poniedziałek, 4 czerwca 2012

Nasz gdyński chleb powszedni

Znajomość historii naszego miasta wśród młodego pokolenia gdynian jest żenująco niska. Zarówna wiedza o czasach przedwojennych jak również okupacji i PRL- u wykazuje poważne luki bądź – co gorsze – zniekształcenia i wypaczenia.

Ostatnio spotkałem się z poglądem, że w czasach PRL – u notorycznie brakowało chleba (patrz Rocznik Gdyński nr 23 str. 34, 35), którego to braku nikt i nic nie było wstanie zlikwidować. Z uwagi na to, że sprawa zaopatrzenia naszego miasta w żywność jest mi dobrze znana, zdecydowałem się zaprezentować wycinek tej problematyki, mianowicie zaopatrzenie Gdyni w pieczywo - głównie w chleb.

Na wstępie kilka słów o zaopatrzeniu w pieczywo w okresie przedwojennym. Otóż pierwsze rzemieślnicze piekarnie pojawiły się w Gdyni we wczesnych latach dwudziestych. Wcześniej chleb wypiekały dla swoich potrzeb miejscowe Kaszubki w przydomowych piekarniach. Umiejętności wypieku chleba przekazywano z pokolenia na pokolenie co oznaczało, że dorosła dziewczyna sposobiąca się do zamążpójścia umiała zarówno gotować, piec ciasto i wypiekać chleb.

Napływ ludności do Gdyni w związku z budującym się portem sprawił, że zaistniało zwiększone zapotrzebowanie na żywność – w tej liczbie na chleb – któremu przydomowy wypiek nie był w stanie sprostać. Tak więc pojawiły się w mieście pierwsze piekarnie organizowane od podstaw budowane przez miejscowych Kaszubów (na przykład Szuta przy ul. Śląskiej 42, Pomieczyński przy ul. Dworcowej 11), a także przez rzemieślników tej branży przybywających z terenu sąsiednich miast. Niebawem w Gdyni działało około 30 piekarń rozmieszczonych w poszczególnych dzielnicach. Niektóre z nich ja na przykład Szuta zaczęli dostarczać pieczywo dla statków zawijających do portu. Większość piekarń była nastawiona na zaopatrzenie miejscowej ludności. Sprzedaż wyprodukowanego pieczywa odbywała się głównie w sklepikach, które były organizowane przy piekarni, a tylko nadwyżki dostarczane były do osiedlowych sklepików na terenie całego miasta. Chleb dowoziły zaprzęgi konne w specjalnie do tego celu przysposobionych wozach krytych, zabezpieczających pieczywo przed kurzem i opadami atmosferycznymi. Chleb ładowany był do wiklinowych koszy o kształcie prostokątnym, w których ustawiano chleb "na sztorc", co sprawiało, że chleby nie gniotły się, oczywiście wpływało to na jakość pieczywa.

Jakość tę zaprzepaszczono w czasie okupacji. Hitlerowcy wprowadzili swoje receptury, a także reglamentację na pieczywo. Wprowadzono też dwa gatunki chleba - dla Polaków i dla Niemców, które różniły się jakością. Polski chleb miał kształt foremkowy i był gliniasty, kleił się do podniebienia. Mówiono, że Niemcy dosypują do tego pieczywa trocin... Większość piekarń zajęli fachowcy niemieccy, bądź kolaboranci, którzy przyjęli niemieckie grupy narodowościowe. Piekarnie były traktowane jako zdobycz wojenna i eksploatowane bez miłosierdzia. Przypuszczać należy, że pieców i maszyn nie remontowano, pozostawiając to na czas po wojnie...

Po wyzwoleniu powrócili do piekarń ich poprzedni właściciele, lub ich potomkowie. Przeprowadzono powierzchowne remonty i produkcja chleba ruszyła. Już kilkanaście dni od zaprzestania działań wojennych pojawił się pierwszy chleb, którym płacono za pracę – jeszcze przed pojawieniem się polskich pieniędzy.

Z czasem – sukcesywnie – uruchamiano kolejne piekarnie, aby po kilku miesiącach osiągnąć ilość przedwojenną to jest około 30 piekarń. Ponieważ w pierwszym powojennym okresie chleb był reglamentowany, produkowana ilość pieczywa była wystarczająca dla pokrycia przydziałów kartkowych. Borykano się nadal ze sprawami technicznymi, a także zabiegano o przydziały mąki i węgla. Niebawem do spraw nękających prywatnych piekarzy dołączył fiskus. Rozpoczynała się tak zwana bitwa o handel, o rugowniu z rynku prywatnych rzemieślników i kupców. Niebawem na rynku pozostały nieliczne piekarnie około 6 z tego co mi wiadomo dwie były na Witominie jedna na Grbówku, jedna w Orłowie.

Piekarnie rzemieślnicze przejęła początkowo Spółdzielnia "Zgoda" - późniejsze "Społem" - a następnie nowo utworzone Gdyńskie Zakłady Przemysłu Piekarniczego (GZPP) z siedziba dyrekcji przy ul. Śląskiej 76. Często właścicieli zatrudniano jako kierowników tych obiektów, co miało tę dobrą stronę, że troszczyli się oni o stan techniczny pieców i wyposażenia. Tak postąpiono również w przypadku przejęcia przez GZPP dwóch nowo wybudowanych piekarni – jednej w Cisowej przy ul. Chylońskiej 198, własność mistrza Bukowskiego oraz drugiej przy ul. Pawiej 15 d, na Demptowie, własność mistrza Szymańskiego.

W pierwszych latach 50 – tych ubiegłego wieku zapotrzebowanie na pieczywo było w zasadzie zaspakajane. Wynikało to głównie z tego, że poziom ludności w mieście utrzymywał się na przedwojennym pułapie. Dopiero w 1955 roku Gdynia przekroczyła ten pułap, osiągając ponad 130000 mieszkańców ( w roku 39 było 127000).

Tymczasem miasto dynamicznie się rozwijało, powstawały całe nowe dzielnice. Niebawem ilość mieszkańców zbliżyła się do 250000. W Gdyni zaopatrywali się również pracujący w porcie, stoczniach i w rybołówstwie – ludzie dojeżdżający tu z okolicznych wsi i miasteczek (co ułatwiała im dobrze funkcjonująca SKM). I wtedy nastąpiło wyraźne zachwianie równowagi między podażą a popytem – nie tylko w branży piekarniczej, ale również w branży mięsnej, nabiałowej i innej.

Dzienne zapotrzebowanie na chleb przekroczyło 50 ton (nie licząc produkcji wspomnianych piekarń prywatnych). W tym czasie władze zapewne ze względów politycznych, utrzymywały przez kilka lat na relatywnie niskim poziomie, ceny detaliczne chleba. Dość powszechny stał się wykup chleba na karmę dla trzody chlewnej, kur, królików itp. Wynikało to z korzystnej relacji cen chleba wobec cen paszy i ziarna. Brak było sposobu na zwalczenie tego procederu!

Taki stan nierównowagi pomiędzy podażą a popytem utrzymywał się, aż do 1968 roku, gdy GZPP uruchomiły nowo wybudowaną przy ul. Hutniczej piekarnię przemysłową o dobowej zdolności produkcyjnej chleba około 25 ton. Pozwoliło to na złapanie oddechu. Niemniej problem pozostał, bowiem "sypały" się coraz bardziej piekarnie przedwojenne. Wystarczyła awaria którejś piekarni, a chwiejna równowaga na rynku ulegała zakłóceniu. Wtedy ratowano się zmniejszając asortyment, ograniczając wypiek tak zwanej galanterii piekarniczej na rzecz chleba. Uważam, że działanie takie nie pozostawało też bez wpływu na jakość, gdy z myślą o zwiększonym popycie na chleb w soboty, już przez cały tydzień gromadzono rezerwy, przesuwając je z dnia na dzień. W takim stanie rzeczy o ,,gorącym” pieczywie jakie oferowali prywatni piekarze nie mogło być mowy. Czyniono wszystko by zapewnić od strony ilościowej potrzeby – inaczej mówiąc – ilość wyparła jakość.

Wyżej zaprezentowano działania zapewniały ilościowe pokrycie potrzeb na chleb. Świadczą o tym dwa fakty – wytypowano sklepy, które sprzedawały czerstwy i zdeformowany chleb za pół ceny, a także to, że nigdy nie żądano, aby chleb objąć reglamentacją. Tak więc brakowało chleba "gorącego", ale chleb jako taki był zawsze! Tym bardziej, że z początkiem lat 80 ubiegłego wieku przy ul. Stryjskiej uruchomiono kolejną piekarnię przemysłową. A tak na marginesie – aktualnie Gdynia otrzymuje codzienne dostawy chleba z Rumi i Karwi, a także z kilku innych prywatnych piekarni.

1 komentarz:

  1. Faktycznie w latach 70-tych nie szanowano chleba i duże jego ilości z uwagi na cenę wykupywano z przeznaczeniem dla zwierząt.Pracując w tym czasie w "Społem" pamiętam,że zaopatrzenie sklepów w pieczywo było priorytetem Zarządu Spółdzielni.O tym i o historii naszej Gdyni musimy Panie Michale, tak jak Pan: mówić,pisać i opowiadać młodemu pokoleniu gdynian.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń