piątek, 1 marca 2013

Szybka Kolej Miejska.

Pomimo rozwoju komunikacji samochodowej, SKM łącząca Gdańsk – Sopot – Gdynię nadal stanowi nerw Trójmiasta. Dziś zarówno stali mieszkańcy naszej aglomeracji jak też przyjezdni wręcz nie wyobrażają sobie braku SKM – ki. A przecież był czas, gdy kolejki nie było, gdy z Gdyni do Gdańska jechało się pociągiem parowym, a podróż na tej trasie trwała około godziny.

SKM okazała się jednym z liczących się osiągnięć tzw. Planu 6 – letniego, który PRL realizowała w latach 1950 – 55. To ambitne zadanie rozpoczęto od strony Gdańska, etapami zmierzając do Gdyni i następnie dalej do Wejherowa. W budowie trakcji elektrycznej i dodatkowego torowiska zaangażowana była między innymi młodzież męska zorganizowana w Powszechnej Organizacji „Służba Polsce”, do której wcielano 16 – latków na zasadzie poboru. Młodzież tę kwaterowano w specjalnie organizowanych obozach (namioty, baraki, wagony), mundurowano i w zorganizowanych na wzór wojskowy oddziałach kierowano do prac budowlanych, ziemnych itp. Poza pracą junacy – bo tak nazywano tych chłopców – odbywali szkolenie wojskowe, posiadali stopnie i odznaczenia wzorem wojska. Ich instruktorami byli często oficerowie rezerwy lub oficerowie służby czynnej, oddelegowani do „SP”. Tyle tytułem dygresji.

Budowa SKM traktowana była jako zadanie polityczne, czego dowodem fakt, że poszczególne etapy budowy starano się łączyć ze świętami państwowymi (22 lipca, 1 mają, zjazdy partii) naciągając je niekiedy na siłę pod określoną datę „ku czci” danego święta.

Tak było między innymi z uruchomieniem peronu SKM w Gdyni Głównej, co miało miejsce z okazji 22 lipca 1953 roku. Stosowny meldunek z realizacji tego zadania przesłany został na ręce Bolesław Bieruta, któremu za ten dar dziękowano. W kwietniu 1954 roku w „czynie Zjazdowym” uruchomiono na odcinku Orłowo – Gdynia Główna drugi tor kolejki, co pozwoliło zwiększyć jej częstotliwość do dziesięciu minut.

Jak informowała wybrzeżowa prasa, w 1955 roku przystąpiono do budowy dworca kolejki podmiejskiej w Gdyni Głównej. O ile pamiętam budowa ta trwała parę lat i obiekt ten oddano do użytku dopiero latem 1958 roku.

Tymczasem dalej trwała budowa trakcji elektrycznej w kierunku Wejherowa. Do Chyloni SKM dotarła dopiero w styczniu 1956 roku, co zostało entuzjastycznie przyjęte przez mieszkańców Chyloni, Cisowej, Demptowa i Pustek Cisowskich.

W ten sposób w ciągu sześciu lat od daty rozpoczęcia tej inwestycji, trzy miasta naszego wybrzeża powiązała SKM. Zapewne też w tym czasie (chociaż nie mam w tym wypadku pełnej pewności) zrodziła się nazwa „Trójmiasto” - adekwatna do zaistniałej sytuacji.

Kończąc ten temat nieco o wagonach użytych przy pociągach SKM. Były one pomalowane na żółto – niebiesko co sprawiło, że potocznie zwano je „modrakami”. Podobno wcześniej eksploatowano je w Berlinie, w tamtejszym metro, a uzyskaliśmy je ponoć w ramach reparacji wojennych.

czwartek, 28 lutego 2013

Dom Marynarza w Gdyni.


Zwykle gdynianin zapytany o Dom Marynarza wskaże budynek położony przy Alei Piłsudskiego nieopodal ul. B. Prusa, natomiast zapytany o Dom Rybaka zamilknie, bądź zdziwi się, że taka placówka w naszym mieście istnieje. Tymczasem obydwa te budynki, chociaż położone od siebie w znacznej odległości – w zupełnie różnych rejonach miasta – łączy wspólna historia. Dom Rybaka leżący po sąsiedzku Konsulatu Szwedzkiego, przy Jana z Kolna 27, był bowiem przez długie lata – od czasów przed wojennych, Domem Marynarza i dopiero w 1947 roku przeniesiony został na miejsce, gdzie obecnie się znajduje. Tak więc Dom Marynarza oddano do użytku w 1934 roku, przez 13 lat mieścił się przy ul. Jana z Kolna, natomiast przy Alei Piłsudskiego znajdował się tzw. Dom Zdrojowy – po wojnie zajęty przez Marynarkę Wojenną. Jakie były losy obydwu obiektów w czasie wojny nie zdołałem ustalić.

„Dziennik Bałtycki” z lipca 1949 roku poinformował Gdynian, że z okazji Święta Odrodzenia (22 lipca) rybacy otrzymali własny dom o 50 miejscach noclegowych, ze świetlicą i doskonałym wyposażeniem. Po datach sądząc „przenosiny” Domu Marynarza do nowej siedziby i urządzeniu w tym obiekcie Domu Rybaka trwały aż dwa lata. Zaiste zawrotne tempo...

Przypatrzmy się jednak Domowi Marynarza w jego poprzednim, przed wojennym „wcieleniu”. Placówka mieściła się w pięciokondygnacyjnym budynku zbudowanym z czerwonej cegły (bez tynków do dziś). Kształt bryły, pomimo upływu lat jest nadal nowoczesny. Na parterze budynku mieściło się mieszkanie służbowe kierownika Stefana Sterkowicza, którego syn w tekście pt. „Gdyński Dom Marynarza” zamieszczonym w „Roczniku Gdyńskim” nr 6 podaje szereg szczegółów dotyczących życia lokatorów budynku, jego funkcjonowania i roli jaką spełnił w środowisku przedwojennych marynarzy floty handlowej, korzystających z gdyńskiego portu i czasowo mieszkających w naszym mieście. Zainteresowanych bliżej tą tematyką odsyłam do w/w tekstu obfitującego w interesujące szczegóły. Autor ten podaje między innymi ceny serwowanych posiłków, rozrywki jakim zajmowali się mieszkańcy, koszty najmu lokum, a nawet plagę pluskiew jakie nękały mieszkańców.

Szczegóły te to tzw. wiadomości z pierwszej ręki, gdyż Autor w domu tym zamieszkiwał z rodzicami przez ostatnie pięć przed wojennych lat. W tej sytuacji moje dywagacje w tym zakresie należałoby traktować jak rodzaj profanacji.

Ciekaw jednak jestem, jak funkcjonował ten obiekt jako Dom Rybaka, a więc po 1949 roku, a także jak funkcjonuje dziś – gdy nasze dalekomorskie rybołówstwo przestało istnieć...

wtorek, 26 lutego 2013

Wspomnienie o gdyńskim pisarzu – Edward Obertyński jakiego zapamiętałem.


18 stycznia 2007 roku w wieku 93 lat, zmarł komandor Edward Obertyński, gdynianin z wyboru. Z rodzinnego Lwowa przybył tu na początku lat 30 ubiegłego wieku. Zafascynowany miastem i morzem – pozostał. Jak tysiące innych, znalazł w Gdyni pracę, dom i przyjaciół. Kiedy przyszła pora, walczył o nią, dla niej na różnych płaszczyznach pracował, o niej pisał...

szczegółowy życiorys Komandora znaleźć można w „Encyklopedii Gdyni” (str. 503) oraz w „Roczniku Gdyńskim” (nr.12, str 268), gdzie W. Pater recenzuje jedną z ostatnich książek pana Edwarda - „Noc Komandorów” - przytacza liczne wydarzenia z Jego życiorysu. Aby uniknąć kolejnego powielania go, zdecydowałem się na prezentację kilku osobistych wspomnień, które być może bardziej niż suche daty i fakty z CV przybliżą zainteresowanym tę osobowość.

Poznałem go 57 lat temu, zimą 1955/56 roku, w czasie dyplomowej praktyki studenckiej w Zarządzie Portu Gdynia. Jako magistrant Wydziału Morskiego Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie odbywałem ją w Dziale Głównego Dyspozytora Portu, który mieścił się w dawnym Bananasie przy ul. Polskiej w Gdyni. W ówczesnych latach głównym dyspozytorem był kpt. ż. w. Egon Śliwiński, a jego zastępcą Stanisław Ziarniewicz. W pobliskim sąsiedztwie Bananasu znajdowały się dwa parterowe budyneczki. W jednym z nich był Dział Sztauerski,w którym królował pan Obertyński. Codziennie około godz. 10 odbywały się tam narady dyspozytorskie, na których uzgadniano „plan gry” na następną dobę dla wszystkich użytkowników portu.

Naradom przewodniczył kpt. Śliwiński, a uczestniczyli w nich przedstawiciele PKP, spedytorzy z Hartwiga i Spedrapidu, rzeczoznawcy z Polcargo, zaś ze strony portu – poza kpt. Śliwińskim – Edward Obertyński jako kierownik Działu Sztauerskiego, zwanego w skrócie „sztauerką”.

Zespół tan, do którego doczodził, w miarę potrzeby przedstawiciel maklerów, ustalał rytm prac przeładunkowych dla całego portu handlowego. Decydował, co i w jakiej kolejności należy rozładować i ładować na statki oraz wagony, a także gdzie składować – na jakich placach i w których magazynach – poszczególne partie towarów. Postanawiano, które objęte będą w danym czasie manipulacjami jakościowymi przeprowadzanymi przez rzeczoznawców Polcargo, a także, które podlegać będą wewnątrz portowym przesunięcią.

Co najważniejsze, planowano kolejność i intensywność załadunku statków biorąc pod uwagę ich ładowność oraz sztauplan i trym, tak aby w czasie lokowania towarów statek leżał na stępce. Pomagało to uniknąć dziobowego bądź rufowego przegłębienia, a przy tym uwzględnić fizyko – chemiczne właściwości „bagażu”, jak też kolejność wyładunku w poszczególnych portach docelowych.

W tej kwestii decyzje należały do pana Edwarda. To On określał sposób umieszczenia towaru i nadzorował w terenie – czyli na poszczególnych nabrzeżach – pracę tzw. gospodarzy statków, tj. sztauerów – praktyków, którzy dysponując brygadami zwanymi „gankami” oraz sprzętem dokonywali fizycznego za – lub wyładunku.

Było to zajęcie bardzo odpowiedzialne, bowiem wiązało się z bezpieczeństwem statku, „bagażu” i załogi. Należy przy tym pamiętać, że w tamtym czasie nie było mowy o komputerach czy choćby o kalkulatorach, a do obliczeń będących podstawą wielu decyzji służyły własna głowa, świstek papieru i ołówek, w najlepszym razie liczydło...

Inteligencja, fachowość i doświadczenie, czasami wręcz intuicja decydentów sprawiały, że ładunki w dobrym stanie i w wymaganym terminie docierały do portów przeznaczenia. Tu wiedza i fachowość pana Edwarda nie miały sobie równych. Na Niego skierowany był wzrok uczestników narad dyspozytorskich. On też rozstrzygał wszelkie kontrowersje. W przypadkach szczególnie trudnych udawał się w teren, na nabrzeże lub statek, aby na miejscu podejmować stosowne decyzje.

Wiele z nich wymagało uzgodnień „ze statkiem”, czyli z pierwszym oficerem odpowiedzialnym za ładunek. W ich przeprowadzeniu pomagała biegła znajomość języków obcych przez pana Edwarda, który zasłużenie cieszył się opinią poligloty. Znał angielski, niemiecki, francuski, rosyjski, ukraiński i prawie wszystkie języki skandynawskie.

Pomimo dużej marynistycznej wiedzy i fachowości był skromny i przystępny. Obce Mu były zarozumiałość, nadęcie i jakiekolwiek „besserwisserstwo”. Nigdy nie widziałem Go zdenerwowanego, krzykliwego bądź apodyktycznego. Uosabiał kulturę i spokój, a adwersarzy przekonywał logiką argumentacji i znajomością rzeczy.

Był bardzo zorganizowany. Pomimo licznych obowiązków, na wszystko miał czas. Oczami wspomnień widzę go, jak maszeruje torem kolejowym w kierunku Dworca Morskiego z nieodłączną fajeczką w zębach, jak między sztaplami rur i blach bezbłędnie zmierza do celu. Korzystając z doskonałej znajomości portu idzie „na skróty” wymijając przeszkody.

Poza pracą zawodową – będąc osobą samotną – organizował i uczestniczył w działalności Zakładowego Domu Kultury. Był przy tym zwyczajnie życzliwy ludziom, czego i ja doświadczyłem. Przykładem może być zainteresowanie jakie okazał mi po jednej ze wspomnianych narad dyspozytorskich, której byłe obserwatorem. Dowiadywał się wówczas o temat mojej pracy dyplomowej i oferował pomoc, a następnego dnia doręczył szereg przydatnych opracowań, broszur i maszynopisów. Było to wsparcie nieocenione, gdyż w owym czasie brakowało literatury fachowej z krajów zachodnich, polskie źródła były skąpe, zaś radzieckie jednostronne. To dzięki materiałom wypożyczonym od pana Edwarda moje pisanie ruszyło z kopyta i mogłem w pierwszym wyznaczonym terminie przystąpić do egzaminu. Gdy po latach przypomniałem panu Edwardowi tę pomoc, nie pamiętał jej. Widać taka życzliwość była dla niego sprawą zwyczajną, czymś oczywistym.

Wiem, że pan Edward opracował autobiografię – dość obszerną i opatrzoną fotosami, którą zapewne opublikują spadkobiercy. Już w roku 2003, w czasie jednej z moich u Niego wizyt – po przeczytaniu mi paru epizodów dotyczących rodu Obertyńskich, pochodzenia nazwiska, a także rodzinnych koneksji – wyraźnie podkreślił, że praca ta może być wydana dopiero po Jego śmierci. Życzenia swojego nie uzasadniał – widocznie uważał, że życie musi jeszcze dopisać do tego opracowania następne rozdziały...

niedziela, 24 lutego 2013

Szwedzi w Gdyni.

Formalnie Szwedzi w Gdyni goszczą od 1934 roku, kiedy to Gdyński Urząd Morski przekazał Szwedzkiemu Zarządowi Opieki nad Marynarzami plac przy ul. Jana z Kolna 25. Na tym placu, o powierzchni 1000 m kw, stanął niebawem budynek o dwóch kondygnacjach, mieszczący konsulat tego państwa oraz ewangelicki zbór dla skandynawskich marynarzy. Obiekt ten w ostatnich latach nieco poszerzony stoi do dziś i spełnia wyznaczoną mu funkcję. Oglądany z ulicy robi wrażenie niezamieszkałego, cichy i spokojny jak na kościół przystało. Tylko wieczorami oświetlone okna świadczą, że mieszkają tu ludzie, że ktoś w nim przebywa, że komuś służy.

Nie zawsze było tu tak spokojnie. Pisałem już o tym w moim tekście pt. „Droga wiodła przez Gdynię” (na blogu w kwietniu 2012 roku - część 1, część 2, część 3), gdzie nieco informacji o działalności tej placówki w czasie minionej wojny. Okazuje się bowiem, że mieszkający tu Szwedzi, z narażenie życia angażowali się w przerzuty do swojego kraju uciekinierów i emisariuszy z Polski, wykorzystując w tym celu statki przypływające do naszego postu z rudą żelaza i węgla.

Nie była to jedyna pomoc świadczona Polsce i Polakom przez gdyńskich szwedów. Zaraz po wojnie ruszyła wielopłaszczyznowa pomoc. Szwedzi zorganizowali pomoc dla wojennych sierot, udzielili gościnności wygłodzonym więźniom obozów koncentracyjnych, zaangażowali się w walkę z gruźlicą, która nękała nasze wygłodzone społeczeństwo.

Osobiście wspominam z okresu tuż po wojnie, że pierwsze zeszyty i ołówki jakie otrzymaliśmy w szkole pochodziły ze szwedzkich darów. Z tych darów pochodziły witaminy w tabletkach i niechętnie przez nas dzieci pity tran, a także przez nich zorganizowane badania i szczepienia przeciw gruźlicy, którymi objęto wszystkich uczniów gdyńskich szkół.

O ile dobrze pamiętam pomoc ta dotarła do miasta zanim ruszyła UNRRA. Gdynia w tych szwedzkich działaniach nie była odosobniona. Pomoc Szwedów objęła cały nasz kraj, a także naszych obywateli, których losy wojny rzuciły na obczyznę.

Nie raz zastanawiam się co Szwedami powodowało? Czy chrześcijański altruizm, czy wyrzuty sumienia, że w czasie wojny utrzymywali stosunki handlowe z hitlerowskimi Niemcami? A może był to rodzaj rewanżu z wyrządzone nam krzywdy sprzed 350 laty, gdy ich wojsko plądrowało nasze ziemie, ich morska flota blokowała wody Zatoki Gdańskiej (lato 1627 roku i następnie w latach 1655 – 56), a szwedzkie ciury wyprawiali się na Pomorze nie tylko po wodę pitną, ale też pustoszyli kaszubskie wsie między innymi Gdynię.

Ale to już odległa historia, bo jeśli chodzi o historię najnowszą, to nasi sąsiedzi zza morza zasługują na naszą wdzięczność.