wtorek, 10 czerwca 2014

Cisowianka

Dziś, gdy słyszymy tę nazwę myślimy o wodzie mineralnej, która od kilku lat króluje na naszym rynku. Zanim woda ta się pojawiła nazwa „Cisowianka” dla północno – zachodnich peryferii Gdyni oznaczała restaurację, leżącą w Cisowej, w pobliżu Cisowskiej Strugi, przy ul. Chylońskiej. Teraz o jej wieloletnim istnieniu pamięta niewielu, a nowi mieszkańcy cisowskich blokowisk nie mają o niej najmniejszego pojęcia.

Przypuszczam, że korzenie tej zapomnianej restauracji sięgają dalekiej przeszłości, gdy przed wiekami, tu przy Szosie Gdańskiej, wiodącej do Wejherowa, powstał zajazd. Tu można było napoić konie, a sememu coś przekąsić i ugasić pragnienie. Myślę, że nie było tu noclegów, bowiem trasa z Gdańska do Wejherowa czy Pucka nie była zbyt odległa, więc pokonywano ją w ciągu jednego dnia. Może tylko jesienią lub zimą, gdy pogoda nie sprzyjała podróży, zatrzymywano się tu na popas i nocleg. Jeżeli moje przypuszczenia są słuszne, to obiekt, o którym tu mowa musiał być rzeczywiście niewielki, bo na znanych mi starych mapach nie figuruje.

Zabudowania, które w czasie mojej młodości tu istniały, pochodziły zapewne z drugiej połowy XIX wieku i początków XX wieku. Wskazywały na to rosnące w pobliżu lipy i klony, a także szachulcowy dworek położony w pobliżu, do którego dewastacji dopuszczono w latach 70 – tych ubiegłego wieku. Poza tym dworkiem istniała tu przy ul. Chylońskiej stara stajnia, solidny budynek, zbudowany z czerwonej cegły. Dziś po wspomnianym dworku, owej stajni, a także znacznie nowszej daty budynku, w którym mieściła się restauracja, nie ma nawet śladu. Teraz stoją tu obiekty sportowe rozbudowanej szkoły podstawowej nr 31, molocha, którego budowa wszystkie wspomniane budynki pochłonęła. Pochłonęła, też tereny dawnego ogrodnictwa, które rozciągała się aż po strugę.

A gdy już o „Cisowiance” mowa, to mieściła się ona na parterze budynku, w którym znajdowała się masarnia (mówiło się rzeźnik) z jednej strony, i spora sala z drugiej. Sama, właściwa restauracja była nie duża składała się z pomieszczenia, gdzie stał bufet, oraz bodaj dwóch pokoi w amfiladzie, z kilkoma stolikami. Gorących posiłków restauracja nie serwowała. O ile dobrze pamiętam, były tu tylko przekąski – śledź w kilku postaciach, kiszony ogórek. Tu przychodzono pić. Jadano w pobliskich domach, u siebie, tak było taniej. Niekiedy kupowano tu piwo na wynos, do dzbanków lub kanek na mleko, bowiem piwo tu sprzedawane było niebutelkowane.

Butelkowana natomiast była oranżada, mówiono wtedy lemoniada, o dwóch smakach i kolorach – żółta cytrynowa i różowa malinowa. My dzieciarnia wpadaliśmy tu też na wodę z sokiem, ta też była o dwóch smakach – zielona miętowa i czerwona wiśniowa.

Po wojnie restaurację tę prowadziła synowa Prangów zwana Cisą. Jakie było jej właściwe imię, nie ustaliłem. Trudno bowiem przypuszczać w taki zbieg okoliczności, aby imię bufetowej było zbieżne z nazwą knajpy. Przylegająca do restauracji salka była jej integralną częścią, choć nie miała z nią bezpośredniego połączenia, i wchodziło się do niej od ulicy. W salce tej odbywały się zabawy taneczne,  osiedlowe zebrania mieszkańców, a także przedstawienia amatorskie, bowiem była scena, kilka stolików i ławki. Na scenie tej, w czasie zabawy rozmieszczała się orkiestra, a w czasie zebrań ustawiano na niej „stół prezydialny”.


Była więc obok „Lipowego Dworu” restauracja „Cisowianka” drugą, ważną placówką gastronomiczno kulturalną, czymś na wzór późniejszych wiejskich klubo – kawiarni czasów Gierka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz