piątek, 30 listopada 2012

Gdyński Dworzec Morski – w rocznicę uruchomienia.

W dniu 8 grudnia mija kolejna rocznica poświęcenia i uruchomienia gdyńskiego Dworca Morskiego. Otwarcie to miało miejsce w 1933 roku, a niezastąpiony Grzegorz Winogrodzki w swoim wydanym w 1937 roku przewodniku, nie raz już przytaczanym na blogu (część 1, część 2), zrymował to wydarzenie następująco:

„W roku tysiąc dziewięćset trzydziestym i trzecim,
Który portu gdyńskiego był dziesięcioleciem
Na dzień 8 – go grudnia zjechał Rząd i liczne
grono na poświęcenie portu symboliczne.
Na ten termin i dworzec morski wykończono,
i miał być poświęconym, a dostojne grono
uświetniło odbycie radosnego święta”.

Do budowy Dworca Morskiego przystąpiono już w 1930 roku wiosną, wtedy to również przystąpiono do likwidacji Chińskiej Dzielnicy położonej przy ul. Portowej w kierunku ul. Polskiej i Węglowej. Większość mieszkańców przeniosła się wtedy na Witomino – gdzie umożliwiono im nabycie na dogodnych warunkach działek budowlanych oraz znormalizowanych piętrowych domków. Kilka takich domków przetrwało do dziś i można je oglądać przy ul. Poprzecznej. W stosunku do slumsów przy ul. Portowej domki na Witominie to pełen komfort.

A wracając do Dworca Morskiego wspomnieć też warto o dwóch tablicach, które przy okazji poświęcenia odsłonięto. Tablice te ze stosownymi napisami przedstawiały popiersia (profile) Prezydenta I. Mościckiego i Marszałka J. Piłusudskiego (tablice te usunięte we wrześniu 1939 roku przez Niemców dotąd się nie odnalazły). Grzegorz Winogrodzki opisał to tak:

„I spadają zasłony, które ścianę kryją,
i odkrywają się oczom nadmorskiego grodu
umieszczone popiersia dwóch wodzów narodu...”

W tym dniu poświęcony został również port gdyński. Impreza temu poświęcona odbyła się w Szkole Morskiej (patrz „Rocznik Gdyński” nr 11 strona 53).

czwartek, 29 listopada 2012

Krótki żywot s/s „Gdynia”.

Statków o nazwie Gdynia mieliśmy w historii naszej żeglugi kilka. Pisał o nich kapitan żeglugi wielkiej Wiktor Czapp w „Roczniku Gdyńskim” nr 16, gdzie jego tekst pt. „Pływające Gdynie”. W tej sytuacji zajmę się tylko jednym z nich – pierwszym statkiem o tej nazwie, a zarazem jedna z pierwszych ofiar drugiej wojny światowej na morzu, jaka był s/s „Gdynia”. Zatonął on już 2 września 1939 roku, a więc wojował zaledwie półtora dnia.

Statek ten (podobnie jak jego bliźniak „Gdańsk”) zbudowany został w 1926 roku w Stoczni Gdańskiej. Był stateczkiem niewielkim, o długości zaledwie 54 m i wyporności 528 BRT. Wyposażony był w maszyny parowe o mocy 650 KM, co pozwalało mu osiągnąć prędkość 11 węzłów.

Był statkiem żeglugi przybrzeżnej, a jego armatorem była „Żegluga Polska” . Przeznaczony był do pływania po Bałtyku, głównie po wodach Zatoki Gdańskiej. Pomimo niewielkich rozmiarów był statkiem bardzo „pojemnym”, bowiem w rejsach po zatoce mógł zabrać na swój pokład aż 700 pasażerów.

W 1939 roku liczył zaledwie 13 lat, był więc statkiem młodym i technicznie pełnosprawnym. W przed dzień wybuchu wojny przejęty został przez Marynarkę Wojenną. Tu służyć miał jako nieuzbrojony okręt pomocniczy, rodzaju okrętu bazy dla zmobilizowanych dla celów wojennych kutrów rybackich. Pisałem o tym już wcześniej w miesięczniku „Pomerania” nr1/1999 rok, gdzie mój tekst pt. „Kutry pod banderą”.

Dowódcą s/s „Gdynia” od momentu jego zmobilizowania został porucznik rezerwy Marynarki Wojennej i kapitan żeglugi wielkiej Stanisław Kosko, w cywilu Rektor Szkoły Morskiej na Grabówku. Po pierwszym nalocie bombowym na port wojenny na Oksywiu, jaki miał miejsce 1 września 1939 roku w godzinach południowych, kutry i statki bazy wypłynęły na zatokę, gdzie się rozproszyły. Flotylla kutrów około 70 jednostek rozdzieliła się i pod ochroną artylerii przeciwlotniczej z Helu, schroniła się w Jastarni i Helu. Statki bazy „Gdynia” i „Gdańsk” pozostały na zatoce.

Kolejny nalot Luftwaffe w liczbie 17 Stukasów nastąpił 2 września o godzinie 11.30 dopadł „Gdynię” na wysokości Mechelinek. Kilka celnych bomb sprawiło, że statek przełamał się na pół i błyskawicznie zatonął. Część załogi zginęła na miejscu, część wybili ogniem karabinów maszynowych hitlerowskie nurkowce, część rannych utonęła. Zabitych było około 40 osób. Uratowany, lecz ciężko ranny dowódca statku kapitan Stanisław Kosko zmarł niebawem.

Wrak statku czas wojny przeleżał w wodach zatoki. Wydobyty po kilku latach nie nadawał się do remontu i poszedł na złom.

Natomiast pod koniec lat 70 – tych ubiegłego wieku Szkole Podstawowej nr 35 na Witominie nadano imię Kapitana Stanisława Kosko, której absolwentem jest obecny prezydent Gdyni.

wtorek, 27 listopada 2012

Flagowy statek m/s „Batory”.


Jego portem macierzystym była Gdynia. Stąd statek wystartował w połowie lat 30. ubiegłego wieku w swój pierwszy oceaniczny rejs. Tu powracał z między kontynentalnych podróży. Tu witały go i żegnały tłumy. Tu wreszcie – przy Nabrzeżu Pomorskim – spędził ostatnie lata swojego żywota.

Ale zacznijmy od początku i po kolei. M/s „Batorego” kupiliśmy w 1936 roku płacąc dostawami węgla. Wybudowała go stocznia we Włoszech, w Monfalcone. Od kwietnie tego roku włączony został do naszej floty pasażerskiej. W czasie gdy cumował przy Nabrzeżu Francuskim – w dniu 18 mają 1936 roku – na Dworcu Morskim poświęcona została jego bandera. W doniosłej uroczystości uczestniczyli wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski, a uroczystą msze świętą celebrował biskup Stanisław Okoniewski – nasz biskup morski. Kapitanem został Eustazy Borkowski, pod którego komenda statek wyruszył w swój inaugurujący rejs do Ameryki.

Zanim przedstawię dalsze losy tego historycznego statku, słów kilka o jego danych technicznych. Jak na tamte czasy m/s „Batory” był statkiem nowoczesnym i dużym. Jego długość wynosiła 160,32 m, pojemność 14,278 BRT, a prędkość 18 węzłów. Załogę stanowiło 260 oficerów i marynarzy, różnych specjalności. Statek dysponował 770 miejscami dla pasażerów.

Wojna zastała m/s „Batorego” poza granicami kraju, więc jak większość naszych statków schronił się w Wielkiej Brytanii. Tam będąc w dyspozycji naszego Rządu na Uchodźctwie poddany został już w 1939 roku adaptacji, przystosowującej go do transportu cywilów i wojska. Tak więc z „pasażera” stał się „transportowcem”. Jedną z pierwszych jego misji w tej nowej roli była ewakuacja brytyjskich dzieci do Australii. Wkrótce – w kwietniu 1940 roku – wykorzystano go do przerzutu wojsk desantowych w operacji norweskiej. Po dwóch miesiącach – po nieudanej operacji – ewakuował wojsko z Norwegii z rejonu Greenock do ujścia Clyde.

Już po kilku dniach 16 czerwca włączono go do operacji Aerial w ramach której (po upadku Francji) uczestniczył w ewakuacji żołnierzy brytyjskich i polskich z Saint Nazaire do Plymonth.

Później uczestniczył też w operacji na Morzy Śródziemnym konkretnie w Operacji Sycylijskiej (26 czerwca i 9/10 lipca 1943 roku), a w sierpniu 1944 roku wykorzystano go do transportu wojsk z Trentu.

Jak widać z powyższego m/s „Batory” czas wojny spędził pracowicie. Po powrocie z wojennej tułaczki do kraju, do Gdyni, zawsze cumował przy Nabrzeżu Francuskim, tuż przy Dworcu Morskim. Wśród pasażerów cieszył się opinią szczęśliwego statki „lucky ship” - co zostało mu jeszcze z czasu wojny. Znany był ze wzorowej obsługi hotelowej i smacznej kuchni, a także z rozrywek kulturalnych serwowanych pasażerom. Wspomnieć wypada, że przez kilka lat oficerem kulturalnym na „Batorym” był Edward Obertyński, późniejszy prezes Koła Starych Gdynian i znany gdyński pisarz.

Rolę najbardziej znanego polskiego statku pasażerskiego m/s „Batory” pełnił przez 33 lata, do 1969 roku. Wtedy to wycofano go z czynnej morskiej służby i zacumowano przy Nabrzeżu Pomorskim, w rejonie Przystani Żeglugi Przybrzeżnej. Wtedy też wyznaczono mu nową rolę – pływającego hotelu i restauracji, która pełnił do wiosny 1971 roku. Wtedy nastąpiło pożegnanie tego zasłużonego statku, przed jego odpłynięciem do Hong Kongu na złom.

M/s „Batorego” zastąpiono niebawem innym „pasażerem” - m/s „Stefan Batory”, ale wśród gdynian i nie tylko nostalgia za „Batorym”, tym przedwojennym, pozostała.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Podziękowanie

Szanowni Państwo

Z satysfakcją odnotowałem fakt przekroczenia w dniu 25 listopada 2012 roku 10 000 wejść na mój blog. Nastąpiło to po 9 miesiącach jego funkcjonowania. Z tej okazji pragnę podziękować wszystkim moim Czytelnikom za zainteresowanie moim blogiem i tematami na nim prezentowanymi. Świadczy to o sporym zainteresowaniu gdyńską tematyką - co mnie jako gdynianina niezmiernie cieszy.

Przy okazji pragnę poinformować Czytelników, że w najbliższym czasie będę kontynuował prezentowanie gdyńskiej tematyki w sposób dotychczasowy.

W tym przeświadczeniu oczekuję dalszego zainteresowania moim blogiem - życząc ciekawej lektury.

niedziela, 25 listopada 2012

"Gdyńskie lato" w dwóch odsłonach.

W latach 70. ubiegłego wieku, czyli w tak zwanej epoce Gierka podjęto w Gdyni szereg działań. Dotyczyły one zarówno sfery gospodarczej jak i kulturalnej. Przypomnę tylko, że w tamtym czasie rozpoczęto budowę Terminalu Kontenerowego, Trasy Kwiatkowskiego, rozbudowę stoczni Komuny Paryskiej poprzez między innymi budowę suchego doku, montażu suwnicy bramowej, a w mieście rozbudowę i modernizację ulic w rejonie Śródmieścia i na peryferiach, budowę fabryki domów na Cisowskich Łąkach, uruchomienie fabryki białka rybnego (kryl), budowę fabryki farb okrętowych koło Chwaszczyna itd. W zakresie kultury wprawdzie osiągnięć było mniej, ale i tu odnotować warto zakończenie budowy Teatru Muzycznego, budowę kolejnych szkół, urządzenie terenu rekreacyjnego w Chyloni, a także uruchomienie na terenach dzisiejszego Centrum Gemini pawilonu wystawowego.

Losy tego pawilonu tzw. Kaufhalli są dziwne i pokrętne. W pierwszej połowie lat 70. ubiegłego wieku zakupiło go w NRD (kiedyś było takie państwo) Przedsiębiorstwo Handlu Spożywczego (PHS) z przeznaczeniem dla dzielnicy Chylonia. Pawilon ten o powierzchni 1400 m kwadratowych, zasilić miał sieć handlową tego osiedla, a stanąć miał przy ul. Wiejskiej. W ostatniej niemal chwili – gdy prace inwestycyjne były już daleko zaawansowane – pawilon „przerzucono” na Skwer Kościuszki, tuż przy ul. Waszyngtona. Tam służyć miał jako pawilon wystawowy Targów Rybnych, które od lata 1973 roku stanowiły w tym miejscu imprezę sezonową.

Poza Targami Rybnymi pawilon służył też „Cepeliadzie” - folklorystycznej imprezie organizowanej w lipcu każdego roku przez Centralę Przemysłu Ludowego i Artystycznego (CEPELiA), której dyrekcja dla Polski północnej mieściła się w Chyloni. Impreza ta była kilkudniowa i ściągała do naszego miasta wytwórców ludowych nie tylko z Kaszub i Pomorza, ale z całego kraju.

Obydwie te imprezy cieszyły się u gdynian i turystów dużym zainteresowaniem, gdyż w trójmiejskim kalendarzu kulturalnym stanowiły obok sopockiego festiwalu i Jarmarku Dominikańskiego sporą atrakcją. W okresach poza letnich pawilon wykorzystywano dla eksponowania malarstwa i grafiki twórców krajowych i zagranicznych.

Według przyjętych zaleceń, obie imprezy stanowiły gwóźdź programy tak zwanego „Gdyńskiego Lata” - zespołu imprez, które miały promować Gdynię. Sam pomysł Targów Rybnych zainicjowała wybrzeżowa prasa (Głos Wybrzeża), a podchwyciły go miejscowe władze. Wystawcami na targach były Gdyńskie Zakłady Rybne i Centrala Rybna. Początkowo stoiska handlowe o charakterze sezonowym na placu, gdzie działała też smażalnia ryb, były stoiska z lodami i saturatory z wodą sodową. Na stoiskach rybnych sprzedawano wszelkie dostępne ryby świeże i ich przetwory – ryby wędzone, solone, marynowane, a także konserwy rybne polskie i radzieckie łącznie z kawiorem.

Z chwilą ustawienia tam pawilonu wystawowego część stoisk zlokalizować można była w jego wnętrzu. Pozwalało to na prowadzenie handlu bez względu na panujące warunki atmosferyczne.

Tymczasem sytuacja gospodarcza kraju stale się pogarszała. „Nawis inflacyjny”, czyli pieniądz bez pokrycia rozchwiał rynek. Narastało społeczne niezadowolenie, spowodowane brakiem towarów – głównie mięsa. Ryby zaczęły być poszukiwanym substytutem mięsa i wtedy po 8 latach funkcjonowania Targów Rybnych, zdecydowano się na ich zawieszenie. Był rok 1981. Zachowano jeszcze przez pewien czas „Cepeliadę”.

Latem 1982 roku pawilon przejęło Muzeum Miasta Gdyni, aby tam prowadzić część swojej działalności. W czasie budowy Centrum Gemini pawilon, o którym tu była mowa wyburzono.

A teraz – niejako przy okazji słów kilka o przedwojennych Targach Gdyńskich, które w latach 1936 – 37 organizowano również w rejonie Portu Rybackiego – przy ul. Rybackiej 1 (dziś ul. Hryniewieckiego), w specjalnie tam wybudowanym pawilonie. Stanął tam też Hotel Turystyczny na 900 miejsc, w salach po 100 łóżek, dla uczestników targów i osób zwiedzających. Charakter tych przedwojennych targów był zupełnie inny niż tych PRL – owskich. Wystawiano głównie artykuły przemysłowe – jak pokrycia dachów, materiały budowlane, szkło, a nawet meble i instrumenty muzyczne. Wystawcą był też Morski Instytut Rybacki, który wystawiał sprzęt rybacki, opakowania, ubiory dla rybaków itp. Zadbano także o folklor, głównie kaszubski – stąd zapewne po latach pomysł zorganizowania „Cepeliady”. Dziś po Tragach Gdyńskich pozostały pawilony – użytkowane do innych celów – i nieco zdjęć. Natomiast po pawilonie z lat 70. zostało blade wspomnienie.

Pomimo tych różnic obie imprezy mają wspólny mianownik – odbywały się w czasie sezonu letniego i za cel miały promowanie naszego miasta.

Myślę, że takie imprezy można by reaktywować oczywiście w zmienionej formie, władze miasta powinny pomyśleć o wznowieniu tak mi się wydaje!?

piątek, 23 listopada 2012

Sąsiad Gdyni – Sopot, nieco historii.


Przed kilkoma laty sąsiad Gdyni – Sopot – obchodził setną rocznicę swego miejskiego istnienia. Z tej okazji zdecydowałem się na opracowanie poniższego szkicu historycznego, którego celem jest syntetyczne przybliżenie niektórych wydarzeń z minionego czasu, coś w rodzaju skróconego życiorysu. Opracowanie moje kończę na okresie po Pierwszej Wojnie Światowej, w przekonaniu, że bliższe na pod względem historycznym sprawy i wydarzenia są na ogół dobrze znane.

Znajdowane na tym terenie wykopaliska świadczą, że ludzie mieszkali tu już w okresie przed chrześcijańskim. Znajdują się tu groby skrzynkowe i popielnice twarzowe, które archeolodzy datują na okres 650 – 400 r p.n.e. Jakie wtedy mieszkały tu plemiona – dziś trudno o jednoznaczną odpowiedź. Jest pewne, że Słowianie przybyli w ten rejon w okresie wędrówki ludów – a więc w IV – VII wieku naszej ery. Nieco później, przypuszczalnie w VII wieku na obszarze obecnego Sopotu powstało, jedno z pierwszych na tym terenie, grodzisko.

Jego ślady przetrwały do dziś. Można je oglądać na niewielkim wzniesieniu (19,5 m n.p.m.) nieopodal Parku Północnego, w niewielkiej odległości od wodnego lustra Zatoki Gdańskiej.

Później, już w okresie panowania Książąt Pomorskich, w obecnych granicach miasta istniała osada chłopska, świadczy o tym zapis z 1283 roku księcia Moszczuja 2, przekazujący tę osadę na rzecz oliwskich Cystersów. Nowożytną historię Sopotu datować można od 1714 roku, kiedy to rozważając możliwość zlokalizowania tu portu morskiego polecono królewskiemu geometrze C. Schirschmidtowi opracować plan zabudowy tej miejscowości.

Parę lat później, w 1734 roku podzielił Sopot los innych kaszubsko – pomorskich miejscowości, a mianowicie w czasie walk o sukcesję po królu Auguście II Sasie, spalone zostały przez wojska rosyjskie nadmorskie miejscowości między innymi Sopot, część gdańskich przedmieść, ówczesna Gdynia i wiele innych – od rejonu Pucka po Mierzeję Wiślaną. Zniszczenia te miały utrudnić w tym rejonie pobyt desantu francuskiego zdążającego z odsieczą królowi Stanisławowi Leszczyńskiemu.

Po tym pożarze Sopot powracał do życia bardzo powoli. Niewielka osada rybacka wegetowała, a jej byt uzależniony był od wyników przybrzeżnych połowów i kaprysów aury.

„Ożywienie” przyniosły dopiero wojny napoleońskie. Wtedy to przewalające się przez Pomorze wojska różnych nacji ponownie łupiły i ograbiały mieszkańców tej ziemi, ale równocześnie uświadamiały im ich pomorską tożsamość i mobilizowały do przetrwania.

Gdy wreszcie w Europie, po 1815 roku, nastąpił określony ustaleniami Kongresu Wiedeńskiego pokój, a Pomorze inkorporowano w skład Prus, nastąpiła dla tych ziem – podobnie jak dla całej Europy nowa era – era dynamicznego rozwoju kapitalizmu. Wnet pojawiły się rewolucjonizujące życie nowinki techniczne – telegraf, maszyna parowa, kolej żelazna, żegluga parowa itd.

Jaskółkami zwiastującymi nowoczesność w Sopocie stały się dwie „nowinki” obydwie pomysłu napoleońskiego lekarza J. Haffnera - a mianowicie zakład balneologiczny (1823 rok) i pomost morski – obecne molo (1819 rok). O przyszłości Sopotu zdecydować miał głównie zakład kąpielowo – leczniczy, którego istnienie nadać miało tej nadmorskiej miejscowości cechy kurortu.

Początki zakładu były skromne. Posiadał on początkowo tylko sześć kabin kąpielowych, do których rurociągiem doprowadzana była zimna i ciepła woda. Wodę tę czerpano z zatoki.

Reakcja społeczna na tę „nowinkę” była zróżnicowana. Przyjęto ją z zainteresowaniem, ale też z drwiną. Nie mniej odtąd życie mieszkańców i przyjezdnych kuracjuszy skupiać zaczęło się w Dolnym Sopocie, a sam zakład balneologiczny wraz z nadmorskim pasem uzdrowiska był ciągle modernizowany.

Równocześnie z zakładem uzyskał Sopot codzienne, stałe połączenie komunikacyjne z Gdańskiem. Spowodowało to dalsze ożywienie miejscowości. Wyrazem tego może być fakt, że o ile poprzednio w Sopocie było zaledwie 23 budynki, to niebawem – w 1844 roku – było ich już 150. Dalszy wzrost budownictwa zapewniła uruchomiona w 1843 roku cegielnia. Rozbudowująca się miejscowość uzyskała w 1936 roku szkołę katolicką, a wkrótce także aptekę (1842 rok).

W tym samym 1942 roku, odnotowano fakt modernizacji mola, które uzyskało długość 200 stóp, a szerokość 8 stóp. Molo jednakże było nadal po sezonie letnim rozbierane, a przed czerwcem roku następnego ponownie montowane. Przy tej okazji molo było przedłużane i modernizowane. Przed 1 wojną światową długość tej budowli dochodził już do 315 m, a zatem było molo tylko o około 200 metrów krótsze niż istniejące obecnie.

Ważnym wydarzeniem dla rozwoju miejscowości było przeprowadzenie przez Sopot linii kolejowej. Linię tę uruchomiono w 1870 roku. Zapewniła ona dogodne połączenie z Prusami Wschodnimi, Pomorzem i Wielkopolską, a także z innymi zaborami. Oznaczało to w praktyce zwiększony napływ turystów i kuracjuszy, i miało istotny wpływ na dalszy rozwój miejscowości.

W połowie lat siedemdziesiątych 19 wieku Sopotem zarządzać zaczęła 20 osobowa rada gminna, którą kierował nominowany naczelnik gminy. W tym czasie opracowano – używając dzisiejszego nazewnictwa - „plan zagospodarowania przestrzennego” miejscowości. Wytyczono nowe ulice, uruchomiono wodociąg, zlokalizowano targowisko i uruchomiono gazownię (1885 roku). Już w 1872 roku uruchomiono tor wyścigów bicyklowych, a w 1897 roku kilka boisk tenisowych.

Sopot nabierał cech nowoczesnego, europejskiego kurortu i słusznie zyskał miano „Wenecji północy”, stał się bowiem bezsprzecznie najmodniejszym ośrodkiem kuracyjnym nad Bałtykiem. W tej sytuacji Sopocianie świadomi roli swojej miejscowości, wystąpili w dniu 9 sierpnia 1900 roku do rządu pruskiego z wnioskiem o nadanie Sopotowi praw miejskich. Stosowny dekret wydany został przez Cesarza Wilhelma 2 w dniu 8 października 1901 roku.

Nowe miasto wydarzenie to przyjęło z entuzjazmem. Stało się ono impulsem do dalszych wysiłków. Niebawem też przystąpiono w Górnym Sopocie, z inicjatywy gdańskiego kapelmistrza Paula Walher – Schaffera do budowy opery leśnej. Budowę tego unikalnego w skali europejskiej obiektu zakończono w 1909 roku. Uroczyste otwarcie opery nastąpiło 11 sierpnia tegoż roku. Wystawiono operę romantyczną w dwóch aktach C. Krentzera pt. „Obóz nocny w Grenadzie”. Dyrygował gdański kapelmistrz pan Emil Schwarz.

Po I wojnie światowej Sopot włączony został do Wolnego Miasta Gdańsk. Ze znaczących wydarzeń miało wtedy miejsce uruchomienie Kasyna Gry (1920 rok), które rozbudowano i zmodernizowano w latach 1922 – 23. Ale to już temat na inne opracowanie.

środa, 21 listopada 2012

Zanim zatonął m/s „Goya”.

Admirał Karol Donitz – głównodowodzący Kriegsmarine, a od śmierci Hitlera jego następca na stanowisku Kanclerza Trzeciej Rzeszy, sprawy te przedstawia lapidarnie:

„W rejonie Bałtyku odwrót żołnierzy i uciekinierów zależał całkowicie od morskich transportów Kriegsmarine. Droga lądowa była bowiem dla nich całkowicie zablokowana przez Rosjan. W okresie od 23 stycznia do 8 mają 1945 roku drogą morską dotarło na zbawczy zachód 2 204 477 osób z Kurlandii, Prus Wschodnich i Zachodnich, a później także z Pomorza i częściowo z Meklenburgii. Transporty te odbywały się wśród nieustających walk z angloamerykańskimi i rosyjskimi okrętami podwodnymi i ścigaczami, często na zaminowanych szlakach. Straszliwymi katastrofami były tu zatonięcia statków transportowych „Wilhelm Gustloff” z 4000 i „Goya” z 7000 oraz statku – lazaretu „Steuben” z 3000 ludzi na pokładzie”.

Wspomniana przez adm. K. Donitza największa tragedia m/s „Goya” rozegrała się 16 kwietnia 1945 roku. Helską redę statek opuścił parę minut po 19:00. Towarzyszyło mu sześć eskortowców, również z upchanymi pasażerami. Na wysokości Rozewia statek i jego eskorta wzięła kurs na Szlezwik – Holsztyn.

Tymczasem w pobliżu rozewskiego przylądka czaiła się radziecka łódź podwodna, dowodzona przez komandora podporucznika Konowałowa, L – 3. Gdy namierzono a następnie odkryto niemiecki konwój, decyzja była jednoznaczna – należy zaatakować statek największy i najcenniejszy. Tak zapadł wyrok śmierci na „Goya” i jego pasażerów. Wykonanie wyroku było tylko kwestią czasu.

Zbliżała się północ. Była godzina 23:52, gdy dwie z czterech odpalonych torped ugodziły w śródokręcie. „Goya” przełamała się na pół i momentalnie zaczął tonąć. Część pasażerów zginęła od wybuchu torped, większość jednakże zabiła zimna woda Bałtyku, którego temperatura wynosiła zaledwie +3 stopnie C, tym bardziej, że eskortowce zamiast ratować swoich ziomków zajęli się głównie polowaniem na radziecką łódź podwodną.

Efekt takiego działania był tragiczny. Około 6800 pasażerów i członków załogi pochłonął Bałtyk. Uratowano zaledwie 180 osób...

Za niespełna miesiąc padł Berlin, wcześniej Hitler popełnił samobójstwo i niebawem Trzecia Rzesza przyjęła bezwarunkową kapitulację...

Tak tragicznego końca tysiącletniej Rzeszy nie przewidywali nawet najwięksi niemieccy stratedzy, którzy już po klęsce stalingradzkiej (listopad 1942 – luty 1943) i kurskiej (23 sierpnia 1943) byli świadomi przegranej hitlerowskich Niemiec. Utwierdziły ich w tym przekonaniu ustalenia koalicjantów antyhitlerowskich w Teheranie (koniec listopada 1943), gdzie w ogólnym zarysie określono już powojenny los Prus Wschodnich, Pomorza i Śląska.

Już od pierwszego kwartału 1944 roku władze hitlerowskie uwzględniają w swoich planach działania dotyczące ewakuacji ludności tych ziem. W dniu 13 lipca tegoż roku Hitler wydaje rozkaz o wojnie totalnej, a po sześciu dniach, 19 lipca Keitel wydaje instrukcję do tego rozkazu wraz z wytycznymi w sprawach ewakuacji.

Kanałami partyjnym NSDAP przekazane zostają wytyczne poszczególnych prowincji, okręgów, miast i gmin. Na wszystkich tych szczeblach opracowuje się plany ewakuacji i zniszczenia. Opracowane solidnie, z niemiecką dokładnością z rozbiciem na etapy realizacji, z uwzględnieniem sytuacji na froncie wschodnim i stopniem zagrożenia.

W pierwszej fazie przewiduje się na ewakuację ludności niezdolnej do pracy. Zakładano, że tę ewakuacje przeprowadzi się z odpowiednim wyprzedzeniem, a więc już jesienią 1944 roku w przypadku Prus Wschodnich. W tych celach wykorzystana miała być kolej i transport konny.

Dla ludności wiejskiej przewidywano wyłącznie transport konny, dla którego wyznaczono trasy ewakuacyjne, etapy, punkty żywieniowe i noclegowe, określono rodzaje i wielkość bagażu oraz obozy przejściowe, rozdzielcze i docelowe. Etapy marszowe wynosiły 35 km na dobę, a marszruty dla kolumn ewakuacyjnych wykreślono bocznymi drogami, przeznaczając główne trasy dla potrzeb wojskowych. Natomiast drogi polne przeznaczono dla ewakuacji bydła, koni i owiec. Nierogacizny nie zamierzano ewakuować, przeznaczając ją w całości na potrzeby żywieniowe wojska i pozostającej w pasie przyfrontowym ludności.

Takie były plany. Ich realizację zakłóciły, i to w sposób trudny do przewidzenia, dwa czynniki, a więc szybka i ostra zima 1944/45 oraz dynamiczne natarcie armii radzieckiej, które sprawiło, że już 22 stycznia 1945 roku, połączenie kolejowe pomiędzy Prusami a Rzeszą zostało przerwane.

Planowany przez hitlerowców front na linii Wisły, znalazł się nagle nad Bałtykiem i na linii Odry. W tej sytuacji część wojsk radzieckich zmieniła kierunek natarcia z zachodniego na północny, a nawet wschodni. Zarówno plany obrony jak i ewakuacji okazały się nagle nieaktualne. I wtedy wydarzyło się to o czym w suchych słowach w swoich wspomnieniach powiada admirał Donitz, a które na wstępie przytoczyłem.

Byłe naocznym świadkiem niektórych tych wydarzeń. Widziałem jako 10 letnie dziecko przelewające się przez Gdynię kolumny uciekinierów już jesienią 1944 roku. Widziałem kolumny wozów przypominające cygańskie tabory. Widziałem złamanych i pozbawionych butów Niemców, marznących na swoich wozach, które sunęły na zachód bez względu na mróz i śnieżne zadymki. A po Bożym Narodzeniu i Nowym Roku widziałem te same kolumny wozów powracające z zachodu w kierunku śródmieścia Gdyni i gdyńskiego portu. A nieco później uciekinierzy, czyli Fluchtlingi jak na nich mówiliśmy, zakwaterowali się po szkołach na obrzeżach miasta i czekali na ewakuację drogą morską.

Chętnych były tysiące. Na swoja kolejkę czekali nie tylko uciekinierzy, ale również napływający z frontu ranni, a w szczególności rodziny hitlerowskich prominentów, urzędników i wszelkiej maści kolaborantów, którym nagle grunt zaczął się palić pod stopami. Zapał ten ostygł nieco, gdy z początkiem lutego rozeszła się wieść o storpedowaniu „Wilhelma Gustloffa”, ale i tak strach przed zbliżającym się „Iwanem” był większy od strachu przed ryzykiem morskiej ewakuacji.

Potwierdza to fakt, że ewakuację z Gdyni i Gdańska do 25 marca 1945 roku, a więc zakończono ją na dwa dni przed wkroczeniem do Gdyni wojsk radzieckich i jednostek polskich. Natomiast ewakuację z rejonu Helu kontynuowano jeszcze w pierwszej dekadzie mają.

Dziś, po latach, nie sposób dokładnie określić ilość ofiar jaką pochłonęła ewakuacja, zarówno lądowa jak i morska. Admirał Donitz uważa, że ilość ofiar na morzu nie przekroczyła 1 % ilości osób ewakuowanych. Wydaje się jednak, że pan admirał jako organizator i współodpowiedzialny za tę tragedię próbuje pomniejszyć swoje grzechy.

Jak wiadomo z innych źródeł, do ewakuacji użyto około 250 jednostek morskich, z których zatopiono około 150. Tylko na „Gustloffie”, „Goya” i „Steuben” było łącznie około 14000 ofiar. Ile było na pozostałych okrętach i statkach tego chyba nie dowiemy się nigdy, ale to już sprawa Niemców i ich historii, którą zresztą sami sobie zgotowali...

poniedziałek, 19 listopada 2012

Cmentarzyk przy Urzędzie Miasta w Gdyni


Już przed kilkoma laty opublikowałem tekst o wyzwoleniu Gdyni spod hitlerowskiej okupacji, w którym między innymi za komandorem E. Kosiarzem podałem daty wyzwolenia kolejnych dzielnic naszego miasta. Tam tez przytoczyłem nieco faktów dotyczących walk o Gdynię w marcu 1945 roku. Niektóre tam podane fakty przypominam poniżej. Otóż – co powszechnie wiadomo – walki o wyzwolenie toczyły oddziały 2 Frontu Białoruskiego dowodzone przez marszałka K. Rokosowsskiego. Konkretnie w walkach o Gdynię walczyły dwie armie tego frontu – 19 i 70 armia oraz pancerniacy Wojska Polskiego. Walki o Gdynię rozpoczęły się 12 marca i trwały aż do 5 kwietnia – gdy wyzwolono Kępę Oksywską.

Rosjanie nacierali na Gdynię z dwóch stron – od Redy i Rumi i od strony Kartuz, w rejonie Wzgórz Kolonii Chwaszczyńskiej. W Rumi bastionem niemieckiej obrony było wzgórze Markowca, a w okolicach Chwaszczyna rolę taka spełniało wzgórze Donasa. Oba odcinki frontu ze strony obrońców czyli Niemców wspierał ogień artylerii okrętowej kierowanej z lądu.

Wzgórza Donasa bronił 366 Pułk Piechoty na terenie dobrze ufortyfikowanym. Zaciekłe walki trwały tu od 12 do 21 marca 1945 roku i pochłonęły tysiące ofiar. Według moich szacunków – na obu odcinkach frontu (pod Rumią i Chwaszczynem) poległo łącznie od 8 do 10 tysięcy Rosjan. Potwierdzają to cmentarze w Łężycach i Żukowie, a także cmentarz żołnierski w Redłowie, gdzie pochowano aż ponad 1300 Rosjan poległych w bezpośrednich walkach o nasze miasto.

Jak wiadomo, Rosjanie posiadali specjalne „oddziały cmentarne”, które posuwając się za frontem, dokonywały pochówków swoich poległych. Oddziały te tworzyły improwizowane cmentarze, zwykle w miejscach, gdzie poległych było najwięcej. Cmentarze te były niejako „znormalizowane”, ogrodzone estetycznymi płotkami, a na nagrobkach ustawiano jednakowe postumenty drewniane, zwykle zwieńczone pięcioramienną gwiazdą, oraz opatrzone tabliczkami z danymi osobowymi poległego. Cmentarze te bez względu na ich wielkość były zadbane i uporządkowne. Również po wojnie – gdy pieczę nad cmentarzami przyjęły polskie władze cywilne, nadal dbano o porządek i estetykę tych miejsc.

Niemcy natomiast grzebali swoich zabitych na istniejących cmentarzach. Również oni oznaczali mogiły swoich poległych. Ustawiali na mogiłach krzyże w kształcie „żelaznego krzyża”, a także na zamieszczonych poniżej tabliczkach wypisywali dane osobowe poległego. Tuż po wyzwoleniu krzyże te miejscowa ludność cywilna, pałając nienawiścią do wszystkiego co niemieckie, niszczyła.

A wracając do cmentarzy rosyjskich, to jeden, niewielki znajdował się vis a vis Urzędu Miejskiego – dokładnie na rogu ul. Świętojańskiej i ówczesnej Alei Czołgistów. Zajmował niewielki, kwadratowy trawnik. Znajdowało się tam zaledwie kilka mogił ogrodzonych drewnianym płotkiem. Cmentarzyk ten istniał przez około 20 lat, bo o ile dobrze pamiętam, zlikwidowano go jesienią 1965 roku. Wtedy to przeprowadzono ekshumacje szczątków poległych Rosjan i przeniesiono je na cmentarz w Redłowie.

W książce Zbigniewa Flisowskiego „Pomorze – reportaż z pola walki” (wyd. MON Warszawa 1979), na wklejce fotosów, między stronami 304 – 305, znajduje się między innym zdjęcie tego cmentarzyka na tle udekorowanego gmachu Zarządu Miasta Gdyni. Zdjęcie to przy niniejszym tekście zamieszczam.

Mogiła poległych w walkach o Gdynię czołgistów przed budynkiem Zarządy Miejskiego (Flisowski, 1979, Pomorze - reportaż z pola walki).
Aktualnie – już od kilkunastu lat – na trawniku, gdzie kiedyś był omawiany cmentarz – w lecie znajduje się rabatka kolorowych kwiatów, a przed Bożym Narodzeniem, każdego roku, stoi okazała choinka, zapalana uroczyście 6 grudnia każdego roku.

sobota, 17 listopada 2012

Instytut Bałtycki w Gdyni.

Zamieszczony tekst jest próbą syntetycznego zaprezentowanie działań Instytutu w czasie jego istnienia, a w szczególności jego gdyńskiego okresu w latach 1937 – 1939. Wcześniej Instytut ten - w latach 1926 – 1931 funkcjonował w ówczesnej stolicy województwa Pomorskiego w Toruniu.

Powołano go z inicjatywy Władz Centralnych z zadaniami politycznymi, gospodarczymi, naukowymi i kulturalnymi o charakterze „lądowo – morskim”. Miał też inspirować i podejmować prace naukowo – badawcze i patriotyczno – propagandowe, a także popularyzatorskie. Jego działalność stanowić miała swoistą bazę, na której funkcjonować miały inne instytucje i organizacje położone na Wybrzeżu i jego najbliższym zapleczu.

W tym celu organizowano tematyczne zjazdy naukowe dotyczące spraw pomorskich – o czym pisałem już w nr 1/2000 w miesięczniku „Pomerania”.

Intensyfikacja działalności Instytutu nastąpiła po 1931 roku, kiedy to oddział Instytutu przeniósł się do Gdyni. Od tego momentu nastąpiło zacieśnienie współpracy z władzami miejskimi Gdyni, a także z instytucjami portowo – żeglugowymi i kulturalnymi naszego miasta.

Kierownictwo Instytutu doceniało wagę zlokalizowania jego oddziału w Gdyni, czego dowodem wypowiedź zastępcy dyrektora Instytutu mgr Józefa Bieniasza w „Wiadomościach Literackich” (nr 27 1936), gdzie pisze:
„Gdynia jako pierwszy port na Bałtyku musi więc reprezentować całą Polskę nie tylko pod względem gospodarczym, ale także w zakresie dorobku naukowo – kulturalnego, musi pokazać wszystko, co Polska ma najlepszego...”

Czynione starania o przeniesienie całego Instytutu do Gdyni uwieńczone zostały powodzeniem w 1937 roku, wtedy to wszystkie agendy Instytutu (z wyjątkiem Wydziału Pomorzoznawstwa) przeniesione zostały do Gdyni, i zajęły lokum przy ul. Świętojańskiej 23.

Korzyści z tego przeniesienia były bezsporne. Wzrósł prestiż miasta, a Instytut zyskał na znaczeniu ponad regionalnym i międzynarodowym.

Instytutem kierował dr Józef Borowik – geograf i ichtiolog, który od początków swojej naukowej kariery zajmował się sprawami rybołówstwa. Pod jego kierownictwem – już w Gdyni – Instytut wydał szereg opracowań naukowych z zakresu etnografii, historii i polityki. Pracownicy Instytutu opublikowali też szereg artykułów naukowych i popularno – naukowych o tematyce morskiej i etnografii oraz rolnictwa pomorskiego.

Wyrazem współpracy międzynarodowej Instytutu był wydany jeszcze w Toruniu w 1935 roku, kwartalnik w języku angielskim pt. „Baltic Countries”. W Gdyni poszerzono zakres tego czasopisma z równoczesną zmianą tytułu na „Baltic and Scandinavian Coutries”. Czasopismo to pozyskało do współpracy licznych uczonych ze środowisk uniwersyteckich w kraju i za granicą.

Od marca 1937 roku Instytut zaczął wydawać bardziej popularny kwartalnik dla przeciętnego czytelnika – był to „Jantar”, wydawany po polsku. Jego celem było popularyzowanie wiedzy o morzu i Pomorzu.

Poza pracą wydawniczą Instytut prowadził także czytelnię udostępnioną gdyńskiej inteligencji i młodzieży gimnazjalnej. Biblioteka Instytutu liczyła ponad 8000 tomów. Bibliotekę tę stale uzupełniano o nowe wydawnictwa krajowe i zagraniczne. Biblioteka Instytutu była najlepszym i największym zbiorem literatury o tematyce morskiej w kraju.

Jesienią 1937 roku z inicjatywy mgr J. Bieniasza zorganizowano w Gdyni Towarzystwo Przyjaciół Nauki (TPN). Inauguracja działalności TPN nastąpiła z końcem stycznia 1938 roku. W skład zarządu Towarzystwa weszły takie postaci jak dr Józef Kulikowski, dr de Teiseyre, mgr Bieniasz i inni. Utworzono kilka sekcji naukowych między innymi prawniczą, humanistyczną, przyrodniczą, medyczną, kultury teatralnej i inne.

Docelowym zamierzeniem TPN było – poza innymi – wydanie biblioteki pisarzy kaszubskich, którą zainaugurować miał tom poświęcony Derdowskiemu. Równolegle TPN organizowało odczyty i wieczory dyskusyjne na wiele tematów. Tylko w 1938 roku odczytów takich zorganizowano 14. W roku następnym tę pożyteczną działalność kontynuowano. Również Instytut i TPN zorganizowały cykl tak zwanych prelekcji profesorskich zwanych także „piątkami uniwersyteckimi”. Wykłady z tego cyklu odbywały się w gdyńskiej Izbie Przemysłowo – Handlowej, przy ul. 10 – lutego 24. W roku 1937 ciekawy odczyt o Biskupinie wygłosił tu znany poznański archeolog Józef Kostrzewski.

W połowie 1938 roku, gdyńskie środowiska intelektualne doprowadziły do konferencji z udziałem centralnych władz państwowych. Jej celem było uruchomienie w Gdyni Studium Ekonomiczno – Morskiego na prawach wyższej uczelni. Działania te popierali zarówno miejscowi działacze TPN jak i lokalna prasa.

Z wcześniejszymi o rok reminiscencjami na temat utworzenia w Gdyni wyższej uczelni, wręcz uniwersytetu, spotkać się można było już u pana Grzegorza Winogrodzkiego, który w swoim rymowanym „przewodniku” po Gdyni na str. 29 tak pisze (na blogu więcej o przewodniku część 1, część 2):
„...Dziś nie ma emigracji, i obóz wspaniały
mógłby uniwersytet pomieścić tu cały.
Dla podniesienia bowiem autorytetu
nauki polskiej brak nam uniwersytetu.”

Ów wspomniany przez autora „obóz wspaniały”, który wskazuje na miejsce zlokalizowania uniwersytetu w tak zwanym Etapie Emigracyjnym na Grabówku. Tyle tytułem dygresji...

Środowisko skupiające się wokół Instytutu Bałtyckiego i TPN było pełne inicjatywy i twórczych pomysłów. Wacław Sieroszewski – teraz mieszkaniec Gdyni – wspierany przez Polską Akademię Literatury oraz Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, zorganizował wakacyjny Instytut Sztuki. Kierował nim znany pisarz Michał Rusinek, a siedziba tego Instytutu znalazła dla siebie miejsce w gmachu Szkoły Morskiej. Kursanci rekrutowali się z terenu całej Polski i z roku na rok ich przybywało. Wykładali tu T. Boy, M, Dąbrowska, Z Nałkowska, M. Kuncewiczowa i wiele innych znanych osób.

Z kolejną inicjatywą wystąpił artysta malarz Zygmunt Cywiński, który zorganizował w Gdyni „wieczory czwartkowe”. Ich tematem była literatura, muzyka i plastyka. W sumie wieczorów takich było około 90, a prelekcje wygłosili między innymi M. Wańkowicz, M. Zaruski, Z. Kossak i wielu innych.

czwartek, 15 listopada 2012

Gdyńskie plaże.

Najstarszą gdyńską plażą jest ta w Śródmieściu, nieopodal „Riwiery” (więcej o niej tutaj). Funkcjonowała ona już w czasach, gdy Gdynia była wsią, a więc z początkiem XX wieku (rok 1904). Wtedy to – gdy powołano do życia w Gdańsku Towarzystwo Kąpielowe – w Gdyni uruchomiono plaże i łazienki dla letników. Atrakcyjniejszą była tylko plaża w Sopocie podzielona na sektory – dla pań, dla panów, dla służby i dla... koni. W Gdyni takiego podziału nie było.

Kolejna gdyńska plaża, ta w Redłowie, odgrywała raczej rolę plaży lokalnej (dla nielicznych stałych wtedy mieszkańców), a w czasie wakacji korzystali z niej biwakujący tam harcerze i członkowie Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Ta plaża do dzisiaj przez mieszkańców Redłowa i Wzgórza Świętego Maksymiliana nazywana jest dziką plażą, dla odróżnienia tej w Śródmieściu powszechnie nazywanej miejską. 

Trzecia gdyńska plaża – ta w Orłowie – zyskała na atrakcyjności z chwilą wybudowania w pobliżu orłowskiego klifu, mola spacerowego (1934 rok). W rymowanym przewodniku po wybrzeżu polskim, Grzegorza Winogrdzkiego, wydanym w 1935 roku (część 1, Orłowo Morskie), na ten temat znajduje się następująca wzmianka:

„...zaś w Orłowie zaszły wielkie zmiany,
gdyż został nowy piękny pomost zbudowany.
Podczas lata powszechnie wzbudzał podziw szczery,
widok jak pracowali żołnierze – sapery.
Kompania bowiem Szkolna, Batalion Mostowy
z Kazunia, zbudowali długi pomost nowy.
Tworząc szybko, dokładnie, jakby na paradę
piękną nową Orłowską Jatee de promenade.
Przez ten czyn Urząd Morski i władza wojskowa
przyczyniły się wielce do wzrostu Orłowa...”


Więcej o tym przewodniku pisałem już na blogu w poście pod tytułem "Kuriozalny przewodnik po Gdyni" (część 1, część 2). 

A wracając do gdyńskiej plaży w Śródmieściu wspomnieć wypada o jej zmiennych kolejach. Otóż w czasach okupacji plaża ta była „ Nur fur Deutsche”, czyli niedostępna dla Polaków. O tym, że taki zakaz obowiązywał, dowiedziałem się dopiero po wojnie, gdyż jako dziecko i mieszkaniec przedmieścia do Śródmieścia na plażę nie dojeżdżałem.

We wczesnych latach PRL – u plaża w Gdyni była odpłatna, w związku z czym została ogrodzona drucianą siatką. Wejście na plażę było nieopodal „Riwiery”. Tam ustawiono dwie budki – kasy, przed którymi zwykle ustawiały się spore kolejki. Młodzież szkolna korzystała przy zakupie z ulg. Jednakże cen biletów nie zapamiętałem, bowiem zwykle wchodziliśmy „na gapę”. Odbywało się to tak, że z części plaży nieodpłatnej (był taki niewielki klin brudnego piasku tam gdzie dziś pomnik ryb) przechodziło się wodą na plażę odpłatną, niosąc przed sobą tobołek zwiniętej odzieży.


Ogrodzenie na plaży w  Śródmieściu. 
Na plaży nie było w tamtym czasie żadnych urządzeń związanych z rekreacją lub rozrywką, jak koszy plażowych, ogródka zabaw dla dzieci, wypożyczalni kajaków. Natomiast nad plażą – tam gdzie później znalazło się muzeum Marynarki Wojennej – na skarpie, znalazły się dwie kawiarenki: „Plażowa” i „Lido”. Były to placówki sezonowe, z muzyką, wieczorami oświetlone girlandami kolorowych żarówek. Tam pod parasolami, na świeżym powietrzu, można było wypić wino, napoje chłodzące, zjeść ciastko lub lody. Z przyjemności tych korzystano tylko przy ładnej pogodzie, bowiem przy braku zadaszenia przy opadach z kawiarenek nie korzystano.

Na koniec parę słów na temat refulacji gdyńskich plaż. Refulację, czyli uzupełnienie ubytków piasku na plażach, przeprowadzono w latach 1996 – 97. Wtedy czynności te wykonało Przedsiębiorstwo Robót Czerpalnych i Podwodnych (PRCiP). Plażę w Orłowie powiększono wtedy z 22,5 tysięcy metrów kwadratowych, do 87,9 tysięcy metrów kwadratowych. Plażę w Redłowie z 4,5 tysiąca metrów kwadratowych do 27 tysięcy metrów kwadratowych, a plażę śródmiejską z 22 tysięcy metrów kwadratowych do 55, 9 tysięcy metrów kwadratowych.

Zainteresowanych refulacją odsyłam do „Wiadomości Gdyńskich” nr 2 z 1998 roku, gdzie artykuł Krystyny Sielawy pt. „Co zabrało morze...oddał PRCiP”.

wtorek, 13 listopada 2012

Ćmirowo

W tekście o Babskim Figlu, w jednym miejscu wspomniałem Ćmirowo. Pierwsza czytelniczka moich artykułów, moja żona Sabina, zwróciła mi uwagę, że nazwa ta dla wielu czytelników mojego blogu może być niezrozumiała. W związku z tym postanowiłem przybliżyć nieco czytelnikom tę dzielnicę Gdyni.

Otóż, Ćmirowo to najstarsza część Cisowej, w zasadzie jej kolebka. Położona jest w pobliżu cisowskiego cmentarza, a rozciąga się od ul. Zbożowej, wzdłuż ul. Chylońskiej aż po obecne osiedle Sibeliusa. Inaczej to część starej Cisowej obejmująca ul. Owsianą, Pszeniczną, Jęczmienną, i Słomianą oraz nowe ulice – Lnianą i odcinek ul. Morskiej (dawna ul. Kłosowa) od nr 232 aż po wspomniane osiedle Sibeliusa. Enklawą Ćmirowa jest Babski Figiel, któremu poświęciłem oddzielny tekst.

O Ćmirowie i jego związkach z Cisową pisałem już wcześniej w „Roczniku Gdyński” nr 15 z 2003 roku (patrz str. 61). Tam tekst pt. „Ćmirowo jedno z najstarszych osiedli obecnej Gdyni”. Zaprezentowałem tam Ćmirowo i Cisową na tle Pomorza i Gdyni, do której osiedle to od 1935 roku należy.

Przekonany o tym, że nie wszyscy Czytelnicy sięgną do wymienionego „Rocznika...” przytaczam sam siebie – kilka fragmentów z tamtego tekstu. Oto one:

W czasach mojego dzieciństwa, które spędziłem w Cisowej, Leon Lubner (w „Roczniku...” błędnie napisano Lubbner) był właścicielem wszystkich okolicznych piaszczystych pól, aż po las. Posiadał poza tym łąki, za torem kolejowym, duży sad wraz z zabudowaniami i trzykondygnacyjny dom mieszkalny – czynszówkę dla lokatorów (gbura tego po wojnie zniszczono – ale to już całkiem inna historia). Centrum Ćmirowa stanowił wówczas rejon starej dziewiętnastowiecznej szkoły. Boisko szkolne dochodziło do Cisowskiej Strugi i było nie ogrodzone. W lecie przez to boisko pędzono na pastwisko krowy, przy okazji pojąc je w Cisowskiej Strudze, za którą – po przeciwnej stronie ul. Chylońskiej – prowadziła droga na łąki... Ostatnie lata 20 wieku przyniosły znaczące zmiany dla Cisowej i Ćmirowa. Przez pole Lubnera pociągnięto dwupasmową ul. Morską, która przejęła prawie cały ruch kołowy z ul. Chylońskiej. Po prawej stronie idąc do cmentarza, na wzniesieniu, które nazwaliśmy „mała górką”, stanął zgrabny kościółek pod wezwaniem Dobrego Pasterza, wraz z plebanią. Od torów kolejowych i przystanku SKM do ul. Morskiej, wzdłuż odcinka ul. Owsianej poprowadzono ulicę dwupasmową (...). Dawne pola uprawne zabudowano wieżowcami i pawilonami handlowymi. Uruchomiono przy cmentarzu komisariat policji, przeniesiony tam z Chyloni. Przy ul. Lnianej (...) wybudowano osiedle domków jednorodzinnych. Rozbudowano Szkołę Podstawową nr 31, włączając w jej teren dawną posiadłość Lubnera. Na polu przy ul. Pszenicznej stanął gmach szkolny i pracownie Technikum Tworzyw Sztucznych...

Już poza cytatem dodać wypada, że przed paroma laty przy ul. Jęczmiennej wybudowano i oddano użytkownikom nowoczesny Dom Pomocy Społecznej.

A dla mnie Ćmirowo jest krainą mojego dzieciństwa. Najbliższą mi dzielnicą Gdyni. Pozostało tam jeszcze paru kolegów z lat młodości. Nieco zapyziałych starych domków, starych drzew i cmentarz położony na gruncie, który przed wojną parafii ofiarowała rodzina Lubnerów.

niedziela, 11 listopada 2012

Początki gdyńskiej policji.

11 listopada – Święto Niepodległości – wielu pomorskim rodzinom od lat kojarzy się z hitlerowskim zbrodniami. W dniu tym – przed 73 laty – Niemcy przystąpili do masowych rozstrzeliwań. Na gdyńskim Obłużu rozstrzelano 10 nieletnich chłopców. W pobliżu obozu w Stutthofie zamordowano dziesiątki więźniów, a w lesie koło Piaśnicy, w tym dniu rozpoczęto masowe rozstrzeliwania, które kontynuowane przez najbliższe miesiące doprowadziły do 12000 śmiertelnych ofiar.

W tej liczbie znalazła się grupa około 20 gdyńskich policjantów. Od trzech lat fakt ten upamiętnia tablica zamieszczona na frontonie gmachu policji przy ul. Portowej 15.

Jak zdołałem ustalić, przedwojenny garnizon policji gdyńskiej liczył 280 funkcjonariuszy, tak więc rozstrzelano około 10 % stanu osobowego. Zbrodnia ta tym większa, że we wrześniu 1939 roku policjanci zostali podporządkowani Dowódctwu Lądowej Obrony Wybrzeża i pełnili obowiązki żandarmerii wojskowej. Byli więc żołnierzami i jako jeńcy posiadali wszelkie uprawnienia tego statusu wynikające z umów międzynarodowych.

Tyle tytułem wstępu, a teraz nieco informacji o początkach gdyńskiej policji. Początki te sięgają 1920 roku, wtedy to pierwsi policjanci z wsi Gdynia podlegali komendzie powiatowej mieszczącej się w Wejherowie. W 1927 roku – jak podaje ówczesna prasa – urząd policyjny w Gdyni objął starszy referent wojewódzki nazwiskiem Dąbek. Po jego rozkazami policja zabrała się ostro za nierząd, sutenerów, złodziei i zabójców, a także za włóczęgów i bezdomnych, którzy licznie napływali do tworzącego się miasta.

Z tego czasu znane jest mi zdjęcie grupy policjantów na tle ukończonego budynku dworca głównego. Grupa ta liczy 12 funkcjonariuszy. Przypuszczać należy, że są to policjanci z komisariatu kolejowego.

W maju 1928 roku komendantem gdyńskiego posterunku policji został aspirant Konstanty Kauss. W tym czasie policja gdyńska nie posiadała własnej siedziby i korzystała z gościnności magistratu.

Od 1929 roku w gdyńskiej policji zatrudniono kilka policjantek i utworzono sekcję obyczajową, zajmującą się zwalczaniem nierządu w mieście. Zatrudniono poza tym większą ilość funkcjonariuszy, adekwatnie do ilości mieszkańców (miasto liczyło wtedy 15000 mieszkańców), i nadal dynamicznie się rozwijało.

Wiosną 1935 roku rozkazem Komendy Głównej powołano w naszym mieście Komendę Miejską Policji Państwowej. W tym momencie Gdynia liczyła 75000 mieszkańców. Pierwszym komendantem Komendy Miejskiej został komisarz Głuchowski, a siedziba Komendy mieściła się w budynku przy ul. Mościckich 43 (obecnie ul. Wójta Radtkiego).

W tym czasie funkcjonują już komisariaty policji w poszczególnych dzielnicach, a policjanci cieszą się w społeczeństwie gdyńskim dużym mirem.

Tak było aż do czasu kapitulacji Gdyni we wrześniu 1939 roku.

sobota, 10 listopada 2012

Babski Figiel – gdzie to jest?

Nawet nie wszyscy Cisowiacy wiedzą gdzie znajduje się Babski Figiel. Na pewno nie wiedzą tego ci wszyscy mieszkańcy Cisowej, którzy zasiedlili tę dzielnicę dopiero w latach 70. ubiegłego wieku, zajmując spółdzielcze mieszkania w blokach wzdłuż ul. Morskiej na odcinku od ul. Kcyńskiej po Osiedle Sibeliusa. Tymczasem Babski Figiel jak istniał tak istnieje – a nawet modernizuje się...

Ale dość zagadki. Babski Figiel to niewielki przysiółek położony tuż przy lesie nieopodal cisowskiego cmentarza. Jego „historyczna”, a więc najstarsza część to zaledwie trzy budyneczki. Powstały one zapewne w latach 20. ubiegłego wieku, bowiem gdy w 1938 roku wprowadziliśmy się do Cisowej, owe budyneczki już istniały. Z racji swojego położenia, przysiółek ten był rodzajem enklawy – i to nie tylko topograficznie, ale również społecznie. Jego mieszkańcy – a byli to robotnicy i ich rodziny – trzymali się z dala od najbliższych sąsiadów, żyjąc we własnej niewielkiej społeczności.

A gdy o topografii mowa, to zaznaczyć należy, że domki Babskiego Figla położone są u podnóża morenowych pagórków – Bieszków Górki i Malinowskich Górki (nazwy od nazwisk właścicieli). Z Ćmirowa dochodziło się tam skrótem, przez pole Leona Lubnera. Latem szło się wydeptana ścieżką przez łan żyta, a zimą omijając śnieżne zaspy.

Ulica Owsiana była wtedy nieutwardzoną, piaszczystą drogą, która do Babskiego Figla nie dochodziła, a kończyła się w lesie. Obecnie po wybudowaniu w pobliżu Komisariatu Policji, do Babskiego Figla wiedzie ul. Owsiana skręcając przy końcu cmentarnego ogrodzenia w lewo, prawie pod kątem prostym. Ulica jest wyasfaltowana i niczym nie przypomina owej piaszczystej drogi z lat mojej młodości.

Pierwszy piętrowy domek przysiółka ma numer 39. pozostałe dwa zabudowania nie mają widocznej numeracji. Widocznie uznano ją za niepotrzebną, bądź też (co jest mało prawdopodobne) wszystkie budynki mają ten sam numer!? Ostatni w szeregu to dom Reinhardtów, do których należało też nieco ziemi ornej na zapleczu budynku oraz niewielki sad. Budynek jest odnowiony i swoja kolorową elewacją odstaje od dwóch pozostałych. W wyraźnie złym stanie technicznym jest domek środkowy – architektonicznie najciekawszy i chyba najstarszy. To zapewne dom Bieszków, którzy kiedyś mieli tu gospodarstwo, i od których nazwę wzięła sąsiednia górka. Domek ten robi wrażenie rozsypującego się i stoi dla tego, że podpierają go domki sąsiednie.

Od zawsze nurtowało mnie pytanie – skąd taka niecodzienna nazwa owego przysiółka? Na pytanie nigdy nie uzyskałem jednoznacznej odpowiedzi. Zwykle były to tylko przypuszczenia. Przypuszczać można różnie... Zapewne miejsce na którym wybudowano domki już wcześniej nosiło ową dziwną nazwę. Może tu zbierały się cisowskie baby, aby figlować, czyli bawić się i baraszkować. A może tu na Bieszków Górce, wtedy jeszcze niezalesionej, odbywały się sabaty miejscowych czarownic? Miała i ma Chylonia swoją Świętą Górę, więc dla przeciwwagi Cisowa miała swój Babski Figiel... W takim przypadku owa nazwa pochodziłaby z odległych czasów, gdy na Kaszubach, jak i w całej Europie szukano czarownic i bezlitośnie je tępiono.

W tej sytuacji sięgnąłem do starej mapy Schrottera z lat 1796 – 1802 szukając interesującej nas nazwy. Owa mapa chociaż dość szczegółowa owej nazwy ani też przysiółka nie podaje. Tak więc nazwa Babski Figiel i jej rodowód nadal pozostaje niewyjaśniony.

Na koniec jeszcze kilka zdjęć z Babskiego Figla. 


Pola Leona Lubnera na lewo od Babskiego Figla, w tle widać fragment Malinowskich Górki. Obecnie, na lewo od cmentarza w Cisowej w miejscu gdzie kiedyś były pola Leona Lubnera, znajdują się sklepy, budynek policji oraz wieżowce ( zdjęcie zrobione w VII 1963).
Babski Figiel obecnie (zdjęcie wykonane 31.10.2012).

Babski Figiel obecnie (zdjęcie wykonane 31.10.2012).
Babski Figiel obecnie (zdjęcie wykonane 31.10.2012).
Babski Figiel obecnie (zdjęcie wykonane 31.10.2012).


czwartek, 8 listopada 2012

Początki powojennej gdyńskiej oświaty.


Wiosną 1945 roku, mając zaledwie 11 lat, uczestniczyłem w wielu sprawach rodzącej się nowej gdyńskiej rzeczywistości. Byłem też świadkiem wydarzeń, których wagę doceniłem dopiero po latach. Jednym z takich wydarzeń była odradzająca się w Gdyni polska szkoła podstawowa. Konkretnie wydarzenie to „zaliczyłem” na przykładzie szkoły podstawowej w Cisowej, tej przy ul. Chylońskiej 227 (dziś po rozbudowie znajduje się tam Szkoła Podstawowa nr 31).

O trudnych początkach tej szkoły pisałem już wcześniej w „Roczniku Gdyńskim” nr 14 z 1999 roku, gdzie zamieściłem tekst pt. „Szkolnictwo w Cisowej w krótkim historycznym zapisie”. Tym razem nieco wspomnień i informacji o początkach tej szkoły, która w polską rzeczywistość startowała z numerem 9. W czasie okupacji była to Volksschule 17 – co miało swoje uzasadnienie w tym, że ostatnia uruchomiona przed wojną szkoła powszechna miała nr 16 i mieściła się przy ul. Chabrowej nieopodal Demptowa. Jej przedwojennym kierownikiem był pan Kornowski – ojciec mojego kolegi z ogólniaka Maćka Kornowskiego.

Szkoła w Cisowej, kolejna wybudowana w Gdyni przed wojną miała być uruchomiona z dniem 1 września, do czego z oczywistych względów nie doszło. Szkołę tę uruchomili jeszcze przed Bożym Narodzeniem Niemcy, a jej pierwszym kierownikiem został hitlerowiec Schumann, który często paradował w szkole w brunatnym mundurze samana. Hitlerowiec ten kierował cisowską szkołą przez całą okupację, bo umiał jakoś wywinąć się od służby w Wehrmachcie. Pod koniec 1944 roku, gdy szkołę przeznaczono dla uciekinierów, czyli tak zwanych Fluchtlingów i na kwaterę dla wojska, Schulleiter Schumann „wyparował”...

Od zimy 1940 roku do jesieni 1944 roku byłem uczniem tej podstawówki. Opisałem to w 10 tomie książki wydanej przez Warszawską Fundację pod tytułem „Moje wojenne dzieciństwo”.

Po tym nieco przydługim wstępie przystąpmy do rzeczywistości. Otóż pierwsza gdyńska szkoła jaka wystartowała po wyzwoleniu była Szkoła nr 10 w Chyloni przy ul. Lubawskiej 9. Miało to miejsce w dniu 12 kwietnia 1945 roku, a więc w czasie, gdy Niemcy bronili się jeszcze na Helu, a do końca wojny brakowało trzech tygodni. Kierownikiem szkoły został E. Brach.

Trzy dni później - 15 kwietnia – wystartowały kolejne szkoły, a mianowicie:
  • Szkoła nr 1 przy ul. 10 lutego 26 – kierownik Edward Nowacki
  • Szkoła nr 7 na Grabówku przy ul. Okrzei 9 – kierownik Tadeusz Twardowski
  • Szkoła nr 11 w Orłowie przy ul. Wrocławskiej 42 – kierownik Michał Stępień
  • Szkoła nr 13 w Małym Kacku przy ul. Halickiej 8 – kierownik Antoni Jasiński
  • Szkoła nr 16 w Chyloni przy ul. Chabrowej – kierownik Alfons Kosik

Szkołę w Cisowej otwarto jako szóstą, w dniu 24 kwietnia 1945 roku, a jej pierwszym polskim kierownikiem został Józef Leroch. Zamieszkał on wraz z rodziną w jednym z budynków tak zwanej starej szkoły przy Cisowskim Potoku, który już przed wojna służył jako mieszkanie kierownika. Kierownik Leroch – późniejszy pierwszy dyrektor cisowskiego „ogólniaka” - zabrał się energicznie do działania. Skompletował zespół nauczycieli, zatrudnił woźnego i sprzątaczki, nawiązał kontakty z innymi kierownikami gdyńskich szkół – i wystartował z nauką. Zanim to jednak nastąpiło, potrzeba było dużo wysiłku, aby uporządkować szkolne pomieszczenia po wojennych, nieproszonych gościach. Usunąć trzeba było wolinę, która zalegała podłogi wszystkich pomieszczeń klasowych, ustawić ławki, zabić okna pozbawione szyb dyktą, usunąć niemieckie napisy i obrazy (łącznie z portretami Hitlera) i wyzbierać kawałki kredy, z myślą o przyszłej nauce. We wszystkich tych czynnościach pomagały dzieci, które samorzutnie już od początku kwietnia pojawiały się w szkole codziennie, by pod komendą woźnego, pana Stanisława Machnikowskiego, porządkować szkołę. Dużą zasługę w uruchomieniu szkoły miał nasz woźny, który okazał się tak zwaną „złotą rączką”, radził sobie z różnego rodzajami awariami i usterkami.

W pierwszych dniach naszej nauki częstym gościem w naszej szkole był kierownik „szesnastki” Alfons Kosik, który odwiedzał naszego kierownika. Pan Kosik paradował w mundurze polskiego żołnierza – ale bez dystynkcji. Do dziś nie wiem czy robił to dla szpanu, czy zwyczajnie nie miał cywilnego ubrania – co po wojnie nikogo nie dziwiło. Z tego okresu zapamiętałem też braki podręczników, zeszytów, ołówków i innych szkolnych akcesoriów.

Pamiętam, że uczyliśmy się czytać korzystając z „Dziennika Bałtyckiego”, który zaczął ukazywać się już kilka tygodni po wyzwoleniu Gdyni. Pamiętam też radość, gdy w naszej szkole zjawił się Szwedzki Czerwony Krzyż, który przywiózł dla nas zeszyty, ołówki i gumki... Później Szwedzi dostarczyli też witaminy w formie białych, dużych pigułek oraz tran w płynnej postaci, którym na przerwach karmili nas nauczyciele... A jeszcze później zaczęto nas szczepić na gruźlicę, bo choroba ta po wojnie strasznie się rozpanoszyła.

Aby nadrobić wojenne zaległości w nauce, w szkole zorganizowano tak zwane komplety, polegające na nauce na dwie zmiany. Opóźnieni w nauce uczniowie zobowiązani byli uczęszczać do szkoły rano i popołudniu, z niewielką południową przerwą. Wydłużono też rok szkolny o parę tygodni.

Pierwsze powojenne wakacje przyjęliśmy więc z ulgą, bo wysiłek pierwszych tygodni był spory, a słońce grzało bez litości.

Te wakacje wspominam jako częste chodzenie na jagody, co między innymi miało nas uratować przed wszechobecnym powojennym głodem.

wtorek, 6 listopada 2012

„Przystań” - była w Gdyni taka restauracja.

Przez długie lata, aż do połowy PRL – u przy Alei Zjednoczenia, tuż przy Basenie Prezydenta znajdował się dziwny obiekt. Stała tam mianowicie drewniana szopa – pawilon, pochodząca zapewne z czasów przedwojennych. W zimie obiekt ten był zamknięty na głucho, natomiast od wiosny do jesieni tętnił życiem, tu bowiem znajdowały się kasy biletowe Gdańskiej Żeglugi Przybrzeżnej i restauracji kategorii drugiej pod nazwą „Przystań”. Przybytek ten w sezonie letnim obsługiwał turystów indywidualnych i wycieczki chętnych do korzystania ze statków żeglugi przybrzeżnej. Flagowym statkiem tej żeglugi była przez długie lata „Panna Wodna”, najbardziej okazały stateczek firmy. Kursowała ona na trasie Gdynia – Hel, bądź Gdynia – Jastarnia. Nieco później o ile pamiętam w latach 60 – tych ubiegłego wieku, pojawiło się „Mazowsze” - motorowiec, podobno importowany z Węgier. Statek ten odbywał dłuższe rejsy po Bałtyku między innymi do Kaliningradu. Po kilku latach pojawiły się radzieckie wodoloty.

Przez cały ten czas – aż do początku lat 70. ubiegłego wieku – straszyła swoim wyglądem „Przystań” - zapyziałe kasy i restauracja. Podobnie jak „szata zewnętrzna” tak też wnętrze owego przybytku było toporne. Na zadeptanej drewnianej podłodze ustawiono tu bufet z wyszynkiem, kilka stolików krytych ceratowymi obrusami i kilkoma wieszakami imitującymi szatnię.

Podawano tu wódkę i piwo z beczki. W przeszklonej witrynie stały półmiski z zeschniętymi przekąskami, a obok sterczały piramidy skrzynek z butelkami po oranżadzie.

Kuchnia „Przystani” serwowała niezbyt szeroki zestaw dań obiadowych, wśród których królowały flaki i schabowy z kapustą. Jednakże największym powodzeniem cieszył się WC, bowiem korzystali z niego zarówno konsumenci jak i „ludzie z ulicy”. Powodzeniu tego przybytku trudno się dziwić, gdyż poza „Przystanią ubikacja znajdowała się dopiero nieopodal nie istniejącego już kina „Goplana”, a więc prawie na początku Skweru Kościuszki.

Restauracją przez kilka kolejnych sezonów kierował Stefan Szewczyk, rencista wojskowy, który knajpą tą zarządzał jako ajent „Społem”. W istniejących warunkach radził sobie całkiem dobrze – jak na owe czasy. Dużo wysiłku poświęcał sprawom czystości i higienie. Zwykle już przed sezonem przeprowadzał gruntowny remont zaplecza i sali konsumenckiej, mając stale na uwadze wymagania gdyńskiego Sanepidu.

„Przystań” czynna była we wszystkie dni tygodnia, od godziny 8 do 22, to jest w czasie , gdy odpływały i przypływały statki wycieczkowe.

Z początkiem lat 70. ubiegłego wieku zdecydowano się na wybudowanie w miejscu tej rudery nowoczesnego obiektu, mieszczącego zarówno restaurację, punkty gastronomiczne, toalety, a także poczekalnie i kasy żeglugi przybrzeżnej.

Ponieważ nowy obiekt miał stanąć na miejscu dotychczasowego, starą szopę wyburzono. Realizacja budowy nowego obiektu odbyła się etapowo. W lecie 1976 roku oddano do użytku poczekalnię i kasy biletowe. Wiosną 1977 roku przekazano do eksploatacji coctailbar i bufet szybkiej obsługi oraz punkt sprzedaży lodów i napoi. Jesienią 1979 roku, na piętrze obiektu uruchomiono restaurację na 120 miejsc, pod nazwą „Róża Wiatrów”, z doskonałą kuchnią, orkiestrą i podświetlanym parkietem do tańca. Z uwagi na nowoczesne wyposażenie zaplecza, wygodne i estetyczne meble oraz wystrój, lokal otrzymał kategorię „S”, czyli specjalną. Kierownikiem całego kombinatu gastronomicznego został Czesław Pietraszek – gastronomik – praktyk, o długoletnim doświadczeniu gastronomicznym.

niedziela, 4 listopada 2012

Herb kompromitujący Hitlera.

Sprawa dotyczy pierwszego herbu Gdyni – wtedy Gotenhafen – bowiem miała miejsce w czasie wojny. Tak się złożyło, że pierwszy herb naszego miasta wprowadzili do obiegu okupanci. Obowiązywał on od 26 czerwca 1942 roku, do dnia wyzwolenia, czyli 28 marca 1945 roku. Herb przedstawiał statek żaglowy, co zapewne miało akcentować morski charakter miasta. 

Herb Gdyni
źródło


Przed wojną – pomimo licznych w tej materii konkursów – Gdynia herbu się nie doczekała. Sporo ciekawostek z tego zakresu znaleźć można w „Roczniku Gdyński” nr 3, gdzie tekst „Dzieje herbu Gdyni” autorstwa bibliotekarza Henryka J. Jabłońskiego. Tam tez szkic owego niemieckiego herbu oraz nazwisko autora, grafika Raimunda von Schischko. Tam też informacja, że herb ten zatwierdził w dniu 12 mają 1942 roku osobiście Hitler.

Ile prawdy w tej ostatniej informacji, dziś trudno powiedzieć. Zresztą dla historii naszego miasta jest sprawą drugorzędną. Interesujący jest natomiast inny moment tego wydarzenia, mianowicie nieuctwo projektanta herbu jak i Hitlera, kanclerza Trzeciej Rzeszy, który ponoć ten herb akceptował.

Obaj kompromitują się brakiem znajomości historii ludów północnej Europy, a przecież to właśnie owa historia leżała u podstaw hitlerowskiej ideologii – nordyckiej rasy panów, czyli Herrervolku...

Zaprojektowany przez von Schischko i zaakceptowany przez Hitlera, a następnie wprowadzony z dniem 26 czerwca 1942 roku herb Gotenhafen – jak należy przypuszcza nawiązywać miał do hitlerowskiej nazwy Gdyni, czyli do portu Gotów. Kontynuując ten tok rozumowania – statek w herbie miał przedstawiać statek plemienia - jego graficzną stylizację. Tymczasem, Goci pojawili się na naszym wybrzeży w 1 – 2 wieku naszej ery. Pływali na łodziach poruszanych wiosłami, bowiem żagle na Bałtyk wprowadzili dopiero Wikingowie – i to około 8 wieku naszej ery czyli około 600 lat później.

Jak podaje J. Szweda w książce pt. „Rola Bałtyku w dziejach Pomorza” (wyd. Muzeum Archeologiczne w Gdańsku 1977 rok), łodzie Gotów miały około 22 m długości, 3,8 m szerokości i 1,2 wysokości. Zbudowane były z dębowych klepek ułożonych „na zakładkę”. Łódź poruszana była 15 parami osadzonych w dulkach wiosłami. Sterowana była wiosłem umieszczonej na prawej burcie, tuż przy rufie. Wygląd i konstrukcję takich łodzi potwierdzają wykopaliska archeologiczne eksponowane w skandynawskich muzeach Szwecji i Danii.

Kilka innych projektów herbu Gdyni znajduje się na stronie http://www.gotenhafen.pl/stadtwappen.html .