczekać kilka tygodni. Ten pierwszy "polski" chleb przyniósł z pracy mój ojciec. Była to zapłata za pracę przy budowie prowizorycznego pomostu, wiaduktu przy dworcu Gdynia Główna Osobowa. 

Wracając do ostatnich marcowych dni okupacji przypomnieć wypada działalność niemieckiej żandarmerii polowej (Feldgandarmerie). Jej dwuosobowe patrole, uzbrojone w pistolety maszynowe i oznaczone charakterystycznymi, blaszanymi półksiężycami noszonymi na piersiach, poszukiwały dezerterów. W czasie jednego z patroli skontrolowano także nasz bunkier, oczywiście bez rezultatu. Jak się później okazało, dezerterów wieszano na pomoście dla pieszych na Grabówku oraz do żerdzi przybitych do lip. Dezerterom wieszano na szyjach tabliczki z napisem zdrajca, czyli Verräter. Powieszeni dezerterzy wisieli tak przez kilka dni jako postrach dla innych, potencjalnych tchórzy którzy nie widzieli sensu dalszej walki za Führera.

W Cisowej dezerterów się nie widziało. Natomiast na cmentarzu przybywało żołnierskich grobów, jednakowych, oznaczonych drewnianymi krzyżami w kształcie krzyży żelaznych. Pogrzeby odbywały się nocami, dla bezpieczeństwa. My rankami odwiedzaliśmy pobliski cmentarz między innymi po to aby policzyć niemieckie groby. Zadanie to było ułatwione, gdyż Niemcy chowali swoich zabitych obok siebie w rzędach. Wiadomo „Ordnung muß sien!”.

Tymczasem odgłosy walk natężały się z dnia na dzień, a właściwie z nocy na noc, gdyż strzelanina zbliżała się nocami, a oddalała w dzień. Największe natężenie walk dochodziło od strony Redy, Rumi i Łężyc. Od strony Kacka i Witomina odgłosy były bardziej stłumione, wyciszone przez zalesione wzgórza.

Sądząc po odgłosach front na kilka dni zastygł w jednym miejscu. Tak było do soboty 25. marca. W niedzielę, przed południem ostrzał był symboliczny, a koło południa ustał całkowicie. Nawet lotnictwo radzieckie zaprzestało swoich harców. 

We wczesnych godzinach po południowych Niemcy zaczęli się ewakuować. Niepostrzeżenie odjechały furmanki pozostawiając jedynie nieco bezużytecznych gratów, skrzynek na amunicję, blaszanych puszek po maskach przeciwgazowych, karabinów z połamanymi kolbami i bez zamków. Niebawem, brzegiem lasu od strony Strasznicy nadciągnęły gęsiego, wymęczone oddziały pierwszej linii frontu, które dotąd powstrzymywały radzieckie natarcie na przedmieścia Gdyni. Piechurzy szli noga w nogę, w postrzępionych mundurach polowych, z zapadniętymi twarzami, przekrwionymi z niewyspania oczami. Nie sposób było odróżnić ich szarż i stopni. Oficerowi, choć nieliczni, mieszali się z szeregowcami. Wszyscy jednakowo wyczerpani i skonani. Takich Niemców nigdy wcześniej nie widzieliśmy. 

"Przemarsz" ten trwał kilka godzin, aż do wieczora. Potem nastała cisza i bezruch. Noc minęła, nam mieszkańcom ziemianki, spokojnie. 

W poniedziałek 27. marca, szarym świtem z pagórków, falami, zaczęły spływać tyraliery czerwonoarmistów. W odstępach kilkunastominutowych spływały kolejne fale. Nikt do nich nie strzelał. Niemców nie było. Wycofali się już jakiś czas temu na Oksywską Kępę. 

piątek, 18 marca 2016

Marzec 1945 - ostatni miesiąc niemieckiej okupacji (wspomnienia) część 1.

Zamarznięte truchło gniadosza leżało w przydrożnym rowie. Było to pierwsze końskie truchło jakie w życiu widziałem. Leżało ono tuż za domem Neumannów, wtedy ostatnim zabudowaniem Ćmirowa - po prawej stronie ulicy Chylońskiej. Dalej, po prawej stronie w kierunku Janowa, była Strasznica, jeszcze dalej pola uprawne. Dziś krajobraz w tym miejscu jest inny. Wybudowano tutaj osiedle Sibeliusa i powstały "klocki" domów jednorodzinnych. 

Już od stycznia, a nawet wcześniej ulicą Chylońską ciągnęły na zachód zastępy uciekinierów z Żuław i Prus Wschodnich. Przemieszczali się oni wozami, które przypominały mi tabor cygański. Na noc zatrzymywali się w cisowskiej szkole, żeby skoro świt ruszyć dalej, w kierunku Wejherowa, Lęborka i Słupska. Z końcem stycznia kolumny te zawróciły, a dalsze już w tym kierunku nie zmierzały. Niebawem pojawiły się na tym szlaku kolumny piesze niemieckiej piechoty przemieszane z gromadami jeńców i więźniów. Wtedy to widziałem wynędzniałe wraki ludzkie wychudzone, nędznie odziane, w drewniakach. Ludzie Ci przewracali się o własne nogi. Wtedy też znikło zmrożone truchło końskie, a w jego miejscu pozostał tylko dokładnie obrany z mięsa szkielet koński. 

W tym czasie głośno mówiło się o katastrofie "Gustlofa", o ryzykownej ewakuacji drogą morską, o zbliżającym się froncie, o pancernych rosyjskich zwiadach tzw. panzerspitze, które przerywając front przedzierały się na głębokie tyły wroga siejąc panikę i spustoszenie. Wtedy to trafił do nas gdański dziennik zwany po niemiecku "Danziger Vorpoten", w którym znajdował się duży artykuł o walkach w rejonie Malborka i zdjęciami ukazującymi ruiny zamku krzyżackiego wraz z propagandowym komentarzem. To właśnie wtedy nocami słychać było odgłosy walk. Początkowo ze wschody, a wnet także od południa i zachodu. Wtedy to miejscowi Kaszubi zaczęli uciekać do swoich krewnych zamieszkujących okoliczne wsie. Uważano bowiem, że zostawanie w mieście jest bardzo niebezpieczne. Pozostawiono mieszkania wraz z umeblowaniem, zabierając ze sobą wyłącznie pościel i nieco kuchennego wyposażenia. Te opuszczone mieszkania zajmowali niemieccy żołnierze, których liczne tyłowe oddziały pojawiały się na naszym przedmieściu. Kwaterowały tu głównie formacje transportowe, wykorzystywane do przewozu amunicji na front oraz do przewozu rannych do punktów medycznych i szpitali polowych. 

Samochody ciężarowe (często napędzane gazem drzewnych tzw. Holzgasem) kursowały przeważnie nocami, a w ciągu dnia, dla bezpieczeństwa parkowano je między budynkami dodatkowo maskując drewnianymi płotami, które rozbierano głównie na opał. W tym czasie, a był to koniec lutego, przenieśliśmy się z naszego mieszkania do ziemianki (zwanej bunkrem). Początkowo był to schron Schulza, którego żona Marta, z pochodzenia Kaszubka, namówiła swojego męża Karola żeby udzielił schronienia kilku polskim rodzinom. Następnie przenieśliśmy się do własnej ziemianki, zbudowanej niedaleko cmentarza, w przyległym do cisowskiego wąwozie.

W naszym sąsiedztwie rozmieściły się jakieś jednostki niemieckie zajmujące się transportem konnym. One, podobnie jak te wcześniej wspomniane, również woziły amunicję na front, który w tym czasie znalazł się już w rejonie Redy, Rumi, Łężyc i coraz bardziej zbliżał się do Gdyni. Żołnierze ci kopali własne bunkry – kryte dla siebie, a odkryte dla koni. Wozy pozostawały niezabezpieczone pod sosnami.
Niemcy w tym czasie spokornieli. Stali się normalni i przystępni. Częstowali nas dzieci miętowymi pigułkami, które otrzymywali w ramach dziennych przydziałów żywnościowych. Niekiedy dostał się nam wojskowy sucharek.

Tymczasem nasiliły się bombardowania i bezpośredni ostrzał radzieckiej artylerii. Zapamiętałem trzy takie ogniowe nawały (nie licząc codziennego nękania), z których jedną opisałem w tekście pod tytułem: „Kartoflanka”. Głód zmusił nas do korzystania z wcześniej przygotowanych sucharów, ziemniaków i koniny, której na szczęście było pod dostatkiem, gdyż Niemcy dobijali ranne konie. 

cdn...

czwartek, 11 lutego 2016

Sztambuch czyli pamiętnik

Według „Słownika wyrazów obcych” Arcta sztambuch to książka do wpisu lub rysunku przeznaczonego na pamiątkę. Innymi słowy sztambuch to pamiętnik. Wśród inteligenckiej młodzieży pamiętnik funkcjonował już od dziesiątek lat, chyba od XIX wieku. Nie mam pojęcia jak sprawa z pamiętnikami ma się dziś. Czy nadal młodzież szkolna prowadzi pamiętniki? Czy nadal dokonywane są wpisy i rysunki w specjalnie do tego przeznaczonych albumach?

Wydaje mi się, że dzieci odstąpiły od tej sympatycznej procedury, pozwalającej wykazać się pomysłowością autora, jego zdolnościami szczególnie graficznymi, gdyż wpisy były z reguły sztampowe, powielane z pokolenia na pokolenie, niekiedy były spontaniczne, szczere i nie pozbawione sentymentów.

W zasadzie wszystkie gdyńskie dziewczyny w wieku szkolnym posiadały własne pamiętniki, natomiast wśród chłopców pamiętniki prowadzili tylko nieliczni. Po II Wojnie Światowej moda na prowadzenie pamiętników nastała z końcem lat 40. ubiegłego wieku i była powszechna wśród uczniów szkół podstawowych i średnich. Wpisy do pamiętników robione były na zasadzie wzajemności Wpisywali się koleżanki i koledzy z klasy. Rzadziej uczniom wpisywali się nauczyciele.

Zwykle wpis zajmował jedną stronę pamiętnika. Poza okolicznościowym wierszykiem często znajdował się tam jakiś rysunek. Motywami rysunków były serduszka, kwiatki, ptaszki lub stylizowane satyryczno-komiczne postacie. Rysunki robiono ołówkiem, tuszem, a barwiono kredkami, rzadziej akwarelą. Niekiedy tekst wpisu otoczony był wianuszkiem kwiatków, a sam wpis starano się wykonać ozdobnym pismem (co rzadko się udawało, zważywszy na powojennych uczniów z dużymi brakami szkolnymi). Poza wpisem i rysunkiem z reguły podawano datę wpisu, a niekiedy zaginano tóg strony, zdobiąc go napisem „sekret”. W tym miejscu zamieszczano na przykład wyznanie miłosne lub rysunek serca.

Wpisy były na różnym poziomie, od cytatów poezji Asnyka czy Mickiewicza, po amatorskie rymowanki. Poniżej prezentuję kilka takich rymowanek pretendujących do poezji. Rymowanki te można pogrupować na patriotyczne, miłosne, sentymentalne oraz dydaktyczne. Oto wpis z roku 1946, gdy pamięć o wojnie była jeszcze bardzo świeża i bolesna:
Wojenne wichry szumią nad światem,
Leją się gorzkie łzy…
Na polskiej ziemi pieśnią i kwiatem
Bądź zawsze Ty.”

Inna rymowanka:
Gdy w życiu Cię ktoś zrani,
A w sercu ukaże się blizna,
Pamiętaj, że więcej cierpiała
nasza kochana Ojczyzna.”

I kolejna patriotyczno – sentymentalna:
Piękne są róże perskiego ogrodu,
piękne jest dziewczę polskiego narodu.
Polką bądź zawsze, Polka bądź wszędzie,
To każdy Polak kochać Cię będzie.”

A oto próba rymowanki sentymentalnej:
Gdy opuścisz szkolne mury
i w daleki pójdziesz świat,
wspomnij mile, wspomnij czule,
koleżankę z dawnych lat...”

I religijno – patriotyczna:
Idź za Chrystusem,
dźwigaj krzyż Jego,
bądź dobrą Polką,
unikaj złego.”

Pesymistyczno – refleksyjna:
Miłość szczera nie umiera,
serce moje kocha twoje…
A gdy będziesz w grobie,
nie zapomnę ja o Tobie.”

Rymowanka o podobnej tonacji co poprzednia:
Kiedy skonam, kiedy umrę, kiedy już nie będzie mnie,
niech ta karta Ci przypomni,
że ktoś był co kochał Cię.”

A teraz rymowanka bardziej religijna:
Pij ten kielich boskiej woli,
do kropelki sącz,
a twe serce co tak boli
z bożym sercem złącz.
Niech cichutko łzy Twe płyną,
do Jezusa ran,
ziemskie bóle wnet przeminą
i pocieszy Pan.”

I znów patriotyczno – religijna, tym razem z akcentem dydaktycznym:
Mam do Ciebie trzy prośby,
i to bardzo skromne -
kochaj Boga i Ojczyznę
i pamiętaj o mnie.”

Również do dydaktycznych rymowanek można zaliczyć:
Idź śmiało przez życie,
oglądaj się co godzinę,
złap szczęście za ogon
i duś jak cytrynę.”

A z rymowanek miłosnych zapamiętałem taką:
Dwa serca złączone, klucz rzucony w morze…
Nikt nas nie rozłączy, tylko Ty o Boże.”

A na koniec dydaktyczne ostrzeżenie:
Na górze róże, na dole mech,
nie kochaj chłopców, bo to jest grzech.”

sobota, 5 grudnia 2015

Nieszczęścia chodzą stadami

Znane powszechnie przysłowie powiada, że nieszczęścia chodzą parami. W przypadku jednej gdyńskiej rodziny przysłowie to należałoby zmodyfikować i nadać mu brzmienie jak w tytule. Wprawdzie nieszczęść tych w tej rodzinie było "tylko" trzy, ale za to ich "ciężar gatunkowy" był przeogromny. Ale zacznijmy opowieść od początku.

Kaszubska rodzina o której tragedii tu opowiem przybyła spod Tuchomka i osiedliła się w Cisowej. Był początek lat dwudziestych XX wieku gdy zdecydowano o budowie portu "przy Gdyni" i co oczywiste o budowie miasta, które miało przyjąć nazwę dotychczasowej wsi. Pierwszy przybył ojciec rodziny Franciszek, od niedawna żonaty z dziewczyną z sąsiedztwa. Słabo mówił po polsku, kalecząc ojczysty język licznymi niemieckimi słowami. O pomoc w osiedleniu się zwrócił się do miejscowych Kaszubów, którzy chętnie wsparli rodaka. Wydzierżawił on od miejscowego gbura niewielką piaszczystą działkę i przystąpił do działania. W tartaku, na Grabówku kupił nieco odpadowych desek i z nich sklecił szopę-warsztat, w którym zamieszkał. Tam też zabrał się do wyrobu we własnym zakresie stolarki budowlanej, w jej sąsiedztwie do wytwarzania wapiennych cegieł. Pieniądze na zakup materiałów zdobywał pracując w porcie, a właściwie przy jego budowie.

W pracach tych wspierał go kuzyn, który okazał się bardzo pomocny, a co najważniejsze pracował bez wynagrodzenia, jedynie za obietnicę zamieszkania w budującym się baraku. Jesienią, po kilkumiesięcznej harówce parterowy barak nadawał się do zamieszkania. Wtedy też do Cisowej przybyła ciężarna żona i wnet na świat przyszedł pierworodny syn, któremu nadano imię Franciszek po ojcu.

Harując w porcie i u miejscowych gburów, ojciec rodziny zapewniał stabilny byt, powiększającej się o kolejce dzieci, rodzinie. Gromadka dzieci liczyła już czworo "przychówku". Wzorem ówczesnych zamężnych kobiet, żona Franciszka zajmowała się domem to jest wychowaniem dzieci, pracami domowymi, ogródkiem przydomowym oraz hodowlą kur i królików, które zasiedlały przydomowe chlewiki.

Czas płynął pracowicie, ale spokojnie. Dzieci dorastały. Dzięki zaradności rodziców, rodzina żyła w miarę dostatnio. Spokojne bytowanie przerwał wybuch wojny. Franciszka zmobilizowano i wcielono do Obrony Narodowej. Walczył pod Wejherowem i na Kępie Oksywskiej, gdzie dostał się do niewoli z której rychło został zwolniony. Powrócił do pracy w porcie, ale wnet został przeniesiony do Marine Bekleidungs Amtu - intendentury niemieckiej marynarki wojennej zajmującej się umundurowaniem. Remanent przeprowadzony w magazynach ujawnił manko w bieliźnie i obuwiu. Podejrzenia padły na wszystkich pracowników, ale w szczególności podejrzani byli pracujący tam Polacy. Rewizja w domu Franka ujawniła parę sztuk kalesonów z trokami, typowej dla wojska bielizny. Franciszek został aresztowany pod zarzutem kradzieży, a kalesony oczywiście skonfiskowano.

Wobec oczywistego przestępstwa Franciszkowi groziło więzienie lub obóz koncentracyjny. Niemcy zaproponowali mu wyjście alternatywne czyli przyjęcie niemieckiej listy narodowościowej tak zwanej Volksliste, co było równoznaczne z powołaniem do Wehrmachtu. Mając nóż na gardle Franciszek skorzystał z hitlerowskiej propozycji i wnet już jako niemiecki żołnierz znalazł się w Norwegii, w zamia za co cała rodzina jako "Niemcy" otrzymała zwiększone racje żywnościowe w ramach obowiązujących reglamentacji.

Wojna dobiegła końca. Rodzina wyczekiwała powrotu Franciszka z wojny, wszystko bowiem wskazywało na to, że w Norwegii udało mu się wojnę przeżyć. I wtedy spadły na nich niespodziewanie dwa kolejne ciosy. Rosjanie zbiorowo zgwałcili najstarszą córkę, którą "życzliwi" wskazali jako Niemkę. Najmłodszy syn Franciszka, już po wojnie, manipulując zapalnikiem od granatu, stracił lewą rękę, prawe oko, a jego twarz oszpeciły liczne blizny. Franciszek po kliku miesiącach powrócił z wojny, ale jego rodzina została na zawsze okaleczona...

poniedziałek, 9 listopada 2015

Emigracja to nie dramat…

Te wyżej przytoczone słowa padły w trakcie kampanii wyborczej na prezydenta RP, tuż przed wyborami. Trudno z tym stanowiskiem się nie zgodzić, gdyż w rzeczywistości emigracja to nie dramat, a tragedia. Doświadczyło tej tragedii setki tysięcy Polaków na przestrzeni ostatnich 150 lat naszej narodowej historii. Początki nasilonej to jest masowej emigracji wystąpiły już w połowie XIX wieku. Nasi rodacy emigrowali z wszystkich zaborów. Z zaboru pruskiego przez Hamburg, Bremę i Gdańsk, z zaboru austriackiego przez porty Morza Śródziemnego, a z zaboru rosyjskiego przez Petersburg. Emigrowano za pracą i chlebem do krajów Europy Zachodniej (Niemcy, Belgia, Francja, Wielka Brytania), a także za ocean do USA, Kanady i Argentyny.

Emigracja miała dwojaki charakter: emigracji sezonowej i stałej. Sezonowo, czyli na ograniczony czas, emigrowano do prac polowych po których zakończeniu powracano do rodzinny wsi. Emigrację tę praktykowały zazwyczaj osoby samotne, nie posiadające własnych rodzin, natomiast na emigrację stałą udawały się zarówno osoby samotne, jak i całe rodziny wraz z dziećmi. Często bywało, że na stałą emigrację udawał się ojciec rodziny z zamiarem sprowadzenia do nowej "ojczyzny" pozostałych członków rodziny, co nie zawsze się udawało. Dla takich rodzin oznaczało to rozbicie, utratę więzów,  a często też wynagrodzenie emigranta. To mniej więcej w tym czasie Henryk Sienkiewicz napisał nowelę "Za chlebem" i powstała nostalgiczna pieśń "Góralu czy Ci nie żal…" śpiewana do dziś.

O "emigracyjne wspomnienia" otarłem się już w dzieciństwie. To mój ojciec Edward wspominał swój pobyt w Nadrenii i pracę w niemieckiej kopalni do której, z Wielkopolski, wywędrował jako 17 chłopiec w roku 1915. Ojciec wspominał ciężką, górniczą prace oraz głód jaki w tym czasie panował w cesarskich Niemczech. Wspominał też swoje powołanie do Kriegsmarine w 1917 roku. Wcielenie do cesarskiej marynarki wojennej oznaczało dla mojego ojca koniec głodu, gdyż zapewniało codzienne posiłki.
O emigracji przez gdyńskie port mówiła moja matka, która od 1924 roku mieszkała nieopodal drewnianego mola portowego. Jeszcze po latach wspominając tamten czas i sceny rozgrywające się przy rozstaniu z Ojczyzną, miała łzy w oczach.

Z domu wyniosłem negatywny stosunek do emigracji, a w miarę upływu lat mój pogląd na nią nie uległ zmianie. Dałem temu wyraz przed laty, w tekście "Wstydliwa karta w naszej morskiej historii" (Wiadomości Gdyńskie, nr 8, 2000  rok). Tekst znajduje się również na blogu pod tym samym tytułem w dwóch częściach (część 1., część 2.). Piszę tam między innymi o początkach polskiej emigracji odbywającej się przez nasz własny port, czyli Gdynię oraz o kontekście tego procederu. W okresie międzywojennym emigracja się nasiliła, a konkretnie od 13 sierpnia1923 rok, gdy z Gdyni wypłynął francuski statek "Kentucky", wywożąc "za chlebem" Wielkopolan, w tym licznych powstańców  z rodzinami. Zainteresowanych tą sprawą odsyłam do wyżej wspomnianego tekstu, natomiast tutaj przytoczę nieco danych z "Małego rocznika statystycznego - 1939". Znajdziemy tam tabelę (tab. 21, strona 54) noszącą tytuł "Wychodztwo według województw w latach 1927 - 1938". Okazuje się, że w omawianym okresie z Polski wyemigrowało ogółem 1,3 mln ludzi - z czego na stałe 777,8 tys. Osób. Z tej liczby większość wyemigrowała do Francji (335,8 tys.), do Argentyny 113,1 tys., a do Kanady 100 tys. osób. W tym rankingu USA plasuje się na czwartej pozycji z 46,4 tys.


Interesujące jest też z jakich województw głównie emigrowano. Przodują tu województwa kresowe, czyli lwowskie, tarnopolskie, wołyńskie. Nieznane i zapomniane w dzisiejszej rzeczywistości.  W wychodztwie sezonowym dominuje województwo łódzkie. 

czwartek, 22 października 2015

Było takie kino...

Przed laty, a konkretnie w październiku 2000 roku, w "Wiadomościach Gdyńskich" zamieściłem tekst o ostatnim przedwojennym Święcie Morza w Gdyni. Teks ten został przeze mnie zilustrowany zdjęciem - z moich prywatnych zbiorów - przedstawiającym mnie z bocianem Wojtkiem. Na tym zdjęciu w tle widać było mało ostry zarys sylwetki kina "Morskie Oko". Na blogu też już kiedyś o nim wspomniałem we wpisie "Były w Gdyni takie kina"Udało mi się zdobyć więcej informacji na temat tego kina, które w czasach przed wojną odgrywało znaczącą rolę w życiu kulturalnym naszego miasta, gdyż pełniło inne funkcje kulturalne poza kinową.

Zacznijmy od początku. Jak się okazuje gmach mieszczący wspomniane kino powstał już w 1928 roku, a zlokalizowany był przy Skwerze Kościuszki nieopodal późniejszego Bulwaru Szwedzkiego. Jego właścicielem był kapitan żeglugi wielkiej Stanisław Schmidt - ten sam który był współzałożycielem pierwszej gdyńskiej stoczni (zarejestrowanej jeszcze w Wejherowie), był też właścicielem willi przy ulicy Starowiejskiej (przylegającej do gmachu Szpitala Miejskiego) istniejącej do dziś. Gmach kina "Morskie Oko", którym dysponowała żona kapitana, nie przetrwał. Imienia żony kapitana Schmidta nie udało mi się ustalić. Nie udało mi się też ustalić powodu zrównania z ziemią tego obiektu. Według jednej z relacji gmach uległ zniszczeniu w czasie działań wojennych, we wrześniu 1939 roku. Według innej wersji kino zniszczyli Niemcy po zajęciu naszego miasta. Podobno miało to miejsce jeszcze wcześniej gdyż budynek spłonął.



Sporo informacji na temat gmachu kina można znaleźć w interesującym artykule "Gdyńskie kina" autorstwa Dariusza Małszyckiego (Rocznik Gdyński, nr 15, od strony 243). Autor pisze, że istniał zakaz korzystania z kin przez Polaków co nie jest zgodne z prawdą. Podaje także, że w Gdyni funkcjonowały tylko 4 kina, zapominając o kinie w Chyloni. Pomimo drobnych niedociągnięć i nieścisłości autor artykułu podaje liczne fakty wzbogacające wiedzę z zakresu kin w Gdyni.

Ze względu na fakt, że nie wszyscy Czytelnicy mojego bloga sięgną po tekst Pana Małszyckiego, przytoczę nieco danych dotyczących kina "Morskie Oko". Mogą one zainteresować czytających, a dowiedziałem się o nich z wyżej wspomnianego tekstu.
Jak już wspomniałem "Morskie Oko" podjęło działalność w 1928 roku i działało prawdopodobnie do września 1939 roku. Było kinem prywatnym i pierwszym gdyńskim kinem wyświetlającym filmy dźwiękowe. Pierwszy film dźwiękowy w mieście został wyświetlony w tym kinie 21 lutego 1931 roku, był to francuski hit "Parada miłości" z Mauricem Chevalierem w roli głównej. Wcześniej w latach 1926 - 1937 działało kino "Czarodziejka", mieszczące się w szopie na terenie przylegającym do ulic 10. Lutego i Batorego. Tak więc "Morskie Oko" było drugim stałym gdyńskim kinem.

Ze względu na, że kino mieściło się w dużym gmachu, w jednej sali znajdowała się restauracja "Casino". Poza działalnością kinową, w "Morskim Oku" odbywały się występy teatralne i estradowe. Tam również odbywały się różne uroczystości i akademie. Obiekt posiadał duży taras, który służył klientom restauracji w czasie lata, był więc rodzajem pierwszego ogródka gastronomicznego w mieście.

Jak podaje Dariusz Małszycki, obiekt "uległ zniszczeniu podczas II Wojny Światowej". Określenie to jest mało precyzyjne, gdyż jak wiadomo wojna ta trwała od września 1939 do maja 1945 roku, a zatem aż 5 i pół roku. 

piątek, 31 lipca 2015

Pominięte w gdyńskim krajobrazie

Kozy, bo o nich będzie tu mowa, których setki "zamieszkiwały" nasze miasto, nie doczekały się upamiętnienia w licznych miejscowych publikacjach i fotografiach. A przecież to one, obok koni, odegrały niemałą rolę w początkach Gdyni jako miasta. Sprawę gdyńskich koni przed laty nagłośnił Stefan Brechelka (dawny furman, a później aktywny członek TMG, czyli Towarzystwa Miłośników Gdyni), który wręcz wnioskował, aby temu zwierzęciu wystawić "pomnik wdzięczności" z racji jego zasług w budowie naszego portu i miasta. Jak dotąd wniosek pana Stefana nie doczekał się realizacji. Nikt jak dotąd nie poświęcił większej uwagi gdyńskiej kozie, że o pomniku nie wspomnę.

A z kozami w Gdyni było tak: w starej Gdyni, tej wiejskiej, kozy zamieszkiwały rejon ulic Starowiejskiej i Świętego Jana. Tu były nieużytki i ugory, a także blisko do bagnistych łąk, obfitego źródła trawy (siana). Gdyńscy rolnicy - rybacy, korzystając z zasobów morza, sięgali też do miejscowych lasów (opał i zwierzyna łowna) oraz upraw i hodowli prowadzonej na miejscowych, piaszczystych glebach. Nie każdego mieszkańca gdyńskiej wsi było stać na utrzymanie krowy, wynikało to z braku własnych pastwisk i łąk, a także z braku odpowiednich zabudowań gospodarskich. Natomiast mleko było niezbędne dla żywienia zwykle licznej rodziny, składającej się z gromadki dzieci. Rozwiązaniem tego problemu stała się hodowla kóz. Zwierzę to było mało wymagające pod względem paszy, dzięki niewielkim rozmiarom znosiło niewygody prowizorycznych komórek, w których je trzymano, a przy tym dawało mleko dobrej jakości. Na kozim mleku wyrosło wiele pokoleń kaszubskich dzieci, zwykle w dobrym zdrowiu i kondycji fizycznej.

Gdy w połowie lat 20. ubiegłego wieku przystąpiono do budowy portu i miasta, sytuacja miejscowych Kaszubów uległa nagłej zmianie. Niektórzy z nich znaleźli pracę w budującym się porcie, inni zamustrowali na statki, które niebawem zaczęły tu przypływać, a jeszcze inni, nieliczni, stali się milionerami, sprzedając nieużytki i torfowiska na potrzeby budownictwa mieszkaniowego i portu. Tak więc sytuacja kaszubskich rodzin uległa zmianie. Zmianie uległa też sytuacja kóz. Powoli znikały z krajobrazu Śródmieścia. Ich hodowla z wolna przenosiła się na przedmieścia i obrzeża, gdzie były odpowiednie warunki do ich utrzymania. Poza tym biedota odczuwała potrzebę posiadania mleka dla swego potomstwa.

Kozy w takich dzielnicach jak Cisowa, Meksyk, Pustki Cisowskie, Demptowo, Chylonia, Grabówek, Pogórze, Obłuże, Kack i część Orłowa, były symbolem zasiedziałości i zapuszczania korzeni przez rodziny przybyłe tu z całej Polski. Były też dowodem ludzkiej zaradności.

Koza jako zwierzę wszystkożerne i mało wymagające zadowalała się lichą trawa rosnącą na nasypach kolejowych i poboczach dróg, chętnie jadła wrzos i liście z krzewów, konsumowała chwasty, łącznie z ostem, a w czasie zimy i słotnej jesieni zadowalała się  obierkami z ziemniaków i garstką słomy lub siana. A gdy o sianie mowa, to warto wiedzieć, że "produkowano" je we własnym zakresie. W lecie, gdy trawy było pod dostatkiem suszono ją na dachach szopek i komórek, a następnie gromadzono z myślą o zimie. Zajmowali się tym głównie chłopcy w wieku szkolnym, którzy często czas wakacji letnich poświęcali na wypas kóz i gromadzenie siana. Po żniwach pasiono kozy na ścierniskach, a w między czasie na ugorach.

Dojeniem kóz zajmowały sie wyłącznie kobiety. Posiadanie kozy na przedmieściu świadczyło o istnieniu rodziny. Osoby samotne, bez względu na płeć, a także pracownicy sezonowi o niestabilnym statusie społecznym, hodowlą kóz się nie parały.

W czasie okupacji, a także w pierwszych biednych latach powojennych dużą rolę w żywieniu ludnośi odegrały właśnie kozy to jest ich mleko. Według "Rocznika Statystycznego Gdyni z 1957 roku" (str. 55), w gospodarstwach prywatnych i indywidualnych posiadaczy zwierząt nie posiadających gospodarstw rolnych, na koniec czerwca 1950 roku, na terenie miasta chowano aż 1255 kóz, a krów było zaledwie 497.

wtorek, 23 czerwca 2015

Dwa chylońskie epizody

W wielokrotnie już cytowanym na blogu przewodniku Grzegorza Winogrodzkiego pt.: "Gdynia" z 1937 roku, na stronie 14 znajduje się taka rymowanka:

"... potężna dolina dawnej Pra-Pregoły
Daje widok niezwykły a dla nas wesoły:
Przy ujściu tej doliny leży port. Tu środek
Tu przyszłej Wielkiej Gdyni szczęśliwy zarodek.
Stąd dalej wzdłuż doliny Gdynia się rozrasta,
Wcielając bliskie wioski do obrębu miasta:
Pochłonięty Grabówek, Chylonia wcielona,
Do Cisowej i Zagórza ciągną się ramiona..."

Wcielenie Chyloni do Gdyni nastąpiło w 1930 roku w kwietniu. Odtąd o Chyloni mówi się i pisze jako o dzielnicy Gdyni. A pisało o niej wielu autorów, między innymi Obertyński, Małkowski, Ostrowski i wielu innych. Kopalnią wiedzy o tej dzielnicy jest tekst Kazimierza Małkowskiego "Szosa Gdańska" zamieszczony w 10. numerze "Rocznika Gdyńskiego" z 1991 roku. Jest tam wiele dat, nazwisk i ciekawostek dotyczących Chyloni. Niestety podobnie jaki inni, autor pominął dwa istotne dla tej dzielnicy epizody. Mianowicie nie wspomina o tak zwanej Chylońskiej Polance oraz o największym domu w Chyloni czyli o domu Vossa, którego istnienie dostało potraktowane marginalnie.

Zapewne nie wszyscy mieszkańcy Chyloni wiedzą, że nieopodal tak zwanej Góry Świętego Mikołaja, na jej "zapleczu" znajduje się leśna enklawa, czyli sporej wielkości polana. Tam już przed wojną, w okresie lata odbywały się zabawy ludowe i festyny gromadzące tłumy mieszkańców Cisowej, Chyloni i Grabówka. Festyny takie odbywały się w niedzielę po południu. Był parkiet przeznaczony do tańca. Grała orkiestra. Były zawody i losy z nagrodami. Były stoiska z owocami, słodyczami i zabawkami.

Poza zabawami i festynami na polance biwakowali harcerze, palili ogniska i organizowali swoje harce. Polanka służyła mieszkańcom przez długie lata w czasie PRL-u. Czy coś się dziś dzieje na tej polanie, czy nadal istnieje, niestety nie wiem. Może ktoś z czytelników podzieli się taką informacją.

Zanim słów kilka o domu Vossa, pozwolę sobie na parę refleksji natury historycznej na temat Chyloni. W okresie minionych dwóch wieków, Chylonia rozwijała się "skokowo". W XIX wieku cezurą dla ówczesnej wsi jest rok 1843. Wtedy to właściciel wsi, Przebendowski, rozparcelował swoje łany umożliwiając ich kupno pod zabudowę. Kolejną liczącą się datą w tym wieku był rok 1871, gdy przez Chylonię poprowadzono linię kolei żelaznej, a w jej sąsiedztwie, około 2 km od centrum, uruchomiono dworzec kolejowy i urząd pocztowy. Lokalizacja tych obiektów sprawiła, że korzystać z nich mogli nie tylko mieszkańcy Chyloni i Cisowej, ale także wsi położonych na Kępie Oksywskiej, którzy docierali tu tak zwaną Drogą Pogórską (dziś jest to ulica Pucka).
Właśnie u wylotu tej drogi (przy posesji Chylońskiej 100), po jej prawej stronie, rodzina Vossów zlokalizowała swój ogromny budynek, ale miało to nastąpić dopiero po kilkudziesięciu latach, bowiem wcześniej prowadzili zajazd nieopodal ul. Św. Mikołaja, a więc w centrum wsi, w budynku wybudowanym na posesji odkupionej od niemieckiego gbura Thymiana z Obłuża (ul. Chylońska 25).

Gospodarność rodziny Vossów sprawiła, ze w latach 30. XX wieku wybudowała ona potężny wielokondygnacyjny, narożnikowy budynek mieszkalno - usługowy. Mieścił się on na rogu ulic Chylońskiej i Starogardzkiej. Dom ten przez wiele lat była największym budynkiem w Chyloni. Nawet wieżowce wybudowane w tej dzielnicy za czasów Gierka (lata 70. XX wieku) nie są w stanie odebrać domowi Vossa palmy pierwszeństwa.

W potężnym budynku, o którym mowa, w latach mojej młodości, od strony ulicy Chylońskiej mieściło się kilka sklepów i punkt usługowy. Były to sklepy monopolowy, mięsko - wędliniarski, warzywno - owocowy i inne, a także zakład fryzjerski (tyle zapamiętałem). Od strony ul. Starogardzkiej mieściła się duża sala służąca mieszkańcom do zebrań, wieców, zabaw tanecznych o wystaw. Pozostałe kondygnacje budynku przeznaczone były na mieszkania.

sobota, 30 maja 2015

Zapomniane słowo - kolonialka

Osoby średniego i młodszego pokolenia zapytane o znaczenie tego słowa nie dysponują w tym zakresie wiedzą. Tymczasem w latach przedwojennych i tuż po wojnie słowo "kolonialka" było w powszechnym użyciu, a oznaczało ono sklep ogólnospożywczy. Etymologia wskazywała,że sklep taki w swoim założeniu przeznaczony był do handlu towarami egzotycznymi, kolonialnego pochodzenia, czyli pochodzącymi z importu przyprawami (pieprz, goździki, cynamon, gałka muszkatołowa itp.). Mówiono więc sklep kolonialny lub w skrócie "kolonialka". W praktyce te niewielkie sklepiki handlowały nie tylko przyprawami kolonialnymi, czyli sprowadzonymi głównie z koloni w Afryce, ale również innymi artykułami spożywczymi pochodzącymi z importu i wytwarzanymi przez miejscowe rolnictwo. Tak więc nazwa "kolonialka" była nieadekwatna do towarów rozprowadzanych przez te sklepy.

Kolonialki były głównie sklepami osiedlowymi, chociaż spotkać je można było także w śródmieściu. Zwykle sklepy te były niewielkie, zatrudniające właściciela lub członków jego rodziny. Były to sklepy o tradycyjnej formie sprzedaży, bowiem samoobsługa nie była w tamtym czasie u nas w kraju znana. Uwarunkowaniem do wprowadzenia sprzedaży samoobsługowej są towary paczkowane, tymczasem w okresie o którym tu mowa, w zasadzie wszystkie towary były sprzedawane "luzem" na wagę. Wyjątek stanowiły produkty takie jak wódka i wina, ocet, przyprawy Maggi i sardynki oraz czekolady. Wszystko inne było luzem i wymagało ważenia, porcjowania (np. wędliny) i pakowania w sklepie.

Wyposażenie tych sklepów było wręcz ujednolicone, co wynikało z tzw. techniki handlu. Głównym elementem wyposażenia takich sklepów była drewniana, długa lada, często ustawiona w literę "L". Na takiej ladzie dominowała waga szalkowa i zestaw porcelanowych lub mosiężnych odważników. Poza tym na ladzie leżał sztapel pociętego papieru pakowego i nieco pergaminu oraz różnej wielkości papierowe torebki zwane tutkami. Z boku lady znajdowały się zwykle słoje z kiszonymi ogórkami, słój landrynek, przykryty szklanym kloszem krążek sera, blaszane wiaderko z marmoladą, a także skrzynka z wędzonymi szprotkami. Często stał tam też słój z rolmopsami lub marynowanymi śledziami. Śledzie solone i kiszona kapusta stały na podłodze w beczkach przykryte drewnianymi pokrywami. Aby wydobyć z nich żądaną przez klienta ilość towaru kupiec musiał wychodzić zza lady.

Kupiec, zwykle w szarym ochronnym kitlu, stojąc za ladą miał za plecami regał na którym ustawione były pozostałe towary. Leżał tam chleb pszenny i żytni oraz inne pieczywo i wypieki (bułki, szneki, amerykanki itp.), piętrzyły się tam też towary "przemysłowe", takie jak mydło do prania w ryglach, pudełka pasty do obuwia, jakieś przybory kuchenne, lepy na muchy itp. Jak mówiono: "szwarc, mydło i powidło".

Towary kupowano na sztuki lub na wagę. Jednostką wagową były funty (500 g) lub cetnary (50 kg) tak kupowano np. kartofle. Jajka kupowano na mendle lub kopy (odpowiednio 15 sztuk lub 60 sztuk). Towary droższe np. cukierki, kupowano w ilościach ćwierćfuntowych. Z kolei towary sypkie (mąka, cukier, ryż, kasza, sól), a także strączkowe (groch, fasola) paczkowano dopiero w chwili zakupu, bowiem dostarczano je w workach i czekały na klientów w swego rodzaju szufladach znajdujących się w dolnej części regału. Stamtąd aluminiową szufelką nabierał je sprzedawca i wsypywał do odpowiednio pojemnej tutki. Kas fiskalnych nie znano, dlatego sprzedawca należność obliczał na papierze za pomocą chemicznego ołówka, który nosił za uchem.

Dla stałych klientów prowadzono sprzedaż "na zeszyt". Do zeszytu wpisywano wartość poszczególnych zakupów, którą podliczano pod koniec tygodnia w celu uregulowania należności. Te cykle tygodniowych rozliczeń wynikały z cyklu tygodniowych wypłat, czyli tak zwanych tygodniówek, jakie w Gdyni stosowano na budowach (murarze, cieśle, brukarze, prace ziemne przybudowie infrastruktury itp.) Tak więc w kolonialkach płacono w sobotnie popołudnie. W procederze tym rodzicom zazwyczaj towarzyszyły dzieci, które kupiec premiował tutką karmelków.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Cisowskie Pustki

Obecnie Cisowskie Pustki tętnią życiem, a przecież przed niewielu laty była to typowa "sypialnia". Jeszcze wcześniej, do połowy lat 20 ubiegłego wieku, Pustki Chylońskie (bo taką nazwę wtedy nosiły) rzeczywiście były pustkami, czyli terenem słabo zaludnionym. Dziś po tym bezludziu pozostała tylko nazwa.

Pamiętam Pustki z okresu przedwojennego i czasu okupacji, gdy z rodzicami niekiedy chodziliśmy do mieszkających tam znajomych. Pamiętam szkolnych kolegów, którzy na skróty, przez las, przychodzili do cisowskiej szkoły na zajęcia, gdyż zobowiązywała ich do tego "rejonizacja". Byłem pełen podziwu dla moich rówieśników, którzy zimą i latem, w słotę i śnieżycę, w lichej odzieży (a latem nawet bez obuwia), którzy objuczeni samorobnymi torbami na książki i zeszyty, przemierzali leśną trasę pomiędzy Cisową a Cisowskimi Pustkami. Torby te, dzieło rąk ich matek, bądź starszych sióstr, wykonane były z worków, a noszono je na jednej "szelce" przewieszone ukośnie przez pierś i plecy ucznia. Z tych lat zapamiętałem kilka nazwisk moich kolegów z Pustek - Kaletów, Rosińskich, Bielickich - a co dziwne imion lub nazwisk dziewcząt, które przecież wspólnie z chłopakami przychodziły do szkoły z Pustek nie pamiętam.

Nam Cisowiakom Pustki kojarzyły się z biedotą, bo też większość baraków na Pustkach i przyległym Demptowie była tandetna. Gorsza niż te na Strasznicy, Ćmirowie, a nawet Meksyku i często przypominały slumsy Grabówka.

Zabudowa slumsów Pustek nastąpiła z chwilą rozpoczęcia budowy portu w Gdyni. Ziemia tu była licha, nie nadawała się pod uprawę, także chętnie dzierżawiono działki pod zabudowę. Cena kupna lub dzierżawy takiej parceli była niewygórowana między innymi ze względu na znaczną odległość Pustek od Śródmieścia i portu, a więc od miejsc gdzie była praca. Pracowali wyłącznie mężczyźni, gdyż kobiety zajmowały się prowadzeniem domu, a dziewczęta czekały na męża. Szczytem marzeń i ambicji dziewcząt z takich przedmieści było zostać służącą w "pańskim domu" w Śródmieściu lub ekspedientką, co zdarzało się rzadziej, bowiem w małych sklepikach pracowała zwykle rodzina właściciela, a we większych dobrze widziana była ukończona "handlówka".

Mężczyźni do pracy udawali się koleją z Chyloni, na skróty przez Chylońskie Łąki rowerem lub pieszo. Wszystko zależało od stopnia zamożności/

Cisowę i Chylonię z Pustkami łączyły aż cztery drogi. Od dworca w Chyloni wiodła ul. Kartuska, wtedy brukowana kocimi łbami, kolejna tak zwana "czarna droga" wiodła przez mokradła i łąkę (dzisiaj są tam zabudowania hipermarketu), droga częściowo  leśna od kościoła w Cisowej (dziś jest tu ulica Kcyńska) oraz leśne drogi "przez górkę" z których jedna wychodziła na ulicę Zbożową, a druga na ulicę Owsianą, przy cisowskim cmentarzu.

W zależności od potrzeb, tymi drogami chodzono do dworca, do kościoła, do szkoły. Udając się do pracy i z niej wracając korzystano głównie z ulicy Kartuskiej i wspomnianej wyżej "czarnej drogi".

Obecnie, gdy Pustki są pustkami tylko z nazwy, dzielnica ta jest bardziej samodzielna. Jest tu szkoła i kościół, a także sklepy i pawilony handlowe. Ulicą Kartuską od lat jeżdżą autobusy i trolejbusy, a obwodnica Trójmiasta krzyżując się z ulicą Chabrową, główną osią komunikacyjną Pustek, zapewnia połączenie nie tylko z Cisową i Chylonią, ale także z resztą aglomeracji trójmiejskiej.

poniedziałek, 30 marca 2015

Czarno-biały początek TVP

Na medialnym rynku TVP pojawiła się dopiero pod koniec lat 50. ubiegłego wieku. Wcześniej o istnieniu telewizji przeciętny obywatel wiedział niewiele. Pojawienie się telewizji odbywało się sukcesywnie, małymi kroczkami, uczono się jej metodą prób i błędów. Uczyli się jej organizatorzy, a także użytkownicy. Brakowało wiedzy, sprzętu, fachowców, redaktorów. 

"Głos wybrzeża" z dnia 19 października 1957 roku informował o próbie odbioru programu telewizyjnego. Próba ta odbyła się w Gabinecie Morskim TPPR w Gdyni na ul. Wybickiego 3, gdzie zainstalowano pierwszy w naszym mieście telewizor. Jak wypadła owa próba, co było jej przedmiotem, jaki był przebieg eksperymentu niestety nie udało mi się ustalić. Nieznany jest mi również czas trwania próby. Jedno jest pewne, że trwała ona zaledwie kilkanaście minut, obraz był czarno-biały, nadawany z ogólnokrajowego studia, bowiem, o ile dobrze pamiętam, studio regionalne w Gdańsku Wrzeszczu jeszcze nie istniało. 

Niebawem w Gdyni pojawiły się pierwsze telewizory, można to było ustalić po antenach instalowanych na dachach budynków. Kiedyś w trakcie spaceru po Śródmieściu policzyłem te anteny. Było ich zaledwie sześć. Posiadanie telewizora w tamtym czasie nobilitowało, był to sprzęt stosunkowo drogi, a pożytek z niego był niewielki. Dzienna emisja programu trwała krótko, sprowadzała się początkowo do przekazu wiadomości, a odbiór był żałosny. Na ekranie pojawiał się "śnieg" lub "fale" które uniemożliwiały odbiór. Często zamiast obrazu pokazywała się plansza z napisem "przepraszamy za usterki". 

Nigdy nie było do końca wiadomo czym spowodowane są zakłócenia- wadą techniczną w studio, warunkami atmosferycznymi (np. burzą na trasie przekazu sygnału) czy nieprawidłowo zainstalowaną anteną. W tym ostatnim przypadku wspinano się na dach, ustawiano antenę, poprawiano kabel, a niekiedy wołano domorosłego technika "od telewizorów", aby dokonał stosownej naprawy samego odbiornika telewizyjnego bądź anteny. Z czasem powstało w Gdańsku specjalne przedsiębiorstwo państwowe o zasięgu wojewódzkim ZURT, czyli Zakład Usług Radiowo-Telewizyjnych, które prowadziło warsztaty naprawcze sprzętu rtv. 

Poza ZURT-em działalność naprawczą prowadzili też prywatni technicy, którzy na wezwanie telefoniczne przybywali do miejsca zamieszkania klienta i zwykle "z marszu" dokonywali naprawy. Ponieważ pierwsze telewizory były aparatami lampowymi (tranzystory i obwody wprowadzono znacznie później) technik dysponował zestawem lamp do różnych telewizorów (np. Szafira, Szmaragda czy Neptuna) oraz lutownicę. Często posiadał też schemat połączeń, którym posiłkował się przy szukaniu uszkodzenia. 

Jak wspomniano wyżej, początkowo telewizorami dysponowali nieliczni, wytworzył się zwyczaj korzystania z tego urządzenia przez rodzinę, a nawet sąsiadów, których zapraszano na transmisje sportowe, teatralne itp. Korzystano też z telewizorów w które były wyposażone niektóre świetlice. Wtedy zwykły telewizor ustawiano na odpowiednio wysokim stojaku i stawiano w skrzyni zamykanej na kłódkę. Kluczem dysponował "świetlicowy" i to on otwierał, czyli udostępniał telewizor na czas transmisji. Proceder ten stosowano w obawie przed uszkodzeniem przez nieuważnych użytkowników.

W pierwszym okresie TVP nadawała transmisje tylko na jednym kanale i były one bardzo krótkie. Z czasem czas transmisji wydłużono, a później uruchomiono też drugi kanał specjalizujący się w tematyce regionalnej. Dla poprawy jakości emisji w Chwaszczynie wybudowano wysoki maszt z anteną, a po uruchomieniu drugiego kanału, na płycie Redłowskiej, na dachu budynku, zamontowano kolejny przekaźnik. 


Przez długie lata program telewizyjny nadawano tylko w godzinach popołudniowych i wieczornych. Audycje kończono o północy nadając hymn narodowy. W miarę rozwoju i poszerzania programu, wypracowano ramówkę oraz cykl audycji, które pojawiały się na antenie regularnie, cyklicznie. Codziennie, o godzinie 19:30 było główne wydanie wiadomości na zakończenie którego podawano prognozę pogody na następny dzień. Dziennik prowadzili przemiennie spikerzy - Edyta Wojtczak i Jan Suzin, a "pogodynką" był red. "Wicherek". Sprawy sportowe referował red. Tomasz Hopfer. W poniedziałki transmitowano na żywo teatr telewizji, z udziałem znanych polskich aktorów. Programy te były ambitne i przybliżały widzom klasykę teatralną. W czwartki transmitowano teatralny program kryminalny "Kobra", który cieszył się dużym zainteresowaniem.W ramach programów publicystycznych emitowano "Teleecho", prowadzone przez red. Irenę Dziedzic. Elegancka Irena Dziedzic prowadziła na żywo wywiady ze znanymi osobami publicznymi, ze świata polityki, kultury, sportu itp. 

Sporo audycji poświęcono dzieciom. Codziennie przed dziennikiem nadawano "Wieczorynkę", w ramach której emitowano kreskówki, bajki i filmy przygodowe takie jak: "Jacek i Agatka", "Przygody Reksia", produkcji krajowej, a także produkcje Czechosłowackie i Radzieckie. Często emitowano filmy specjalne dla dzieci, bądź przedstawienia lalkowe prowadzone przez znanych aktorów. Bronisław Pawlik prowadził kukiełkową audycję "Pora na Telesfora". W niedzielne przedpołudnia puszczano program pod nazwą "Teleranek", który bardzo długo utrzymywał się na antenie, emitowano go nawet po zmianie ustroju.

Dla dorosłych emitowano na żywo mecze piłkarskie, zawody sportowe z różnych dyscyplin sportu, a także transmisje z politycznych imprez - pochodów, defilad "ku czci" 22 lipca, 1 maja, Święta Plonów, czyli dożynek itp. Zarówno dzieci jak i dorośli chętnie oglądali program Adama Słodowego Pt.: "Zrób to sam", w którym przedstawiano ciekawostki z zakresu majsterkowania. 


Audycje emitowane w tamtym czasie można by mnożyć. Jedna sprawa dla aktualnego widza będzie szokująca. Programy nie były przerywane reklamami! 

środa, 18 lutego 2015

Kradzieże portowe

W moich licznych gdyńskich lekturach, tylko jeden raz spotkałem się z tym tematem. Jest on pomijany, chociaż wszyscy starzy mieszkańcy Gdyni się z nim spotkali, a nawet w jakimś stopniu w procederze uczestniczyli. Mowa tu o kradzieży portowej niechlubnej karcie w historii naszego portu. 

Kradzieże w porcie występowały zawsze. Ich nasilenie było różne w różnych okresach. Przed wojną kradzieże były minimalne, bowiem prywatni właściciele dobrze pilnowali swojego mienia. Wyręczali ich w tym tzw. formani, czyli brygadziści. Złapany na kradzieży robotnik natychmiast tracił pracę, a opinia złodzieja utrudniała mu znalezienie kolejnej pracy. W okresie okupacji - pomimo hitlerowskiego terroru - kradzieże w porcie nadal istniały. Wtedy proceder ten nabierał charakteru szkodzenia okupantowi, a więc był rodzajem swoistego patriotyzmu, Po wojnie, w pierwszych latach wyzwolonej Polski, nastąpiła erupcja portowych kradzieży. Sprzyjał temu powojenny chaos oraz daleko idąca demoralizacja społeczeństwa, które niejednokrotnie myliło demokrację z anarchią. 

Szczególne nasilenie kradzieży portowych miało miejsce w latach 1945 - 1947, to jest w okresie dostaw UNRRA, które trafiały do naszego kraju przez gdyński port. Nasilenie kradzieży było tak wielkie, że zagrożono wstrzymaniem dostaw i skierowaniem ich przez porty na Morzu Czarnym. 

Polskie władze, a wśród nich pełnomocnik rządu do spraw portu inż. Eugeniusz Kwiatkowski, podjęły działania porządkujące sprawy dostaw UNRRA przez port i wprowadziły szereg obostrzeń. Cały teren portu od strony lądu został ogrodzony  wysoką, drucianą siatką. Wyznaczono bramy przez które odbywał się transport relacji ląd - tereny portowe i odwrotnie. Ruch pieszy również odbywał się przez te bramy. Powołano Straż Portową. Jej wartownicy uzbrojeni i umundurowani strzegli przejść przez całą dobę. Wprowadzono przepustki uprawniające  do wejścia na teren portu. Utworzono też Portowy Komisariat MO, specjalizujący się w zwalczaniu kradzieży w porcie. MO ściśle współpracowało ze Strażą Portową. Złapanych podczas patroli i przy bramach złodziei przekazywano milicji do dalszego postępowania. 

Wśród braci portowej znane było porzekadło "jak weźmiesz z dużej kupki to nie widać". Brano więc z owej dużej kupki wszystko co dało się wynieść lub wywieźć. Wynoszono w kieszeniach i teczkach, furmankami używanymi przy pracach remontowych, samochodami osobowymi i ciężarowymi. Kradziono i wynoszono z portu w ilościach detalicznych i hurtowych artykuły przemysłowe, ale także żywność: mleko w proszku, mleko skondensowane, papierosy, czekoladę, konserwy mięsne, kawę i gumę do żucia, mąkę, orzeski ziemne łuskane i te w łupinach, koprę itd., itp.. Większość towarów trafiała do paserów, na Halę Targową, na prywatne stoiska, do prywatnych zakładów gastronomicznych, a także na własne potrzeby domowe. 

My, dzieciaki, objadaliśmy się w szkole orzeszkami, koprą i gumą do żucia, grubą na cal czekoladą pochodzącą z unrrowskich paczek. Nigdy nie można było ustalić czy dany produkt pochodzi z kradzieży czy z oficjalnie przydzielonych paczek, które jako deputat wydawano w niektórych portowych zakładach pracy. 

niedziela, 18 stycznia 2015

Gdyńskie nietypowe knajpy...

Na moim blogu o gdyńskich restauracjach i kawiarniach pisałem wielokrotnie. Dziś nieco wspomnień o nietypowych knajpach jakie funkcjonowały przed laty w Gdyni. Knajp tych było zaledwie parę, bowiem większość gastronomii otwartej nastawiona była na żywienie zbiorowe - sztampowe oraz na wyszynk wódki i piwa.

Już  z początkiem lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku przy ulicy Szkolnej czynny był "Bar pod ryjkiem". Nigdy z jego usług nie korzystałem, bo w okresie jego działalności, jako uczeń, a później jako student, nie interesowały mnie bary i knajpy. O istnieniu tego baru dowiedziałem się już po podjęciu pracy zawodowej od starszych kolegów. Bar ten serwował głównie "krótkie dania", takie jak tatar, flaczki i świńskie ryjki - stąd nazwa baru. Głównym "daniem" baru była oczywiście czysta wódka. Podobny bar istniał podobno w Warszawie i był on pierwowzorem dla gdyńskiego baru. Przyczyną likwidacji baru była reglamentacja mięsa jaką wprowadzono w czasie tak zwanej wojny koreańskiej. Także żywot tego baru był krótki. 

Mniej więcej w tamtym czasie na ul. Świętojańskiej działała restauracja "Tatarska", serwująca dania wyłącznie z koniny. Podawano tam tatara, zrazy i gulasz z końskiego mięsa, no i oczywiście wódkę. Popyt na dania z mięsa końskiego był spadkiem po okresie powojennym, gdy dobijano ranne konie, a mięso przecież nie mogło się zmarnować, więc było go bardzo dużo. Wtedy też na terenie Hali Targowej funkcjonowało stoisko z koniną i wędlinami z koniny (np. kiełbasa "Belgijska"). Po jakimś czasie smakoszy mięsa końskiego ubyło, knajpa stała się deficytowa co doprowadziło do jej przebranżowienia, czyli poszerzenia asortymentu dań z mięsa innego niż końskie. Równocześnie zmieniono też nazwę, o ile dobrze pamiętam na "Śródmiejską". 

Po kilku latach, w ramach akcji "frontem do klienta", otwarto w Śródmieściu na ulicy Abrahama rób ul. 22. lipca (obecnie ulica Armii Krajowej) restaurację "Dietetyczną". Miała ona służyć osobom chorym i starszym bowiem serwowała, zgodnie z nazwą, głównie dania dla osób na diecie. Po latach restauracja ta "umarła śmiercią naturalną", widocznie okazała się nierentowna. 

Podobnie nierentowna okazała się restauracja "Śródmiejska", którą z początkiem lat 70. XX wieku Gdyńskie Zakłady Gastronomiczne przekazały w ajencję. Przejął ją znany gastronomik Czesław P. (późniejszy kierownik "Róży Wiatrów" na Skwerze Kościuszki). Wprowadzone zmiany w "Śródmiejskiej" okazały się korzystne. Jedną z nich było ustawienie w lokalu dużego akwarium z żywymi karpiami. Klient wskazywał rybę którą chciał zjeść i ta była odławiana przez obsługę i w kuchni przygotowywana. Akwarium to okazało się strzałem w dziesiątkę i magnesem przyciągającym klientów, zapewniło zwiększenie obrotów. 

W drugiej połowie lat 70. XX wieku na rynku pojawiły się pizze. W Gdyni pierwsza pizzeria pojawiła się przy ul. Starowiejskiej 58 (?). Lokal uruchomiło gdyńskie "Społem", a jego kierowniczką została Anna M., która wcześniej pracowała w GZG (Gdyńskie Zakłady Gastronomiczne). O ile dobrze pamiętam serwowano tam 5 rodzajów pizzy, które pieczono w specjalnych piecach. Lokal jako nowość nie wymagał specjalnej reklamy i cieszył się dużą frekwencją. 

Również w latach 70., przy ulicy 10. lutego Zakłady Rybne uruchomiły zespół handlowo-gastronomiczny pod nazwą "Aloza". Obok sklepu z przetworami rybnymi (konserwy, marynaty rybne oraz ryby wędzone, a także importowany z ZSRR kawior) prowadzono restaurację z daniami rybnymi, Bywały tam takie egzotyczne dania jak płetwa rekina, potrawy z ośmiornicy itp. "Aloza" cieszyła się dużym powodzeniem zarówno wśród gdynian jak i przyjezdnych. Była niewątpliwą atrakcją dla turystów odwiedzających nasze miasto. Szkoda, że została zlikwidowana.