czwartek, 8 listopada 2012

Początki powojennej gdyńskiej oświaty.


Wiosną 1945 roku, mając zaledwie 11 lat, uczestniczyłem w wielu sprawach rodzącej się nowej gdyńskiej rzeczywistości. Byłem też świadkiem wydarzeń, których wagę doceniłem dopiero po latach. Jednym z takich wydarzeń była odradzająca się w Gdyni polska szkoła podstawowa. Konkretnie wydarzenie to „zaliczyłem” na przykładzie szkoły podstawowej w Cisowej, tej przy ul. Chylońskiej 227 (dziś po rozbudowie znajduje się tam Szkoła Podstawowa nr 31).

O trudnych początkach tej szkoły pisałem już wcześniej w „Roczniku Gdyńskim” nr 14 z 1999 roku, gdzie zamieściłem tekst pt. „Szkolnictwo w Cisowej w krótkim historycznym zapisie”. Tym razem nieco wspomnień i informacji o początkach tej szkoły, która w polską rzeczywistość startowała z numerem 9. W czasie okupacji była to Volksschule 17 – co miało swoje uzasadnienie w tym, że ostatnia uruchomiona przed wojną szkoła powszechna miała nr 16 i mieściła się przy ul. Chabrowej nieopodal Demptowa. Jej przedwojennym kierownikiem był pan Kornowski – ojciec mojego kolegi z ogólniaka Maćka Kornowskiego.

Szkoła w Cisowej, kolejna wybudowana w Gdyni przed wojną miała być uruchomiona z dniem 1 września, do czego z oczywistych względów nie doszło. Szkołę tę uruchomili jeszcze przed Bożym Narodzeniem Niemcy, a jej pierwszym kierownikiem został hitlerowiec Schumann, który często paradował w szkole w brunatnym mundurze samana. Hitlerowiec ten kierował cisowską szkołą przez całą okupację, bo umiał jakoś wywinąć się od służby w Wehrmachcie. Pod koniec 1944 roku, gdy szkołę przeznaczono dla uciekinierów, czyli tak zwanych Fluchtlingów i na kwaterę dla wojska, Schulleiter Schumann „wyparował”...

Od zimy 1940 roku do jesieni 1944 roku byłem uczniem tej podstawówki. Opisałem to w 10 tomie książki wydanej przez Warszawską Fundację pod tytułem „Moje wojenne dzieciństwo”.

Po tym nieco przydługim wstępie przystąpmy do rzeczywistości. Otóż pierwsza gdyńska szkoła jaka wystartowała po wyzwoleniu była Szkoła nr 10 w Chyloni przy ul. Lubawskiej 9. Miało to miejsce w dniu 12 kwietnia 1945 roku, a więc w czasie, gdy Niemcy bronili się jeszcze na Helu, a do końca wojny brakowało trzech tygodni. Kierownikiem szkoły został E. Brach.

Trzy dni później - 15 kwietnia – wystartowały kolejne szkoły, a mianowicie:
  • Szkoła nr 1 przy ul. 10 lutego 26 – kierownik Edward Nowacki
  • Szkoła nr 7 na Grabówku przy ul. Okrzei 9 – kierownik Tadeusz Twardowski
  • Szkoła nr 11 w Orłowie przy ul. Wrocławskiej 42 – kierownik Michał Stępień
  • Szkoła nr 13 w Małym Kacku przy ul. Halickiej 8 – kierownik Antoni Jasiński
  • Szkoła nr 16 w Chyloni przy ul. Chabrowej – kierownik Alfons Kosik

Szkołę w Cisowej otwarto jako szóstą, w dniu 24 kwietnia 1945 roku, a jej pierwszym polskim kierownikiem został Józef Leroch. Zamieszkał on wraz z rodziną w jednym z budynków tak zwanej starej szkoły przy Cisowskim Potoku, który już przed wojna służył jako mieszkanie kierownika. Kierownik Leroch – późniejszy pierwszy dyrektor cisowskiego „ogólniaka” - zabrał się energicznie do działania. Skompletował zespół nauczycieli, zatrudnił woźnego i sprzątaczki, nawiązał kontakty z innymi kierownikami gdyńskich szkół – i wystartował z nauką. Zanim to jednak nastąpiło, potrzeba było dużo wysiłku, aby uporządkować szkolne pomieszczenia po wojennych, nieproszonych gościach. Usunąć trzeba było wolinę, która zalegała podłogi wszystkich pomieszczeń klasowych, ustawić ławki, zabić okna pozbawione szyb dyktą, usunąć niemieckie napisy i obrazy (łącznie z portretami Hitlera) i wyzbierać kawałki kredy, z myślą o przyszłej nauce. We wszystkich tych czynnościach pomagały dzieci, które samorzutnie już od początku kwietnia pojawiały się w szkole codziennie, by pod komendą woźnego, pana Stanisława Machnikowskiego, porządkować szkołę. Dużą zasługę w uruchomieniu szkoły miał nasz woźny, który okazał się tak zwaną „złotą rączką”, radził sobie z różnego rodzajami awariami i usterkami.

W pierwszych dniach naszej nauki częstym gościem w naszej szkole był kierownik „szesnastki” Alfons Kosik, który odwiedzał naszego kierownika. Pan Kosik paradował w mundurze polskiego żołnierza – ale bez dystynkcji. Do dziś nie wiem czy robił to dla szpanu, czy zwyczajnie nie miał cywilnego ubrania – co po wojnie nikogo nie dziwiło. Z tego okresu zapamiętałem też braki podręczników, zeszytów, ołówków i innych szkolnych akcesoriów.

Pamiętam, że uczyliśmy się czytać korzystając z „Dziennika Bałtyckiego”, który zaczął ukazywać się już kilka tygodni po wyzwoleniu Gdyni. Pamiętam też radość, gdy w naszej szkole zjawił się Szwedzki Czerwony Krzyż, który przywiózł dla nas zeszyty, ołówki i gumki... Później Szwedzi dostarczyli też witaminy w formie białych, dużych pigułek oraz tran w płynnej postaci, którym na przerwach karmili nas nauczyciele... A jeszcze później zaczęto nas szczepić na gruźlicę, bo choroba ta po wojnie strasznie się rozpanoszyła.

Aby nadrobić wojenne zaległości w nauce, w szkole zorganizowano tak zwane komplety, polegające na nauce na dwie zmiany. Opóźnieni w nauce uczniowie zobowiązani byli uczęszczać do szkoły rano i popołudniu, z niewielką południową przerwą. Wydłużono też rok szkolny o parę tygodni.

Pierwsze powojenne wakacje przyjęliśmy więc z ulgą, bo wysiłek pierwszych tygodni był spory, a słońce grzało bez litości.

Te wakacje wspominam jako częste chodzenie na jagody, co między innymi miało nas uratować przed wszechobecnym powojennym głodem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz