Osoby średniego i młodszego pokolenia zapytane o znaczenie tego słowa nie dysponują w tym zakresie wiedzą. Tymczasem w latach przedwojennych i tuż po wojnie słowo "kolonialka" było w powszechnym użyciu, a oznaczało ono sklep ogólnospożywczy. Etymologia wskazywała,że sklep taki w swoim założeniu przeznaczony był do handlu towarami egzotycznymi, kolonialnego pochodzenia, czyli pochodzącymi z importu przyprawami (pieprz, goździki, cynamon, gałka muszkatołowa itp.). Mówiono więc sklep kolonialny lub w skrócie "kolonialka". W praktyce te niewielkie sklepiki handlowały nie tylko przyprawami kolonialnymi, czyli sprowadzonymi głównie z koloni w Afryce, ale również innymi artykułami spożywczymi pochodzącymi z importu i wytwarzanymi przez miejscowe rolnictwo. Tak więc nazwa "kolonialka" była nieadekwatna do towarów rozprowadzanych przez te sklepy.
Kolonialki były głównie sklepami osiedlowymi, chociaż spotkać je można było także w śródmieściu. Zwykle sklepy te były niewielkie, zatrudniające właściciela lub członków jego rodziny. Były to sklepy o tradycyjnej formie sprzedaży, bowiem samoobsługa nie była w tamtym czasie u nas w kraju znana. Uwarunkowaniem do wprowadzenia sprzedaży samoobsługowej są towary paczkowane, tymczasem w okresie o którym tu mowa, w zasadzie wszystkie towary były sprzedawane "luzem" na wagę. Wyjątek stanowiły produkty takie jak wódka i wina, ocet, przyprawy Maggi i sardynki oraz czekolady. Wszystko inne było luzem i wymagało ważenia, porcjowania (np. wędliny) i pakowania w sklepie.
Wyposażenie tych sklepów było wręcz ujednolicone, co wynikało z tzw. techniki handlu. Głównym elementem wyposażenia takich sklepów była drewniana, długa lada, często ustawiona w literę "L". Na takiej ladzie dominowała waga szalkowa i zestaw porcelanowych lub mosiężnych odważników. Poza tym na ladzie leżał sztapel pociętego papieru pakowego i nieco pergaminu oraz różnej wielkości papierowe torebki zwane tutkami. Z boku lady znajdowały się zwykle słoje z kiszonymi ogórkami, słój landrynek, przykryty szklanym kloszem krążek sera, blaszane wiaderko z marmoladą, a także skrzynka z wędzonymi szprotkami. Często stał tam też słój z rolmopsami lub marynowanymi śledziami. Śledzie solone i kiszona kapusta stały na podłodze w beczkach przykryte drewnianymi pokrywami. Aby wydobyć z nich żądaną przez klienta ilość towaru kupiec musiał wychodzić zza lady.
Kupiec, zwykle w szarym ochronnym kitlu, stojąc za ladą miał za plecami regał na którym ustawione były pozostałe towary. Leżał tam chleb pszenny i żytni oraz inne pieczywo i wypieki (bułki, szneki, amerykanki itp.), piętrzyły się tam też towary "przemysłowe", takie jak mydło do prania w ryglach, pudełka pasty do obuwia, jakieś przybory kuchenne, lepy na muchy itp. Jak mówiono: "szwarc, mydło i powidło".
Towary kupowano na sztuki lub na wagę. Jednostką wagową były funty (500 g) lub cetnary (50 kg) tak kupowano np. kartofle. Jajka kupowano na mendle lub kopy (odpowiednio 15 sztuk lub 60 sztuk). Towary droższe np. cukierki, kupowano w ilościach ćwierćfuntowych. Z kolei towary sypkie (mąka, cukier, ryż, kasza, sól), a także strączkowe (groch, fasola) paczkowano dopiero w chwili zakupu, bowiem dostarczano je w workach i czekały na klientów w swego rodzaju szufladach znajdujących się w dolnej części regału. Stamtąd aluminiową szufelką nabierał je sprzedawca i wsypywał do odpowiednio pojemnej tutki. Kas fiskalnych nie znano, dlatego sprzedawca należność obliczał na papierze za pomocą chemicznego ołówka, który nosił za uchem.
Dla stałych klientów prowadzono sprzedaż "na zeszyt". Do zeszytu wpisywano wartość poszczególnych zakupów, którą podliczano pod koniec tygodnia w celu uregulowania należności. Te cykle tygodniowych rozliczeń wynikały z cyklu tygodniowych wypłat, czyli tak zwanych tygodniówek, jakie w Gdyni stosowano na budowach (murarze, cieśle, brukarze, prace ziemne przybudowie infrastruktury itp.) Tak więc w kolonialkach płacono w sobotnie popołudnie. W procederze tym rodzicom zazwyczaj towarzyszyły dzieci, które kupiec premiował tutką karmelków.
sobota, 30 maja 2015
czwartek, 16 kwietnia 2015
Cisowskie Pustki
Obecnie Cisowskie Pustki tętnią życiem, a przecież przed niewielu laty była to typowa "sypialnia". Jeszcze wcześniej, do połowy lat 20 ubiegłego wieku, Pustki Chylońskie (bo taką nazwę wtedy nosiły) rzeczywiście były pustkami, czyli terenem słabo zaludnionym. Dziś po tym bezludziu pozostała tylko nazwa.
Pamiętam Pustki z okresu przedwojennego i czasu okupacji, gdy z rodzicami niekiedy chodziliśmy do mieszkających tam znajomych. Pamiętam szkolnych kolegów, którzy na skróty, przez las, przychodzili do cisowskiej szkoły na zajęcia, gdyż zobowiązywała ich do tego "rejonizacja". Byłem pełen podziwu dla moich rówieśników, którzy zimą i latem, w słotę i śnieżycę, w lichej odzieży (a latem nawet bez obuwia), którzy objuczeni samorobnymi torbami na książki i zeszyty, przemierzali leśną trasę pomiędzy Cisową a Cisowskimi Pustkami. Torby te, dzieło rąk ich matek, bądź starszych sióstr, wykonane były z worków, a noszono je na jednej "szelce" przewieszone ukośnie przez pierś i plecy ucznia. Z tych lat zapamiętałem kilka nazwisk moich kolegów z Pustek - Kaletów, Rosińskich, Bielickich - a co dziwne imion lub nazwisk dziewcząt, które przecież wspólnie z chłopakami przychodziły do szkoły z Pustek nie pamiętam.
Nam Cisowiakom Pustki kojarzyły się z biedotą, bo też większość baraków na Pustkach i przyległym Demptowie była tandetna. Gorsza niż te na Strasznicy, Ćmirowie, a nawet Meksyku i często przypominały slumsy Grabówka.
Zabudowa slumsów Pustek nastąpiła z chwilą rozpoczęcia budowy portu w Gdyni. Ziemia tu była licha, nie nadawała się pod uprawę, także chętnie dzierżawiono działki pod zabudowę. Cena kupna lub dzierżawy takiej parceli była niewygórowana między innymi ze względu na znaczną odległość Pustek od Śródmieścia i portu, a więc od miejsc gdzie była praca. Pracowali wyłącznie mężczyźni, gdyż kobiety zajmowały się prowadzeniem domu, a dziewczęta czekały na męża. Szczytem marzeń i ambicji dziewcząt z takich przedmieści było zostać służącą w "pańskim domu" w Śródmieściu lub ekspedientką, co zdarzało się rzadziej, bowiem w małych sklepikach pracowała zwykle rodzina właściciela, a we większych dobrze widziana była ukończona "handlówka".
Mężczyźni do pracy udawali się koleją z Chyloni, na skróty przez Chylońskie Łąki rowerem lub pieszo. Wszystko zależało od stopnia zamożności/
Cisowę i Chylonię z Pustkami łączyły aż cztery drogi. Od dworca w Chyloni wiodła ul. Kartuska, wtedy brukowana kocimi łbami, kolejna tak zwana "czarna droga" wiodła przez mokradła i łąkę (dzisiaj są tam zabudowania hipermarketu), droga częściowo leśna od kościoła w Cisowej (dziś jest tu ulica Kcyńska) oraz leśne drogi "przez górkę" z których jedna wychodziła na ulicę Zbożową, a druga na ulicę Owsianą, przy cisowskim cmentarzu.
W zależności od potrzeb, tymi drogami chodzono do dworca, do kościoła, do szkoły. Udając się do pracy i z niej wracając korzystano głównie z ulicy Kartuskiej i wspomnianej wyżej "czarnej drogi".
Obecnie, gdy Pustki są pustkami tylko z nazwy, dzielnica ta jest bardziej samodzielna. Jest tu szkoła i kościół, a także sklepy i pawilony handlowe. Ulicą Kartuską od lat jeżdżą autobusy i trolejbusy, a obwodnica Trójmiasta krzyżując się z ulicą Chabrową, główną osią komunikacyjną Pustek, zapewnia połączenie nie tylko z Cisową i Chylonią, ale także z resztą aglomeracji trójmiejskiej.
Pamiętam Pustki z okresu przedwojennego i czasu okupacji, gdy z rodzicami niekiedy chodziliśmy do mieszkających tam znajomych. Pamiętam szkolnych kolegów, którzy na skróty, przez las, przychodzili do cisowskiej szkoły na zajęcia, gdyż zobowiązywała ich do tego "rejonizacja". Byłem pełen podziwu dla moich rówieśników, którzy zimą i latem, w słotę i śnieżycę, w lichej odzieży (a latem nawet bez obuwia), którzy objuczeni samorobnymi torbami na książki i zeszyty, przemierzali leśną trasę pomiędzy Cisową a Cisowskimi Pustkami. Torby te, dzieło rąk ich matek, bądź starszych sióstr, wykonane były z worków, a noszono je na jednej "szelce" przewieszone ukośnie przez pierś i plecy ucznia. Z tych lat zapamiętałem kilka nazwisk moich kolegów z Pustek - Kaletów, Rosińskich, Bielickich - a co dziwne imion lub nazwisk dziewcząt, które przecież wspólnie z chłopakami przychodziły do szkoły z Pustek nie pamiętam.
Nam Cisowiakom Pustki kojarzyły się z biedotą, bo też większość baraków na Pustkach i przyległym Demptowie była tandetna. Gorsza niż te na Strasznicy, Ćmirowie, a nawet Meksyku i często przypominały slumsy Grabówka.
Zabudowa slumsów Pustek nastąpiła z chwilą rozpoczęcia budowy portu w Gdyni. Ziemia tu była licha, nie nadawała się pod uprawę, także chętnie dzierżawiono działki pod zabudowę. Cena kupna lub dzierżawy takiej parceli była niewygórowana między innymi ze względu na znaczną odległość Pustek od Śródmieścia i portu, a więc od miejsc gdzie była praca. Pracowali wyłącznie mężczyźni, gdyż kobiety zajmowały się prowadzeniem domu, a dziewczęta czekały na męża. Szczytem marzeń i ambicji dziewcząt z takich przedmieści było zostać służącą w "pańskim domu" w Śródmieściu lub ekspedientką, co zdarzało się rzadziej, bowiem w małych sklepikach pracowała zwykle rodzina właściciela, a we większych dobrze widziana była ukończona "handlówka".
Mężczyźni do pracy udawali się koleją z Chyloni, na skróty przez Chylońskie Łąki rowerem lub pieszo. Wszystko zależało od stopnia zamożności/
Cisowę i Chylonię z Pustkami łączyły aż cztery drogi. Od dworca w Chyloni wiodła ul. Kartuska, wtedy brukowana kocimi łbami, kolejna tak zwana "czarna droga" wiodła przez mokradła i łąkę (dzisiaj są tam zabudowania hipermarketu), droga częściowo leśna od kościoła w Cisowej (dziś jest tu ulica Kcyńska) oraz leśne drogi "przez górkę" z których jedna wychodziła na ulicę Zbożową, a druga na ulicę Owsianą, przy cisowskim cmentarzu.
W zależności od potrzeb, tymi drogami chodzono do dworca, do kościoła, do szkoły. Udając się do pracy i z niej wracając korzystano głównie z ulicy Kartuskiej i wspomnianej wyżej "czarnej drogi".
Obecnie, gdy Pustki są pustkami tylko z nazwy, dzielnica ta jest bardziej samodzielna. Jest tu szkoła i kościół, a także sklepy i pawilony handlowe. Ulicą Kartuską od lat jeżdżą autobusy i trolejbusy, a obwodnica Trójmiasta krzyżując się z ulicą Chabrową, główną osią komunikacyjną Pustek, zapewnia połączenie nie tylko z Cisową i Chylonią, ale także z resztą aglomeracji trójmiejskiej.
poniedziałek, 30 marca 2015
Czarno-biały początek TVP
Na medialnym rynku TVP pojawiła się dopiero pod koniec lat 50. ubiegłego wieku. Wcześniej o istnieniu telewizji przeciętny obywatel wiedział niewiele. Pojawienie się telewizji odbywało się sukcesywnie, małymi kroczkami, uczono się jej metodą prób i błędów. Uczyli się jej organizatorzy, a także użytkownicy. Brakowało wiedzy, sprzętu, fachowców, redaktorów.
"Głos wybrzeża" z dnia 19 października 1957 roku informował o próbie odbioru programu telewizyjnego. Próba ta odbyła się w Gabinecie Morskim TPPR w Gdyni na ul. Wybickiego 3, gdzie zainstalowano pierwszy w naszym mieście telewizor. Jak wypadła owa próba, co było jej przedmiotem, jaki był przebieg eksperymentu niestety nie udało mi się ustalić. Nieznany jest mi również czas trwania próby. Jedno jest pewne, że trwała ona zaledwie kilkanaście minut, obraz był czarno-biały, nadawany z ogólnokrajowego studia, bowiem, o ile dobrze pamiętam, studio regionalne w Gdańsku Wrzeszczu jeszcze nie istniało.
Niebawem w Gdyni pojawiły się pierwsze telewizory, można to było ustalić po antenach instalowanych na dachach budynków. Kiedyś w trakcie spaceru po Śródmieściu policzyłem te anteny. Było ich zaledwie sześć. Posiadanie telewizora w tamtym czasie nobilitowało, był to sprzęt stosunkowo drogi, a pożytek z niego był niewielki. Dzienna emisja programu trwała krótko, sprowadzała się początkowo do przekazu wiadomości, a odbiór był żałosny. Na ekranie pojawiał się "śnieg" lub "fale" które uniemożliwiały odbiór. Często zamiast obrazu pokazywała się plansza z napisem "przepraszamy za usterki".
Nigdy nie było do końca wiadomo czym spowodowane są zakłócenia- wadą techniczną w studio, warunkami atmosferycznymi (np. burzą na trasie przekazu sygnału) czy nieprawidłowo zainstalowaną anteną. W tym ostatnim przypadku wspinano się na dach, ustawiano antenę, poprawiano kabel, a niekiedy wołano domorosłego technika "od telewizorów", aby dokonał stosownej naprawy samego odbiornika telewizyjnego bądź anteny. Z czasem powstało w Gdańsku specjalne przedsiębiorstwo państwowe o zasięgu wojewódzkim ZURT, czyli Zakład Usług Radiowo-Telewizyjnych, które prowadziło warsztaty naprawcze sprzętu rtv.
Poza ZURT-em działalność naprawczą prowadzili też prywatni technicy, którzy na wezwanie telefoniczne przybywali do miejsca zamieszkania klienta i zwykle "z marszu" dokonywali naprawy. Ponieważ pierwsze telewizory były aparatami lampowymi (tranzystory i obwody wprowadzono znacznie później) technik dysponował zestawem lamp do różnych telewizorów (np. Szafira, Szmaragda czy Neptuna) oraz lutownicę. Często posiadał też schemat połączeń, którym posiłkował się przy szukaniu uszkodzenia.
Jak wspomniano wyżej, początkowo telewizorami dysponowali nieliczni, wytworzył się zwyczaj korzystania z tego urządzenia przez rodzinę, a nawet sąsiadów, których zapraszano na transmisje sportowe, teatralne itp. Korzystano też z telewizorów w które były wyposażone niektóre świetlice. Wtedy zwykły telewizor ustawiano na odpowiednio wysokim stojaku i stawiano w skrzyni zamykanej na kłódkę. Kluczem dysponował "świetlicowy" i to on otwierał, czyli udostępniał telewizor na czas transmisji. Proceder ten stosowano w obawie przed uszkodzeniem przez nieuważnych użytkowników.
W pierwszym okresie TVP nadawała transmisje tylko na jednym kanale i były one bardzo krótkie. Z czasem czas transmisji wydłużono, a później uruchomiono też drugi kanał specjalizujący się w tematyce regionalnej. Dla poprawy jakości emisji w Chwaszczynie wybudowano wysoki maszt z anteną, a po uruchomieniu drugiego kanału, na płycie Redłowskiej, na dachu budynku, zamontowano kolejny przekaźnik.
Przez długie lata program telewizyjny nadawano tylko w godzinach popołudniowych i wieczornych. Audycje kończono o północy nadając hymn narodowy. W miarę rozwoju i poszerzania programu, wypracowano ramówkę oraz cykl audycji, które pojawiały się na antenie regularnie, cyklicznie. Codziennie, o godzinie 19:30 było główne wydanie wiadomości na zakończenie którego podawano prognozę pogody na następny dzień. Dziennik prowadzili przemiennie spikerzy - Edyta Wojtczak i Jan Suzin, a "pogodynką" był red. "Wicherek". Sprawy sportowe referował red. Tomasz Hopfer. W poniedziałki transmitowano na żywo teatr telewizji, z udziałem znanych polskich aktorów. Programy te były ambitne i przybliżały widzom klasykę teatralną. W czwartki transmitowano teatralny program kryminalny "Kobra", który cieszył się dużym zainteresowaniem.W ramach programów publicystycznych emitowano "Teleecho", prowadzone przez red. Irenę Dziedzic. Elegancka Irena Dziedzic prowadziła na żywo wywiady ze znanymi osobami publicznymi, ze świata polityki, kultury, sportu itp.
Sporo audycji poświęcono dzieciom. Codziennie przed dziennikiem nadawano "Wieczorynkę", w ramach której emitowano kreskówki, bajki i filmy przygodowe takie jak: "Jacek i Agatka", "Przygody Reksia", produkcji krajowej, a także produkcje Czechosłowackie i Radzieckie. Często emitowano filmy specjalne dla dzieci, bądź przedstawienia lalkowe prowadzone przez znanych aktorów. Bronisław Pawlik prowadził kukiełkową audycję "Pora na Telesfora". W niedzielne przedpołudnia puszczano program pod nazwą "Teleranek", który bardzo długo utrzymywał się na antenie, emitowano go nawet po zmianie ustroju.
Dla dorosłych emitowano na żywo mecze piłkarskie, zawody sportowe z różnych dyscyplin sportu, a także transmisje z politycznych imprez - pochodów, defilad "ku czci" 22 lipca, 1 maja, Święta Plonów, czyli dożynek itp. Zarówno dzieci jak i dorośli chętnie oglądali program Adama Słodowego Pt.: "Zrób to sam", w którym przedstawiano ciekawostki z zakresu majsterkowania.
Audycje emitowane w tamtym czasie można by mnożyć. Jedna sprawa dla aktualnego widza będzie szokująca. Programy nie były przerywane reklamami!
W pierwszym okresie TVP nadawała transmisje tylko na jednym kanale i były one bardzo krótkie. Z czasem czas transmisji wydłużono, a później uruchomiono też drugi kanał specjalizujący się w tematyce regionalnej. Dla poprawy jakości emisji w Chwaszczynie wybudowano wysoki maszt z anteną, a po uruchomieniu drugiego kanału, na płycie Redłowskiej, na dachu budynku, zamontowano kolejny przekaźnik.
Przez długie lata program telewizyjny nadawano tylko w godzinach popołudniowych i wieczornych. Audycje kończono o północy nadając hymn narodowy. W miarę rozwoju i poszerzania programu, wypracowano ramówkę oraz cykl audycji, które pojawiały się na antenie regularnie, cyklicznie. Codziennie, o godzinie 19:30 było główne wydanie wiadomości na zakończenie którego podawano prognozę pogody na następny dzień. Dziennik prowadzili przemiennie spikerzy - Edyta Wojtczak i Jan Suzin, a "pogodynką" był red. "Wicherek". Sprawy sportowe referował red. Tomasz Hopfer. W poniedziałki transmitowano na żywo teatr telewizji, z udziałem znanych polskich aktorów. Programy te były ambitne i przybliżały widzom klasykę teatralną. W czwartki transmitowano teatralny program kryminalny "Kobra", który cieszył się dużym zainteresowaniem.W ramach programów publicystycznych emitowano "Teleecho", prowadzone przez red. Irenę Dziedzic. Elegancka Irena Dziedzic prowadziła na żywo wywiady ze znanymi osobami publicznymi, ze świata polityki, kultury, sportu itp.
Sporo audycji poświęcono dzieciom. Codziennie przed dziennikiem nadawano "Wieczorynkę", w ramach której emitowano kreskówki, bajki i filmy przygodowe takie jak: "Jacek i Agatka", "Przygody Reksia", produkcji krajowej, a także produkcje Czechosłowackie i Radzieckie. Często emitowano filmy specjalne dla dzieci, bądź przedstawienia lalkowe prowadzone przez znanych aktorów. Bronisław Pawlik prowadził kukiełkową audycję "Pora na Telesfora". W niedzielne przedpołudnia puszczano program pod nazwą "Teleranek", który bardzo długo utrzymywał się na antenie, emitowano go nawet po zmianie ustroju.
Dla dorosłych emitowano na żywo mecze piłkarskie, zawody sportowe z różnych dyscyplin sportu, a także transmisje z politycznych imprez - pochodów, defilad "ku czci" 22 lipca, 1 maja, Święta Plonów, czyli dożynek itp. Zarówno dzieci jak i dorośli chętnie oglądali program Adama Słodowego Pt.: "Zrób to sam", w którym przedstawiano ciekawostki z zakresu majsterkowania.
Audycje emitowane w tamtym czasie można by mnożyć. Jedna sprawa dla aktualnego widza będzie szokująca. Programy nie były przerywane reklamami!
środa, 18 lutego 2015
Kradzieże portowe
W moich licznych gdyńskich lekturach, tylko jeden raz spotkałem się z tym tematem. Jest on pomijany, chociaż wszyscy starzy mieszkańcy Gdyni się z nim spotkali, a nawet w jakimś stopniu w procederze uczestniczyli. Mowa tu o kradzieży portowej niechlubnej karcie w historii naszego portu.
Kradzieże w porcie występowały zawsze. Ich nasilenie było różne w różnych okresach. Przed wojną kradzieże były minimalne, bowiem prywatni właściciele dobrze pilnowali swojego mienia. Wyręczali ich w tym tzw. formani, czyli brygadziści. Złapany na kradzieży robotnik natychmiast tracił pracę, a opinia złodzieja utrudniała mu znalezienie kolejnej pracy. W okresie okupacji - pomimo hitlerowskiego terroru - kradzieże w porcie nadal istniały. Wtedy proceder ten nabierał charakteru szkodzenia okupantowi, a więc był rodzajem swoistego patriotyzmu, Po wojnie, w pierwszych latach wyzwolonej Polski, nastąpiła erupcja portowych kradzieży. Sprzyjał temu powojenny chaos oraz daleko idąca demoralizacja społeczeństwa, które niejednokrotnie myliło demokrację z anarchią.
Szczególne nasilenie kradzieży portowych miało miejsce w latach 1945 - 1947, to jest w okresie dostaw UNRRA, które trafiały do naszego kraju przez gdyński port. Nasilenie kradzieży było tak wielkie, że zagrożono wstrzymaniem dostaw i skierowaniem ich przez porty na Morzu Czarnym.
Polskie władze, a wśród nich pełnomocnik rządu do spraw portu inż. Eugeniusz Kwiatkowski, podjęły działania porządkujące sprawy dostaw UNRRA przez port i wprowadziły szereg obostrzeń. Cały teren portu od strony lądu został ogrodzony wysoką, drucianą siatką. Wyznaczono bramy przez które odbywał się transport relacji ląd - tereny portowe i odwrotnie. Ruch pieszy również odbywał się przez te bramy. Powołano Straż Portową. Jej wartownicy uzbrojeni i umundurowani strzegli przejść przez całą dobę. Wprowadzono przepustki uprawniające do wejścia na teren portu. Utworzono też Portowy Komisariat MO, specjalizujący się w zwalczaniu kradzieży w porcie. MO ściśle współpracowało ze Strażą Portową. Złapanych podczas patroli i przy bramach złodziei przekazywano milicji do dalszego postępowania.
Wśród braci portowej znane było porzekadło "jak weźmiesz z dużej kupki to nie widać". Brano więc z owej dużej kupki wszystko co dało się wynieść lub wywieźć. Wynoszono w kieszeniach i teczkach, furmankami używanymi przy pracach remontowych, samochodami osobowymi i ciężarowymi. Kradziono i wynoszono z portu w ilościach detalicznych i hurtowych artykuły przemysłowe, ale także żywność: mleko w proszku, mleko skondensowane, papierosy, czekoladę, konserwy mięsne, kawę i gumę do żucia, mąkę, orzeski ziemne łuskane i te w łupinach, koprę itd., itp.. Większość towarów trafiała do paserów, na Halę Targową, na prywatne stoiska, do prywatnych zakładów gastronomicznych, a także na własne potrzeby domowe.
My, dzieciaki, objadaliśmy się w szkole orzeszkami, koprą i gumą do żucia, grubą na cal czekoladą pochodzącą z unrrowskich paczek. Nigdy nie można było ustalić czy dany produkt pochodzi z kradzieży czy z oficjalnie przydzielonych paczek, które jako deputat wydawano w niektórych portowych zakładach pracy.
Kradzieże w porcie występowały zawsze. Ich nasilenie było różne w różnych okresach. Przed wojną kradzieże były minimalne, bowiem prywatni właściciele dobrze pilnowali swojego mienia. Wyręczali ich w tym tzw. formani, czyli brygadziści. Złapany na kradzieży robotnik natychmiast tracił pracę, a opinia złodzieja utrudniała mu znalezienie kolejnej pracy. W okresie okupacji - pomimo hitlerowskiego terroru - kradzieże w porcie nadal istniały. Wtedy proceder ten nabierał charakteru szkodzenia okupantowi, a więc był rodzajem swoistego patriotyzmu, Po wojnie, w pierwszych latach wyzwolonej Polski, nastąpiła erupcja portowych kradzieży. Sprzyjał temu powojenny chaos oraz daleko idąca demoralizacja społeczeństwa, które niejednokrotnie myliło demokrację z anarchią.
Szczególne nasilenie kradzieży portowych miało miejsce w latach 1945 - 1947, to jest w okresie dostaw UNRRA, które trafiały do naszego kraju przez gdyński port. Nasilenie kradzieży było tak wielkie, że zagrożono wstrzymaniem dostaw i skierowaniem ich przez porty na Morzu Czarnym.
Polskie władze, a wśród nich pełnomocnik rządu do spraw portu inż. Eugeniusz Kwiatkowski, podjęły działania porządkujące sprawy dostaw UNRRA przez port i wprowadziły szereg obostrzeń. Cały teren portu od strony lądu został ogrodzony wysoką, drucianą siatką. Wyznaczono bramy przez które odbywał się transport relacji ląd - tereny portowe i odwrotnie. Ruch pieszy również odbywał się przez te bramy. Powołano Straż Portową. Jej wartownicy uzbrojeni i umundurowani strzegli przejść przez całą dobę. Wprowadzono przepustki uprawniające do wejścia na teren portu. Utworzono też Portowy Komisariat MO, specjalizujący się w zwalczaniu kradzieży w porcie. MO ściśle współpracowało ze Strażą Portową. Złapanych podczas patroli i przy bramach złodziei przekazywano milicji do dalszego postępowania.
Wśród braci portowej znane było porzekadło "jak weźmiesz z dużej kupki to nie widać". Brano więc z owej dużej kupki wszystko co dało się wynieść lub wywieźć. Wynoszono w kieszeniach i teczkach, furmankami używanymi przy pracach remontowych, samochodami osobowymi i ciężarowymi. Kradziono i wynoszono z portu w ilościach detalicznych i hurtowych artykuły przemysłowe, ale także żywność: mleko w proszku, mleko skondensowane, papierosy, czekoladę, konserwy mięsne, kawę i gumę do żucia, mąkę, orzeski ziemne łuskane i te w łupinach, koprę itd., itp.. Większość towarów trafiała do paserów, na Halę Targową, na prywatne stoiska, do prywatnych zakładów gastronomicznych, a także na własne potrzeby domowe.
My, dzieciaki, objadaliśmy się w szkole orzeszkami, koprą i gumą do żucia, grubą na cal czekoladą pochodzącą z unrrowskich paczek. Nigdy nie można było ustalić czy dany produkt pochodzi z kradzieży czy z oficjalnie przydzielonych paczek, które jako deputat wydawano w niektórych portowych zakładach pracy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)