wtorek, 24 czerwca 2014

O cisowskim cmentarzu słów kilka

Kilkusetletnia Cisowa przez wieki nie miała swojego cmentarza. Zmarłych mieszkańców grzebano na cmentarzu chylońskim przy kościele św. Mikołaja, bądź w Rumi. Tak było do grudnia 1936 roku, gdy przy parafii pw. Przemienienia Pańskiego powołanej do istnienia zaledwie trzy lata wcześniej (21 grudzień 1933 rok) odbył się pierwszy pochówek na nowo powstałym cmentarzu. Zlokalizowano go przy końcu ul. Owsianej, tuż przy lesie. Ziemię pod cmentarz ofiarowali miejscowi gospodarze, Teresa i Leon Lubner. O cmentarzu tym pisałem już wcześniej w „Wiadomościach Gdyńskich” (nr 11/1999 rok, gdzie jest mój tekst pt. „Trochę wspomnień o Cisowej”). Tam więcej szczegółów o cisowskim cmentarzu, między innymi o jego wojennych losach oraz o losach tamtejszej parafii.

Gdy wiosną 1938 roku sprowadziliśmy się do Cisowej i zamieszkaliśmy przy ul. Kłosowej, staliśmy się sąsiadami tego cmentarza. Ulica Kłosowa była zabudowana tylko po parzystej stronie. Po stronie nieparzystej (poza dwoma barakami) rozciągały się pola Lubnera, na którym od czasu do czasu rosło żyto lub ziemniaki. Wystarczyło wyjść przed budynek, aby widzieć cmentarz i to co się na nim działo.

Od strony osiedla cmentarz był ogrodzony siatką druciana. Zapewne ze względów oszczędnościowych siatki nie założono od strony lasu, z którym sąsiadował ten teren. Wejście na cmentarz było od strony ul. Owsianej, tu gdzie nadal się znajduje. Na lewo od wejścia było zaledwie kilka grobów, głównie małych, dziecięcych. Pozostały teren był niezagospodarowany. Był to ugór, porosły trawą i polnymi kwiatami. Cmentarzem zarządzał emeryt pan Holka. On i jego liczni synowie kopali kolejne mogiły. Uruchamiali sygnaturę, gdy kondukt zbliżał się do bramy cmentarza, uprzątali groby, słowem dbali o mogiły i o cały cmentarz.

Zdarzało się, że pod nieobecność kościelnego asystowali księdzu w obrzędach, a z reguły pomagali w niesieniu trumny od bramy cmentarnej do mogiły.

Tak było przed wojną, w czasie okupacji i tuż po wojnie. A gdy już o wojnie mowa, to z tego czasu utkwiły mi w pamięci następujące wydarzenia. Zamalowane smołą polskie napisy na nagrobkach, pogrzeb księdza Leona Dzienisza, którego zamordowano w Dachau i urnę z jego prochami, pogrzeb polskiej rodziny, która zginęła w czasie bombardowania jesienią 1943 roku oraz rząd grobów żołnierzy niemieckich poległych w marcu 1945 roku, w czasie walk o wyzwolenie naszego miasta. Ale to już historia.

Z późniejszych wydarzeń pamiętam zmianę grabarza. Po odejściu z tej profesji rodziny Holków, na cmentarzu rządziła kobieta, nazwiskiem Lange, a po niej sprawami cmentarza zajęła się jakaś spółka młodych mężczyzn.

W ostatnich latach ruch na cmentarzu znacznie zmalał, bowiem jest on już zamknięty. Grzebani są tu teraz tylko ci, którzy wcześniej zadbali o miejsce na mogiły, bądź ci, których grzebie się na miejscach po zmarłych przed laty członkach rodziny. Cmentarzem zarządza proboszcz parafii pw. Przemienienia Pańskiego, bowiem cmentarz jest wyznaniowy, katolicki.


Osobiście mam duży sentyment do tego cmentarza. Kojarzy mi się on z moją młodością, a także z tym, że spoczywają tu moi rodzice.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz