środa, 9 maja 2012

UFO nad Gdynią.



To było wielkie wydarzenie, które odnotowała wybrzeżowa prasa i którym przez pewien czas żyła cała Gdynia, po czy wszelki słuch zaginął.

W 1959 roku ludzkość znajdowała się zaledwie na progu ery kosmicznej. Od lotu Sputnika minęło niewiele ponad dwa lata, a bohaterem kosmicznym była syberyjska suczka Łajka. Zaczytywano się w literaturze science fiction, rosła popularność prekursora tego gatunku Lema.

I wtedy – 21 stycznia 1959 roku – w zimowy, sztormowy poranek, nad Gdynią pojawił się dziwny świetlisty przedmiot. Po krótkim locie, który śledziły dziesiątki mieszkańców miasta i pracowników portu, ów przedmiot runął do portowego basenu w pobliżu nabrzeża Polskiego. Świadków zdarzenia było sporo, ale jak zwykle w podobnych przypadkach, sporo też było rozbieżnych relacji. Rozbieżności dotyczyły zarówno jednoznacznego określenia czasu zdarzenia, wielkości przedmiotu, jego kształtu i barwy, jak również oznaczenia miejsca upadku przedmiotu do portowego akwenu.

W jednej tylko sprawie relacje świadków było zgodne – owo ,,coś”, co spadło z nieba, było pochodzenia pozaziemskiego, było ,,latającym talerzem” lub ,,spodkiem” - bowiem obydwie te nazwy były na ustach wszystkich.

Już następnego dnia, 22 stycznia, popołudniówka ,,Wieczór Wybrzeża” - jako pierwsza, na czołowym miejscu zamieściła stosowny tekst – opierający się na pospiesznie zebranych relacjach świadków. Oto krótki jego fragment: ,,Zaobserwowany obiekt był dużych rozmiarów i miał kształt koła. Talerz ten był koloru pomarańczowego, jego brzegi zabarwione były na różowo. Obiekt nadleciał od strony miasta i wykonując gwałtowny manewr, jakby chciał uniknąć rozbicia się o ląd, spadł prawie pionowo do wód zatoki”

Inni świadkowie twierdzili, że obiekt miał kształt walca, beczki lub w ogóle nie potrafili określić jego wielkości i kształtu.

Jeszcze nie ucichła pierwsza fala sensacji, gdy już pojawiła się kolejna. Wśród mieszkańców rozeszła się mianowicie wiadomość, że strażnicy portowi znaleźli na plaży ,,kosmitę”, który zmarł w trakcie udzielania mu pomocy lekarskiej. Nie sprecyzowano tylko, w którym szpitalu ów ,,kosmita” został hospitalizowany – jedna wersja mówiła o Szpitalu Miejskim w Gdyni, inna zaś o Akademii Medycznej w Gdańsku.

W miarę upływu czasu przybywało kolejnych szczegółów. ,,Kosmita” był płci męskiej – co stwierdzono ponoć po rozcięciu dziwacznego kombinezonu. Miał ponoć inny układ krwionośny – spiralny i inną niż my ziemianie, liczbę palców u rąk i nóg. Jego zgon nastąpił po zdjęciu z przegubu ręki dziwnej bransolety. Zwłoki zabrali Sowieci i wywieźli je samochodem – chłodnią w nieznanym kierunku.

Tak głosiła jedna z wersji. Druga natomiast powiadała, że ,,kosmita” nadal żyje, lecz znajduje się w stanie hibernacji i przechowywany jest w ścisłej tajemnicy w którymś z trójmiejskich szpitali...

W tym czasie, gdy szerzyły się takie plotki, 29 stycznia 1959 roku z inicjatywy ,,Wieczoru Wybrzeża” podjęto poszukiwania na dnie portowego basenu wraka lub szczątków kosmicznego pojazdu. Następnego dnia – w piątek w ,,Dzienniku Bałtyckim” (nr 25/1959) pojawił się nieduży artykuł pod sceptycznym nagłówkiem ,,Szukali spodka, a znaleźli... figę”

,,Głos Wybrzeża”, organ prasowy KW PZPR w Gdańsku, jedyny artykuł poświęcony tej sprawie zamieścił dopiero 1 lutego (widocznie brak było wytycznych, jak ów temat potraktować).

Rzeczą charakterystyczną jest, że zarówno w jednym jak i drugim tekście brak chociaż jednego słowa o ,,kosmicie” i jego losach. Cała uwaga autorów skupia się na ,,przedmiocie”, który spadł do portowego basenu. Tekst w ,,Głosie Wybrzeża” jest bogatszy o szczegóły, podaje nazwiska nurków, nazwy instytucji uczestniczących w poszukiwaniach itp. Informuje poza tym o wydobyciu z dna basenu metalowego odłamka. O jego pochodzeniu rozstrzygnąć miały stosowne badania laboratoryjne przeprowadzone na Politechnice Gdańskiej przez prof. Mindowicza – kierownika katedry chemii fizycznej. Wyniki tych badań – wg mojej wiedzy – nie zostały opublikowane.

Znamienna jest poza tym informacja, że w poszukiwaniach brała udział Marynarka Wojenna. Podaje się nawet nazwisko nurka, który w tej operacji uczestniczył. Udział Marynarki Wojennej w poszukiwaniach nadaje całemu wydarzeniu inny wymiar i rodzi szereg nowych przypuszczeń i domysłów. Zdziwienie poza tym budzi fakt nagłego zaniechania publikacji na ten sensacyjny temat. Czyżby otrzymano w pewnym momencie stosowne wytyczne od ,,czynników partyjno – rządowych” z warszawskiej centrali, bądź nawet z Moskwy?

Na tle przytoczonych niejasności i przemilczeń, utajniania losów ,,kosmity”, jego hospitalizacji, nazwisk strażników portowych, lekarzy udzielających rannemu pomocy itp., itd. rodzi się przypuszczenie, że komuś bardzo zależało na kamuflażu i dezinformacji ówczesnej opinii publicznej. Przypuszczać można, że chodziło tu o tajemnicę o charakterze wojskowym – stąd udział Marynarki Wojennej w poszukiwaniu wraku lub szczątków ,,latającego talerza”.

A może ów rzekomy ,,kosmita” to poprzednik Jurija Gagarina, który jak wiadomo dopiero 12 kwietnia 1961 roku na ,,Wostoku 1” dokonał jako pierwszy człowiek, pierwszego lotu kosmicznego. Może Gagarin wcale nie był pierwszym kosmonautą? Co robili Rosjanie przez ponad cztery lata w zakresie kosmicznych eksperymentów? Czy od listopada 1957 – gdy w kosmos została wystrzelona Łajka, do kwietnia 1961 roku – gdy w przestrzeń poszybował Gagarin, nie prowadzono żadnych doświadczeń?!

Jeżeli ,,kosmita” znaleziony na plaży w pobliżu gdyńskiego portu był ,,eksperymentalnym” kosmonautą radzieckim, który na moment przed kolizją się katapultował, bądź w momencie katastrofy wyrzucony został z pojazdu – wtedy zrozumiałe zaczynają być różne szczegóły tego tajemniczego wydarzenia, łącznie z zabraniem zwłok ,,swojego towarzysza” przez Rosjan!


Byłbym wdzięczny za dodatkowe informacje na temat tego wydarzenia. Jeśli ktoś takie posiada to chętnie przeczytam je w komentarzach.

4 komentarze:

  1. Czy dowiedział się Pan czegoś nowego o tym wydarzeniu ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nic więcej poza tym co już napisałem mi nie wiadomo w tym temacie

      Usuń
  2. W Internecie jest wiele wersji tego wydarzenia. Co do obiektu, który spadł w okolicavh portu, to podejrzewam, że "latający spodek" to tylko autosugestia, biorąc pod uwagę to, że bardziej popularna jest wersja z "walcem". Dodać mogę tyle, że w jednej z relacji porównano obiekt do 100 litrowej beczki (mały ale wariat :P) Opisy kosmity natomiast są bardzo zróżnicowane, raz to zielony ludzik z wielkimi oczami, a innym razem wygląda jak mężczyzna. W to że kosmita był ruskim astronautą w życiu nie uwierzę, ale taka opowieść (nie amerykańska) jest jak dla mnie wystarczającym dowodem na to że nie jesteśmy sami. Według mnie to ruskie zestrzelili tego kosmitę i niestety spadł na Polskę gdzie nasza służba zdrowia go wykończyła;P Ruskie mają pewnie jeszcze więcej do ukrycia niż chamerykanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na 99,9% w kosmosie żyje jeszcze "coś" oprócz nas. Przecież to niemożliwe, że w tym nieskończenie wielkim kosmosie żyją tylko ludzie w tej malutkiej (w porównaniu do innych) galaktyce - drodze mlecznej. I to według niekturych jedyne życie na Ziemi ok.100 razy mniejszej od Jowisza mniejszego od Słońca 2 razy mniejszego od Syriusza - maluteńkiego (serio maluteńkiego - tak ze 100, 1000 razy mniejszy) w porównaniu z Aldebaranem maluteńkim jeśli mówić o Betelgezie prawie 3 razy mniejszej od VY Canis Majoris (http://www.crazynauka.pl/co-jest-wieksze-gwiazdy-planety). A teraz wyobrażcie sobie jaka ta Ziemia jest mała. Pewnie już nie wierzycie w teorię ludzi - jedynego życia w (brak mi słów żeby to określić)..........nie świecie...nie wszechświecie....wiecie o co chodzi.

      Usuń