sobota, 30 listopada 2013

Symbol nadmorskiego trwania

Logo Koła Starych Gdynian przedstawia rozłożysty dąb. To symboliczna pamiątka po dębie, który przez stulecia rósł przy drodze do Oksywia, nieopodal Oksywskich Piasków, tu gdzie dziś jest ul. Portowa. Kolorowy wizerunek tego dębu znaleźć można na okładce „Rocznika Gdyńskiego” nr 13, gdzie jest barwna reprodukcja obrazu znanego gdyńskiego malarza Henryka Baranowskiego. Obraz utrzymany w nostalgicznej, jesiennej tonacji, przedstawia nie tylko dąb z resztkami jesiennych liści, ale także fragment starej Gdyni, kilka domów stojących do dziś, a na ulicy ówczesne, przedwojenne samochody, kogoś pchającego w kierunku Placu Kaszubskiego ręczny wózek, dorożkę, a nawet miejscowe psy... Ot, scenka rodzajowa z minionej epoki...

Dziś po tym dębie nie pozostał ślad, a przecież był czas, gdy go opiewano i snuto związane z nim legendy. Grzegorz Winogrodzki w swoim wydanym w 1937 roku przewodniku po naszym mieście pt. „Gdynia” tak pisze:
„Na ulicy Portowej stoi w środku miasta
Prastary dąb, rówieśnik królów z rodu Piasta,
(...) więc dąb, który pamięta te przepiękne słowa,
Czci się jako pamiątka Gdyni narodowa...”

To tyle fragment tego poematu, który w większym fragmencie wspomina Napoleona odpoczywającego w cieniu tego dębu, a także Antoniego Abrahama, prowadzącego w tym miejscu agitację na rzecz odrodzenia Polski.

Jakby nie patrzeć, ów dąb kojarzy się patriotycznie. Tak też kojarzył się zapewne Niemcom, którzy ścieli go, a jego korzenie wykarczowali. Z czasu września 1939 roku dębu nie pamiętam. Natomiast z czasu wojny, gdy bywałem w tej części miasta, nie zachował mi się żaden obraz tego drzewa. Po prostu, już go nie było... Przed kilkoma laty moją pewność podważył tekst mieszkańca Kolonii Rybackiej, który twierdzi, że dąb ścieli Rosjanie w marcu lub kwietniu 1945 roku.



czwartek, 28 listopada 2013

Pierwszy powojenny prezydent Gdyni

Po wojnie „karierę polityczną” zrobiło dwóch gdyńskich działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej, którzy znani byli ze swojej działalności społecznej już w latach 30 – tych ubiegłego wieku. Mowa tu o Kazimierzu Rusinku, który w 1936 roku przybył do naszego miasta z Grudziądza i przyczynił się do stłumienia pamiętnego strajku, a następnie bardzo szybko zaistniał jako przywódca PPS. Ponownie, w pierwszych dniach wojny, we wrześniu 1939 roku, jeden ze współorganizatorów robotniczych oddziałów nazywanych później Czerwonymi Kosynierami. Po wojnie Rusinek był przez szereg lat ministrem.

Drugim aktywista przedwojennego PPS był Henryk Zakrzewski. Do Gdyni przybył z końcem lat 20 – tych ubiegłego wieku. Już w 1928 roku założył Gdyńską Spółdzielnię Mieszkaniową, stawiającą sobie za cel budowanie mieszkań dla robotników, na możliwie dogodnych warunkach. Jeszcze przed wojną, w 1938 roku, zaangażował się w sprawy młodzieży socjalistycznej w Gdyni. Wtedy to został przewodniczącym Organizacji Młodzieżowej Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych (TUR). Jak i gdzie przetrwał wojnę, nie zdołałem ustalić. Wiadomo tylko, że już z początkiem 1945 roku przybył do wyzwolonej Gdyni wraz z tzw. Administracyjną Grupą Operacyjną, której celem było zorganizowanie życia w naszym mieście. 4 kwietnia 1945 roku, gdy z Kępy Oksywskiej uciekały na Hel ostatnie niemieckie niedobitki, w kinie „Warszawa” odbył się więc sił demokratycznych. Wtedy też desygnowano Henryka Zakrzewskiego na stanowisko prezydenta miasta. Funkcję tę objął trzy dni później, w dniu 7 kwietnia 1945 roku.

Zakrzewski znany jako dobry organizator i znawca gdyńskiej problematyki, po dobraniu sobie współpracowników, ostro zabrał się do pracy. A tej w mieście nie brakowało, tym bardziej, że panował tu wojenny stan dwuwładzy. Obok władzy cywilnej funkcjonował bowiem Komendant Wojenny Armii Radzieckiej, stacjonowały oddziały tej armii, a znaczące zakłady w mieście zajęte były przez żołnierzy Armii Czerwonej.

Na domiar złego, w tym czasie pojawił się w Gdyni pułkownik (nazwisko przemilczę), który samozwańczo mianował się prezydentem miasta. Przypuszczać należy, że odbyło się to za przyzwoleniem radzieckiej Komendantury. Konflikt pomiędzy legalnym prezydentem i uzurpatorem narastał z każdym dniem. Jego rozmiary musiały być znaczące, bowiem w jego wyciszenie zaangażował się osobiście Premier ówczesnego Rządu E. Osóbka – Morawski. Pułkownika awansowano na Wicewojewodę, a Zakrzewski mógł skoncentrować się na zarządzaniu miastem.

Szybko porządkowano teren z powojennych pozostałości. Ruszyły szpitale i szkoły, uruchomiono sklepy z halą targową włącznie, przejmowano od Rosjan kolejne zakłady pracy, a nawet przystąpiono do upiększania miasta, zakładając trawniki i kwietniki.

W mieście czuło się rękę gospodarza. Osiągnięcia te dostrzegały zapewne władze centralne, bowiem od 1947 roku wybrano Zakrzewskiego posłem na Sejm. Funkcję tę sprawował przez dwie kadencje, będąc równocześnie, do roku 1950 prezydentem Gdyni i posłem. Wybrany na posła po raz kolejny, w 1950 roku, przeniósł się do Warszawy.


H. Zakrzewski swoją przedwojenną i powojenną działalnością dobrze zasłużył się naszemu miastu.

środa, 27 listopada 2013

Zlekceważone zagrożenie

W niedzielne popołudnie 27 października 2013 roku, kanał National Geographic nadał program informujący o zagrożeniu jakie stwarzają gazy bojowe (głównie iperyt), które po II wojnie światowej zatopiono w Bałtyku. Pokazano szereg podwodnych zdjęć, zaprezentowano wypowiedzi naukowców, a lektor zwrócił uwagę na poważne zagrożenie dla ludzi jakie stwarzają tysiące ton trujących substancji. Jak poinformowano, badania przeprowadzone ostatnio między innymi przez Wojskową Akademię Techniczną w Warszawie wykazały, że złoża trujących gazów zalegają nie tylko w rejonie akwenów w pobliżu Bornholmu i Gotlandii, ale również w naszym sąsiedztwie, w Głębi Gdańskiej w Zatoce Gdańskiej.

Wypowiadający się naukowcy nie kryli zaniepokojenia tą sytuacją. Wskazywano na narastające z każdym dniem zagrożenie jakie stwarzają korodujące gazowe pociski, a jeden z nich wyraził pogląd, że uwolnienie tych trucizn do przybrzeżnych wód może stworzyć większe zagrożenie niż katastrofa w Czarnobylu.

W nieco okrojonej formie materiał ten wyemitowała dnia 30 października telewizja Regionalna Gdańsk, w wieczornej „Panoramie” o godz. 18.30. W komentarzu zwrócono uwagę na konsumpcję ryb łowionych na naszych wodach, a szczególnie fląder, które zalegają na dnie, są wyjątkowo narażone na skażenia. Wspomniano też, że uwolnienie trujących gazów może nastąpić w każdym momencie, zwłaszcza przy pracach podwodnych jak np. układanie na dnie kabli lub rurociągów.

Tym razem temat zagrożenia potraktowano z całą powagą, chociaż nie przedstawiono żadnego programu mogącego zapobiec istniejącemu zagrożeniu. Ale to i tak wiele, bowiem wcześniej temat ten zwyczajnie ignorowano. Wiem co piszę, bo już w marcu 2013 roku zamieściłem na blogu tekst „Czyhająca śmierć - iperyt”, który nie doczekał się żadnej reakcji, a wcześniej, już w kwietniu 2000 roku, opublikowałem w „Wiadomościach Gdyńskich” tekst poświęcony temu samemu zagrożeniu. Tekst nosił tytuł „Czyhająca śmierć - iperyt nadal groźny”.

Jedyną reakcją na mój tekst był telefon (na mój domowy numer) wykonany przez oficera sztabowego Marynarki Wojennej. Oficer ten wyraził niezadowolenie z powodu ukazania się mojego tekstu. Zapewnił mnie, że sprawy zanieczyszczenia Bałtyku gazami bojowymi są przez Marynarkę Wojenną na bieżąco monitorowane. A sam gaz nie stanowi żadnego zagrożenia.


Ciekawe, czy obecnie ów Oficer zmieni swój pogląd na ówczesny mój sygnał?!

poniedziałek, 25 listopada 2013

Mieszkać w Gdyni

Przedwojenną Gdynię nękały dwa problemy. Bezrobocie i brak tanich mieszkań. Zwykle sprawy te wzajemnie się przenikały, bowiem brak pracy lub praca sezonowa, oznaczała brak środków na najem nawet skromnego mieszkania. Radzono sobie na różne sposoby, o czym już wcześniej pisałem, zamieszkując przejściowo u krewnych lub znajomych, wynajmując łóżko w charakterze tzw. kątownika (tutaj), klecąc własny barak na dzierżawionej działce, lub koczując w pobliskim lesie, albo na plaży, o ile sprzyjała temu pora roku. Zamieszkiwano też na odległych od śródmieścia peryferiach, gdzie wynajmowane mieszkanie było nieporównywalnie tańsze. Tam budowano tandetnie, lecz też czynsz był niższy.

Pamiętam, że za dwuizbowe mieszkanie w Cisowej, bez wygód, rodzice płacili właścicielowi 25 – 30 zł miesięcznego czynszu. Za identyczne mieszkanie w śródmieściu czynsz wynosiłby około 50 zł. Według Rocznika Statystycznego za lata 1937/38 autorstwa Bolesława Polkowskiego, przeciętny czynsz za mieszkanie dwuizbowe w śródmieściu Gdyni wynosił w zależności od lokalizacji, od 47 do 80 zł za miesiąc. Najdroższe były mieszkania przy ul. Świętojańskiej (80 zł/ miesiąc) i ul. Starowiejskiej (76 zł/ miesiąc), a najtańsze przy ul. Pomorskiej, gdzie płacono 47 zł czynszu za miesiąc.

Na takie mieszkanie mogli pozwolić sobie tylko nieliczni. Aby złagodzić tę sytuację władze miejskie podjęły szereg inicjatyw. Jako pierwsze wybudowano osiedle dla rybaków tzw. Kolonię Rybacką, przy ówczesnej ulicy Nadbrzeżnej (dziś ul. Waszyngtona). Tam zakwaterowano 16 rybackich rodzin wysiedlonych z Oksywskich Piasków w związku z budową portu. Był to koniec lat 20. ubiegłego wieku.

Pomyślano też o budownictwie spółdzielczym i zakładowym. Wiadomo, że w 1931 roku w naszym mieście funkcjonowało już 15 spółdzielni mieszkaniowych. Budując zespoły budynków korzystały one głównie z pożyczek udzielonych przez Bank Gospodarstwa Krajowego, bowiem środki własne pochodzące ze składek członkowskich były niewystarczające.

Przy przenoszeniu Chińskiej Dzielnicy z terenu portu na Witomino, co nastąpiło w 1930 roku, zastosowano szereg różnorakich udogodnień dla chętnych do tej przeprowadzki. Wytyczono działki budowlane, opracowano tanią, bo jednorodną dokumentację, zastosowano dogodne warunki kredytowe itp.

Zachęcano też liczące się zakłady pracy do budownictwa zakładowego (zwanego w tym czasie budownictwem patronalnym). W ten sposób wybudowano na Obłużu osiedle „Pagedu”, liczące 12 bloków i 11 domków bliźniaczych.

Podobnie postąpiło PKP. Firma ta wybudowała dla swoich pracowników kilka bloków przy ul. Morskiej i całe liczące aż 34 domki bliźniacze osiedle na obrzeżach Gdyni, w Rumi – Janowie.

Kilka zespołów bloków wybudował też Gdyński Zakład Ubezpieczeń Społecznych, tam jednak czynsz był wysoki i mieszkania wybudowane zajęli urzędnicy i wolne zawody.

W kwietniu 1931 roku powstało Towarzystwo Budowy Osiedli. Była to spółka akcyjna, której celem była budowa mieszkań w domkach seryjnych. TBO dostarczało plany dla budownictwa indywidualnego, służyło poradnictwem technicznym, a nawet załatwiało kredyty w gotówce i materiałach budowlanych. Towarzystwo prowadziło też sprzedaż parceli budowlanych za gotówkę i na raty. Bloki TBO wybudowane w tamtym czasie służą gdynianom w różnych częściach miasta do dziś, od Grabówka po Centrum.


Pomimo tych wysiłków, w połowie lat 30 – tych ubiegłego wieku, aż 72% budynków w Gdyni, było budynkami prowizorycznymi. Samych baraków, a więc obiektów substandardowych, było 2574.

Niektóre z nich przetrwały do dziś!