wtorek, 15 stycznia 2013

Cenna publikacja.



W numerze 22 „Rocznika Gdyńskiego” z 2010 roku znajduje się cenna, bo przydatna publikacja Krzysztofa Chalimoniuka pt. „Bibliografia Grudnia 1970”. Opracowanie liczące aż 324 pozycje posłuży zapewne nie jednemu studentowi, uczniowi bądź publicyście sięgających do tej tematyki. Jestem pełen podziwu dla autora, który zapewne wiele swojego czasu i wysiłku poświęcił, aby zebrać tak liczne informacje, je uporządkować i opublikować.

Ponieważ „masakrą grudniową” zajmuję się od zawsze, publikacja o której tu mowa wzbudziła moje niekłamane zainteresowanie. Między innymi próbowałem odszukać informacje o własnych artykułach, które opublikowałem zarówno w prasie ogólnokrajowej jak i lokalnej. I tu niestety spotkał mnie zawód. Rozumiem autora, który mógł przeoczyć moje teksty, względnie mógł je pominąć świadomie, uważając je za mało istotne. To jego prawo. Nie mogę natomiast zrozumieć błędu (patrz pozycja 191 na stronie 100), jaki zakradł się do tekstu w miejscu mnie dotyczącym. Otóż podaje się tam, cytuję „Biuro Odbudowy Portów” Michał Sikora „Kurier Gdyński” 2000 rok nr 13 strona 7, 12.”. Nijak nie mogę zrozumieć co publikacja o BOP dotycząca lat 40 -tych ubiegłego wieku ma wspólnego z „masakrą grudniową 1970 roku”? Owszem pisałem o Grudniu 1970 w „Kurierze Gdyńskim” - gdzie mój artykuł pt. „Kilka wątpliwości i pytań”, ale artykuł ten znajduje się w nr 48 z 1999 roku, a więc nosi zupełnie inny tytuł, ma inną tematykę i ukazał się prawie 1,5 roku wcześniej niż mój tekst o BOP.

Aby nie kontynuować tego wątku, przytaczam wszystkie moje publikacje dotyczące „Grudnia 70”, traktując to jako uzupełnienie artykułu w „Roczniku Gdyńskim”, o którym tu mowa.

O to wspomniany wykaz w porządku chronologicznym:
  1. „Uwagi naocznego świadka” - „Wiadomości Kulturalne nr 37 z 1996 r.
  2. „Podwyżka cen jako detonator” - „Dziennik Bałtycki” nr 294 z 1996 r.
  3. „Dyskusja na temat grudnia 70” - „Wiadomości Gdyńskie” nr 1 z 1998 r.
  4. „Grudniowe postulaty” - „Wiadomości Gdyńskie nr 12 z 1998 r.
  5. „Janek Wiśniewski i cztery flagi” - „Najwyższy Czas” nr 15/16 z 1998 r.
  6. „Kilka wątpliwości i pytań” - „Kurier Gdyński” nr 48 z 1999 r.
  7. „Nieco wspomnień o czarnym czwartku”(listy) - „30 dni” nr 2/3 z 2011 r.

Równocześnie informuję, że niektóre z tych pozycji (a także nowe opracowania) zamieściłem ostatnio na moim blogu. Ich spis jest w tym poście.

sobota, 12 stycznia 2013

Historia krajobrazem pisana.

Często pozostałości dawnych lat potrafią opowiedzieć minione wydarzenia. Relikty takie zwane są niesłusznie „niemymi świadkami historii”. W Gdyni takich reliktów jest sporo. Nie są one „nieme”, wystarczy tylko wsłuchać się w ich opowieści, lub idąc ich śladem poszperać nieco w dostępnych źródłach. Stosując tę metodę zainteresowałem się ostatnio starymi drzewami rosnącymi w okolicy kapliczki św. Jana Nepomucena na Wzgórzu Świętego Maksymiliana. Ich szpaler i równe odstępy świadczą o tym, że nie są to samosiejki, lecz kiedyś posadziła je ludzka ręka, a ich stan i wielkość świadczą o ich wieku.

Wszystko wskazuje na to, że jest to fragment starego traktu, który wiódł tędy jeszcze w XIX wieku – traktu łączącego Gdańsk z Pomorzem Zachodnim. Przeprowadzona kwerenda potwierdziła moje przypuszczenia. Wszystko wskazuje na to, że trakt ten ożywił się już w XVII wieku, gdy w Wejherowie utworzono kalwarię (1653), a z Gdańska i jego okolic ruszyły tędy coroczne pielgrzymki. Wiodły one z Gdańska – Chełma, przez Oliwę, Sopot, Kolibki, Redłowo, Grabówek, Chylonię, Cisowę, Rumię, Redę aż na wejherowskie wzgórza. Ten trakt liczący około 40 km pokonywano pieszo – zwykle w dwa dni. Podzielony był on na etapy, z wyznaczonymi stacjami postojowymi. Jedną z tych stacji były okolice Wzgórza, w miejscu gdzie dziś jest kapliczka i owe drzewa. Wcześniej była tu karczma, drewniana kapliczka, zapewne studnia, a może i stajnia dla koni, gdy ze szlaku korzystał pocztylion lub umyślny przewożąc ważną przesyłkę do Gdańska lub Słupska.

Po modłach i śpiewach przy kapliczce pielgrzymi bez względu na pogodę ruszali w dalszą drogę. Gdynianie jako parafianie Oksywia w tej tzw. oliwskiej pielgrzymce nie uczestniczyli. Zbierali się przy kościele oksywskim pw. św. Michała Archanioła i stąd ruszali w kierunku Wejherowa. Ich szlak pielgrzymki wiódł Kępą Oksywską, a następnie przez łąki do Rumi. Tu obie pielgrzymki łączyły się w jedną i dalszy marsz był już wspólny. W Rumi poza tym zorganizowane były noclegi, z których korzystano, gdyż jak wspomniałem marsz do Wejherowa trwał dwa dni.

W latach 70 – tych XIX wieku, gdy z Gdańska do Słupska (i dalej) poprowadzono linię kolejową, przecięła ona pieszy trakt właśnie w rejonie Redłowa, na co wskazują rosnące tu drzewa. Tu też było w owym czasie rozwidlenie dróg, prosta wiodła do wsi Gdynia, w rejonie dzisiejszego Placu Kaszubskiego i dalej na Oksywie, a druga przez tory kolejowe, dzisiejszą ul. Śląską na Grabówek i dalej... Trakt ten zwano Szosą Gdańską, zaś polną drogę do Gdyni, z czasem, od przydrożnej kapliczki, nazwano ulicą Świętojańską.

Ale to już całkiem inna historia.

wtorek, 8 stycznia 2013

Tor kolejowy na ulicy Morskiej a emigracja przed II Wojną Światową

Jeszcze dwa, trzy lata temu, na Grabówku, ulicę Morską, przecinał tor kolejowy. Tor ten leżał tuż przy ul. Kalksztajnów i biegł od strony portu w stronę wzgórz morenowych, czyli z północy na południe. Na planach miasta widać niewielki łuk zataczany przez ten tor, zmierzający z Grabówka do portu.

Tor, o którym tu mowa stanowił jeden z ważnych elementów kompleksu służącego emigracji prowadzonej przez gdyński port. Patrząc bowiem z perspektywy lat na to zagadnienie, widać wyraźnie, że sprawę emigracji ówczesne polskie władze traktowały bardzo poważnie i kompleksowo. Podporządkowano je Ministerstwu Opieki Społecznej, a kooperowało w nich Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Finansów.

Od 1923 roku, kiedy to z tymczasowego portu w Gdyni wypłynął pierwszy statek z imigrantami (w sierpiniu 1923 roku francuski parowiec "Kentucky" zabrał do Hawru ok.1800 emigrantów głównie z Wielkopolski), do 1933 roku, wypracowano i uruchomiono złożony system obsługujący tę dziedzinę życia. W skali kraju zorganizowano ok. 20 placówek terenowych zajmujących się emigracją, w tej liczbie centralę w Warszawie oraz okręgowe placówki w Poznaniu i Lwowie. W Ameryce Południowej również utworzono stosowne biura obsługujące tamten kontynent, znajdowały się one w Sao Paulo i Rio de Janeiro. Zaś w samej Gdyni i w jej pobliżu podjęto szereg działań w celu kompleksowej "obsługi" ruchu emigracyjnego. Na te działania złożyło się:
1. wybudowanie odpowiedniego nabrzeża portowego,
2. wybudowania i oddanie do użytku Dworca Morskiego.
3. wybudowanie i zagospodarowanie Etapu Emigracyjnego na Grabówku przy ówczesnej ul. Emigracyjnej (dziś ul. Mireckiego)
4. wybudowanie Szpitala Zakaźnego i kwarantanny na Babich Dolach,
5. wybudowania toru kolejowego łączącego Dworzec Morski z Emigrantką
5. wybudowanie pełnomorskiej motorówki obsługującej Szpital Zakaźny i kwarantannę na Babich Dołach
6.  nabycie włączenie do eksploatacji statków (transatlantyków) pływających na liniach amerykańskich

Nie wnikając w szczegóły, z poczynań tych widać wyraźnie logikę w działaniach, ich rozmach i dalekowzroczność. Działaniom tym patronowały osoby z najwyższych kręgów władzy II RP z prezydentem na czele. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że emigracja to główny wentyl bezpieczeństwa wewnętrznego kraju, bez którego funkcjonowania ciśnienie społeczne przeludnionych wsi i miasteczek, wysokie bezrobocie i kryzys światowy mogą doprowadzić do społecznego wybuchu.

Więcej o emigracji pisałem we wpisie pt.: "Wstydliwa karta w naszej morskiej historii", część 1 i część 2. 

czwartek, 3 stycznia 2013

Franek - najmłodszy gdyński rybak



Poznałem go dopiero po wojnie. Wcześniej, chociaż bywałem w Śródmieściu, do Kolonii Rybackiej, gdzie mieszkał Franek Konkol, nie chodziłem. Wiedziałem, gdzie jest Kolonia, bo często wspominał o niej Szwagier, który miał tam krewnych i przyjaciół, ale osobiście tam nie bywałem. Z Kolonii dostawaliśmy też od czasu do czasu ryby, które Szwagier podrzucał nam do Cisowej. Były to zwykle duże pomuchle, czyli dorsze, z których Mama wyczarowywała kulinarne cuda. Przy skąpych kartkowych przydziałach, pomuchle te były na wagę złota.

Do Kolonii Rybackiej trafiłem po wojnie, w kwietniu lub maju 1945 roku, gdy Szwagier zamustrował na żaglowo-wiosłową łódź Plichty, jednego z mieszkańców tej osady. Z Plichtą „zaliczyłem” parę rybackich wypraw po dobisy i jedną wyprawę na Zatokę po dorsze. Szwagier zabierał mnie do Kolonii do swoich przyjaciół (pamiętam liczną rodziną Kreftów), a także poznał mnie z Frankiem - kuzynem, nieco starszym ode mnie chłopcem mieszkańcem Kolonii. Franek, jedyny syn ciotki Konkolki, imponował mi swoją dorosłością. Chociaż miał w tamtym czasie ok. 16 lat, a już pływał ze swoim wujem Józefem Kurem na jego łodzi, zarabiał spore pieniądze, a to w przypadku rodziny Konkolów było ważne, bowiem ciotka Konkolka od wielu lat była wdową, a poza tym miała na utrzymaniu niepełnosprawna córkę Elżbietę. Tak więc Franek w praktyce  był głową tej rodziny i nadzieją na lepszy byt.

Franek imponował mi nie tylko swoją dorosłością, ale też umiejętnością pływania. Podczas gdy ja z ledwością utrzymywałem się na wodzie, Franek bez większego wysiłku przepływał Basen Prezydenta. Nurkował, pływał pod wodą, skakał z nabrzeża z rozbiegu itp. Byłem świadkiem tych jego wyczynów i byłem nim zafascynowany.

Było lato 1947 roku. Do końca nauki w szkole podstawowej pozostał mi rok. Marzyłem o pracy na morzu dalekich morskich podróżach, bo rybactwo,  jakie zdołałem poznać bliżej, mnie nie pociągało. Przy Skwerze Kościuszki działała już Szkoła Jungów. Tam się widziałem.

I wtedy dotarła do nas wieść, że Franek Konkol się utopił, wieść tą przywiozła moja Siostra, która nie znała szczegółów tej tragedii. Jedno było pewne Franek nie żyje, a jego ciała jak dotąd nie odnaleziono.

Z czasem docierały do nas kolejne wieści. Otóż ten tragiczny wypadek wydarzył się nie w czasie rybackiej wyprawy, lecz w pobliżu Redłowskiej Plaży, w czasie niedzielnej, rozrywkowej eskapady łodzią po Zatoce. Według relacji osób, które się uratowany, kilkoro młodych Kaszubów korzystają z pięknej słonecznej pogody wyprawiło się na Zatokę dla rozrywki. Wody Zatoki były spokojne. Żeby uatrakcyjnić rejs i postraszyć dziewczęta które znajdowały się na łodzi, Franek rozbujał łódź. W pewnym momencie nastąpiła wywrotka i wszyscy znaleźli się w wodzie. Świadkami zdarzenia byli liczni spacerowicze znajdujący się w pobliżu plaży. Odległość od brzegu była niewielka i niebawem wszyscy znaleźli się na lądzie. Wszyscy z wyjątkiem Franka.

Początkowo przypuszczano, że specjalnie zanurkował, aby nastraszyć przyjaciół. Gdy jednak mijały kolejne minuty, a Franek nie wypływał, zaczęto poszukiwania. Niestety okazały się one bezowocne. Dopiero po kilku tygodniach fale, wyrzuciły na brzeg ciało topielca. Wezwana dla identyfikacji Konkolka ledwo rozpoznała swojego syna. Pomogła jej w tym koszula, którą sama uszyła. Okazało się, że głowa topielca jest poważnie zraniona, stąd wysnuto wniosek, że w momencie wywrotki łodzi, został on uderzony w głowę masztem łodzi, bądź uderzył głową o kamieniste dno. Uderzenie spowodowało utratę przytomności tego doskonałego pływaka i jego utonięcie.

Wraz ze śmiercią Franka przekreślone zostały plany rodziny Konkolów na lepsze życie. Społecz­ność kaszubska spontanicznie podjęła się zorganizowania stałej pomocy dla Konkolki i jej córki. A mnie raz na zawsze odeszła ochota na pracę na morzu.