Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek II Wojny Światowej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek II Wojny Światowej. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 października 2014

Bomby na szpital

Jako mieszkające w Gdyni dziecko, „zaliczyłem” w czasie wojny kilkadziesiąt nalotów. I tak – we wrześniu 1939 roku, naloty niemieckie, w czerwcu 1941 roku, naloty radzieckie, później w latach 1943 – 44 naloty angielskie i amerykańskie, a od lutego 1945 roku ponownie naloty radzieckie. Niektóre z nich były niegroźne, gdy samoloty dążące do wyznaczonych celów przelatywały tylko nad naszym osiedlem, inne natomiast zagrażały bezpośrednio naszemu życiu. Najwięcej tych groźnych nalotów zaliczyłem w marcu 1945 roku, gdy w czasie działań frontowych przyszło nam cywilom przeżyć nawały ogniowe – zmasowane ataki artyleryjskie połączone z lotniczym bombardowaniem i ostrzałem z broni pokładowej radzieckiego lotnictwa.

Pierwszy groźny nalot, który zapamiętałem na całe życie, miał miejsce 9 października 1943 roku. Dokonała go VIII Flota Powietrzna USA, w samo południe jesiennego dnia, brawurowo atakując port i miasto. Wzmianki i relacje o tym nalocie były jak dotąd wielokrotnie opisywane, a przed laty, z inicjatywy Towarzystwa Miłośników Gdyni, wyemitowano nawet film amerykański z tego nalotu. Moje subiektywne wspomnienia z tego tragicznego wydarzenia opisałem już w nr 10 „Wiadomości Gdyńskich” z 1998 roku. Tam jest mój tekst pt. „Wspomnienia naocznego świadka nalotu na Gdynię (9.X.43r.)”.

W tekstach innych autorów, o których mowa będzie poniżej, podawane są liczne szczegóły wydarzenia. Podaje się ilości bomb jakie zrzucono na miasto i port, podaje się nazwy zatopionych w porcie statków, eksponuje się tragedię statku szpitalnego „Stuttgart”, a nawet wymienia się niektóre domy, które uległy zniszczeniu. Tylko niektórzy autorzy wspominają o zbombardowaniu przyszpitalnego schronu. Do wyjątków należy ksiądz Klemens Przewoski – proboszcz z Oksywia, który w swoich wspomnieniach opublikowanych w „Roczniku Gdyńskim” nr 10, podaje nieco informacji z tego zakresu. Całkowicie przemilcza ten fakt Aleksy Kaźmierczak w swoim tekście pt. „Samoloty nad Gotenhafen” („Rocznik Gdyński” nr 10 strona 120).

Nie znajdziemy też żadnych informacji o zbombardowanym szpitalnym schronie w licznych tekstach Kazimierza Małkowskiego, ani też w ciekawych artykułach poświęconych historii szpitala przy Placu Kaszubskim Eugeniusza Biadały („Rocznik Gdyński” nr 10 strona 184). U tego ostatniego, na stronie 193 przywoływanego „Rocznika Gdyńskiego”, znaleźć można informację o bezpośrednim zbombardowaniu tzw. starego szpitala w nocy 18 grudnia 1944 roku. Wspomina się tam, o uszkodzonym dachu szpitala, ale nic nie mówi się o ofiarach w ludziach...

W ogóle poza księdzem Przewoskim, nic się nie mówi o zabitych i rannych w tych dwóch nalotach, w którym ucierpieli chorzy i ranni znajdujący się w szpitalu. Temat ten jest wstydliwie przemilczany, chociaż starzy gdynianie pamiętają oba te naloty, a następnie przez wiele lat zagrodzone płotem fundamenty szpitalnego skrzydła, a po przeciwnej stronie ul. Wójta Radtkiego, fragmenty schronu, a raczej szczątki jakiś żelbetonowych resztek...


Żaden z autorów nie wspomina też o reakcji gdynian na tamte tragiczne bombardowanie. Polscy mieszkańcy miasta byli wyraźnie zażenowani zaistniałą tragedią. Uczestniczyłem w pogrzebie polskiej rodziny, która zginęła w wyniku październikowego bombardowania przy ul. Chylońskiej róg Kartuskiej. Pogrzeb był rodzajem manifestacji, milczącej i gorzkiej, w której uczestniczyły dziesiątki mieszkańców Cisowej i Chyloni. Tylko Niemcy odczuwali rodzaj schadenfreude, że Polacy giną od alianckich bomb.

wtorek, 2 września 2014

Cisowa we wrześniu 1939 roku

O walkach we wrześniu 1939 roku w rejonie Cisowej wiadomo niewiele. Relacje naocznych świadków ówczesnych wydarzeń są często nieścisłe i wręcz sprzeczne. Świadkowie mylą nazwiska uczestników walk, daty i godziny poszczególnych epizodów, a często ważne wydarzenia są przemilczane, lub mało dokładne. Błędy takie przytrafiają się nie tylko uczestnikom walk i świadkom, którzy często, po latach spisują swoje wspomnienia, co oczywista wpływa na ich obiektywizm, ale też doświadczonym historykom, o bezspornym naukowym dorobku. Przykładem takiego błędu może być wyrysowana na szkicu nr 9 (załącznik do książki W. Tyma i A. Rzepniewskiego pt. „Gdynia 1939”) trasa przejazdu „Smoka Kaszubskiego” z Oksywia do Zagórza. Według tego szkicu nasz pociąg pancerny odbył ten przejazd torowiskiem jakie jeszcze w 1939 roku nie istniało – bowiem tor ten wybudowali Niemcy, a wykończyli Polacy po wojnie. Natomiast prawda jest taka, że „Smok Kaszubski” trasę z Oksywia w dniu 6 września odbył torem biegnącym przez Chylońskie Łąki – z pominięciem Meksyku, łukiem, do stacji Gdynia Chylonia, a stąd dalej już w kierunku Wejherowa. Tor ten istniał już od 1928 roku i to po nim odbywała się komunikacja kolejowa pomiędzy Gdynią, a portem wojennym i warsztatami Marynarki Wojennej.

A gdy mowa o „Smoku Kaszubskim” to pisałem o nim na blogu (część 1, część 2) i około 15 lat temu w „Wiadomościach Gdyńskich”.

Inny epizod walk w rejonie Cisowej opisuje w swojej relacji kapitan M. Pikuła (strona 505 „Gdynia 1939”). W tym samym dniu to jest 12 września, jego batalion przerzucony został autobusami komunikacji miejskiej do Cisowej. Z uwagi na trwające ataki lotnictwa na „Smoka”, żołnierzy wyładowano koło chylońskiego dworca. Stąd piechotą batalion skrajem lasu udał się w rejon Janowa. Miało to miejsce w godzinach rannych, bowiem już o godz. 9.00 batalion dotarł do Janowa i tam zajął pozycje obronne. Około godz. 13.00 batalion wyruszył do ataku, z którego zrezygnowano około godz. 15.00, wycofując się na pozycje wyjściowe w Janowie. A następnie – jak należy przypuszczać – wycofał się w rejon Cisowej.

W tym miejscu przypomnijmy, że w dniu 12 września płk Dąbek podjął decyzję o wycofaniu obrońców Gdyni na Kępę Oksywską. Dobę wcześnie na Chylońskich Łąkach, w okolicy Cisowa – Pogórze, nakazał wybudowanie okopów, które posłużyć miały do osłony wycofujących się na Kępę Oksywską naszych oddziałów.

Manewr wycofania naszego wojska przeprowadzono w nocy z 12 na 13 września. Peryferie Gdyni zajęli Niemcy 13 września, a Śródmieście, dobę później. Według „Dziennika działań bojowych 3 baterii Gdańskiego Dywizjonu Artylerii”, a więc według źródła niemieckiego – dnia 12 września artyleria ta ustawiona w rejonie Bojana, ostrzelała okopy koło Cisowej, okolice chylońskiego dworca oraz południową część Demptowa i Grabówek. Z niemiecką dokładnością odnotowano, że łącznie wystrzelono 240 pocisków.


Osobiście wkroczenia Niemców do Cisowej nie pamiętam, gdyż nieco wcześniej moja rodzina ewakuowała się do Śródmieścia. Nie pamiętam też jakichkolwiek zniszczeń zabudowy naszej dzielnicy, ani rozmów rodziców na ten temat. Widocznie zniszczenia te były niewielkie i nierzucające się w oczy.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Co wiedział pułkownik Dąbek?

Wertując materiały dotyczące Wybrzeża we wrześniu 1939 roku, często zastanawiam się co o ogólnej sytuacji wiedzieli obrońcy Kępy Oksywskiej, a także ich dowódca pułkownik Stanisław Dąbek?

Przy ówczesnym poziomie łączności, jak również szybkich ruchach wojsk niemieckich, wiadomości docierające do obrońców Wybrzeża były niepełne i z reguły spóźnione.

Komunikaty radiowe nadawane przez broniącą się Warszawę były niepełne, mało dokładne i niekiedy zmanipulowane. Wiadomym było, że w połowie września bronił się Hel i Warszawa. Jak była sytuacja na innych wojennych teatrach wiedzieli zapewne generałowie – dowódcy armii, korpusów i dywizji. Oficerowie niższej rangi wiedzieli tylko tyle ile przekazali im ich przełożeni. Niekiedy świadomie unikano przekazywania informacji o sytuacjach na frontach w celu uniknięcia osłabienia morale, bądź defetyzmu...

Co wiedział o sytuacji na Kresach płk Dąbek, tego nie dowiemy się już nigdy. Czy decydując się na samobójczą śmierć, w popołudniowych godzinach 19 września, wiedział o napaści radzieckiej na jego rodzinne strony? A przecież tam w Złoczowie przebywała jego rodzina – matka, żona, córka. Zapewne nie znał szczegółów sytuacji w rejonie Stanisławowa, Lwowa i całego tzw. Przedmieścia, w którym gromadziły się zwarte oddziały i tysiące niedobitków, przed ich ewakuacją do Rumunii i na Węgry.

Tymczasem sytuacja w tej części Polski była następująca. Już w dniu 12 września do Włodzimierza przybył marszałek Rydz – Śmigły ze swoim sztabem. W nocy z 13 na 14 września Naczelne Dowództwo przeniosło się do Młynowa, rozkazując, aby grupa „Włodzimierz” broniła się do dwóch dni, a następnie miała się wycofać z rejonu Stanisławów – Kołomyja.

Dnia 14 i 15 września Niemcy byli już na przedpolu naszych wojsk. W nocy z 16 na 17 września oddziały niemieckie wycofały się w kierunku na Rawę Ruską. Dnia 17 września wojska radzieckie przekroczyły naszą wschodnią granicę.

W tym dniu generał Stachewicz, na polecenie Naczelnego Wodza, pisze pismo do generała Sosnowskiego, w którym informuje go o tym wydarzeniu, oraz o tym, że wojska radzieckie kierują się przez Tarnopol na Złoczów i Kołomyję. W tej sytuacji Naczelny Wódz rozkazuje, aby nasze wojska kierowały się najbliższymi drogami na Rumunię i Węgry. Wszystkie armie otrzymały radiem taki rozkaz.

W tym dniu, około godziny 23 Marszałek przekroczył granicę, a Prezydent RP wydał orędzie do ludności polskiej.

18 września batalion czołgów radzieckich przez Złoczów doszedł do Kołomyi. Dzień później – Rosjanie znaleźli się już na rogatkach Lwowa, w rejonie Łyczakowa.


Czy o tym wszystkim wiedział pułkownik Dąbek? Czy miało to wpływ na jego desperacką decyzję?

wtorek, 26 sierpnia 2014

Oni dowodzili obroną Gdyni

Rozkaz udania się do Gdyni zastał go w Krynicy, gdzie wraz z żoną Ireną spędzał kilkudniowy urlop. Rozkaz brzmiał – udać się niezwłocznie do Gdyni i objąć stanowisko p.o. dowódcy Lądowej Obrony Wybrzeża. Już w dniu następnym, w niedzielę 23 lipca 1939 roku, płk Stanisław Dąbek znalazł się w naszym mieście. Po wielogodzinnej podróży znalazł się w mieście, o którym wiele słyszał, ale w którym nigdy przed tym nie był.

Wtedy, gdy z niewielką walizeczką zmierzał do Sztabu Obrony, mieszczącego się przy ul. Zgoda 4, nie zdawał sobie sprawy, że w tym nieznanym miastem zwiąże się na zawsze, że stanie się jego największym, wojennym bohaterem.

Gmach sztabu był pusty i cichy. Przywitał go pełniący służbę oficera dyżurnego, zaspany podporucznik uprzedzony o jego przyjeździe. Poza owym podporucznikiem i szoferem w sztabie nikogo nie było. Dyżurny oficer skomentował to tak: „Pogoda piękna, niedziela, więc wszyscy są z rodzinami na plaży...”, jednym słowem sielanka.

Kapral – kierowca zawiózł Pułkownika na kwaterę przy ul. Świętojańskiej. Tu przez najbliższe tygodnie kwaterować będzie Pułkownik wraz z żoną, która niebawem przybędzie w ślad za mężem.

Tymczasem Pułkownik skorzystał z propozycji kaprala – kierowcy i udał się na rekonesans, po najbliższej okolicy, lustrując teren, którego niebawem przyjdzie mu bronić. Trasa przejazdu wiodła od granicznej rzeczki Sweliny, szosą gdańską, przez przedmieścia Gdyni i dalej przez Rumię, Redę i Wejherowo, aż po Żarnowiec. Pochodzący z tych okolic kierowca objaśniał i informował Pułkownika o mijanych wsiach i miasteczkach. Płk Dąbek, patrząc na mijany teren oczami dowódcy i żołnierza, był coraz bardziej zaniepokojony, nie dostrzegł tu bowiem żadnych umocnień, schronów, bądź stanowisk ogniowych. Wokół rozciągały się pola i łąki – słowem sielanka.

Gdy następnego dnia zameldował się w dowództwie, podzielił się swoimi obawami, i wtedy to dowiedział się, że plany obrony Gdyni są dotąd niezatwierdzone, a więc i nie realizowane.

Dopiero w tydzień po przybyciu do Gdyni płk Dąbka, przyjechał do naszego miasta gen. Władysław Bortnowski, dowódca Armii „Pomorze”, któremu podporządkowana była Lądowa Obrona Wybrzeża. Na stałe gen. Bortnowski kwaterował w Toruniu, a jego pierwszy pobyt w Gdyni w dniach 31 lipca i 1 sierpnia, zakończył się przeglądem miejscowego garnizonu i defiladą. Na zatwierdzenie planów obrony trzeba było poczekać do kolejnego pobytu Generała, aż do 18 – 19 sierpnia...


Poza owymi opóźnieniami w akceptacji planów obrony opóźnienia miały też miejsce w kompletowaniu kadry oficerskiej. I tak, na przykład podpułkownik dyplomowany Marian Sołodkowski – szef sztabu LOW przybył do Gdyni dopiero pod koniec sierpnia. Podobnie był z wieloma innymi dowódcami poszczególnych formacji wojskowych w naszym mieście.

sobota, 23 sierpnia 2014

Gdyńscy harcerze we wrześniu 1939 roku

W książce pt. „Czuwaj Gdynio” pisze o nich Piotr Cieślawski. Wzmianki na ich temat znajdziemy też w zbiorze relacji z września 1939 pt. „Gdynia 1939” opracowanych przez W.Tyma i A. Rzepniewskiego. I chociaż temat to nienowy w jego prezentacji występuje szereg niedomówień, a niekiedy nieścisłości. Z kilku wątkowej tematyki harcerskiej z tego okresu dobrze znana jest postać bohaterskiego harcerza z Oksywia, Alfreda Dyducha oraz dzielnej harcerki Dżannet Skibniewskiej i jej przełożonej Komendantki OPWK kpt. Aurelii Łuszczykiewicz – Gontkiewicz. Wspomina się też niekiedy Bolesława Polkowskiego, Harcerza Rzeczypospolitej, porucznika rezerwy WP, dowódcy kompanii karabinów maszynowych w I batalionie Obrony Narodowej.

Temu ostatniemu, prof. B. Polkowskiemu, poświęciłem w maju 2008 roku artykuł, w dodatku do „Gazety Wyborczej – Moja Gdynia”, pt. „Pomóżmy zidentyfikować osoby na zdjęciu”, bowiem wspomniany tekst zilustrowałem fotografią B. Polkowskiego wraz z grupą harcerek i harcerzy.

Tak się złożyło, że osobiście znałem prof. Polkowskiego z czasów mojej pracy w administracji gdyńskiego handlu. Wcześniej – jako nauczyciela akademickiego na WSHM, go nie poznałem, gdyż w czasie gdy podjąłem studia na Sopockiej uczelni, prof. Polkowski już nie wykładał. Wiedziałem jednakże o nim, jako o statystyku i twórcy pierwszych gdyńskich przedwojennych „Roczników Statystycznych”.

O losach Polkowskiego jako działacza harcerskiego i żeglarskiego, a także jako oficera rezerwy i jego udziale w obronie naszego miasta, dowiedziałem się już później, bowiem Profesor znany ze skromności, zasługami swoimi się nie obnosił. A był postacią nietuzinkową. Z harcerstwem związał się już w 1917 roku, i pozostał mu wiernym do końca swoich dni. Przez lata awansował w tej organizacji od zwykłego harcerza, po członka Kwatery Głównej. Do Gdyni sprowadził się w 1933 roku i wkrótce objął funkcję Komendanta Hufca ZHP. Później działał w Harcerskim Ośrodku Morskim. Od 1934 roku, , do kilku lat po wojnie, był też prezesem gdyńskiego oddziału PTTK. Równocześnie redaguje roczniki statystyczne i prowadzi zajęcia jako instruktor żeglarski.

Zmobilizowany jako oficer rezerwy w stopniu porucznika, obejmuje dowodzenie kompanią karabinów maszynowych w I Gdyńskim Batalionie Obrony Narodowej dowodzonego przez mjr Stanisława Zauchę. Walczył w rejonie Koleczkowa, Dobrzewina i Bojana. Tam zacięte walki trwają od 7 września. W walkach tych porucznik Polkowski w dniu 9 września zostaje ranny w piersi. Rana jest poważna i wymaga leczenia szpitalnego. Polkowski trafia do szpitala Sióstr Miłosierdzia przy Placu Kaszubskim, a stąd do niemieckiej niewoli.

Zanim to nastąpiło, Polkowski zorganizował 21 osobową grupę harcerzy – ochotników, gotowych do walki z agresorami. Zbiórka ochotników ma miejsce na boisku szkoły nr 1 przy ul. 10 lutego. Stąd harcerze przewiezieni zostali autobusem w rejon Koleczkowa. Major Zaucha świadomy ich bojowej przydatności (nabyte umiejętności harcerskie – podchody, orientacja w terenie, umiejętności obozowe, sprawności) przydziela harcerzy do poszczególnych pododdziałów, aby wykorzystać ich jako szperaczy.

Ma to miejsce już po 9 września, gdy walki toczą się pod Rogalewem. Tak więc włączeni do pododdziałów harcerze „rozmijają się” z por. Polkowskim, wycofanym z pola walki, z powodu rany.

Jakie były dalsze losy tej grupy harcerzy nie ustaliłem. Nie wiem też, jak potraktowali ich  Niemcy? Czy podobnie jak harcerzy z Wejherowa, którym odmówiono praw kombatanckich i wymordowano? Nie udało mi się też ustalić nazwisk tych 21 ochotników. Znał je zapewne Polkowski, ale On już od 25 lat nie żyje...

piątek, 15 sierpnia 2014

Trochę moich wspomnień z 1939 roku. Część 4.

Niemcy

Z grupy kilkunastu pojazdu dwa – trzy zatrzymały się przed barakiem. Pozostałe pognały, w kierunku Dworca Morskiego i portu. Motocykliści zeskoczyli z siodełek i przyczep, z bronią gotową do strzału wbiegli do baraku. Padł rozkaz – alle raus! Wyszliśmy przed barak, czekając na dalszy rozwój wypadków. Kolejna komenda, mówiła o tym że boją się, że ktoś rzuci granat, przetłumaczyła mi mama, która perfekt mówiła po niemiecku. Tymczasem Niemcy pośpiesznie zlustrowali pomieszczenia baraku i już szykowali się do odjazdu, gdy pojawili się niemieccy piechurzy. Z gromadki osób stojących przed barakiem wygarnęli mężczyzn, ustawili z nich niewielki oddział i popędzili w stronę Placu Kaszubskiego.

Z naszej rodziny zabrali Wujka i Ojca, a nam pozwolono wrócić do baraku. Widać było, że mama i ciocia są zdenerwowane. Padały jakieś słowa – legionista (to o Wujku) i powstaniec wielkopolski (to o tacie), i obawy o niemieckiej zemście...

tymczasem od strony Oksywia dochodziły nas odgłosy walki. Słychać było serie z broni maszynowej i wybuchy pocisków. Mama jeszcze tego samego dnia zdecydowała, żeby opuścić port i przenieść się nieco dalej, na Plac Kaszubski do Nadolskich – rodziny zaprzyjaźnionych z mamą Kaszubów. Tu przyjęto nas życzliwie. Pani Nadolska nakarmiła nas „czym chata bogata” i przydzieliła nam oddzielny pokój jako naszą kwaterę. Kobiety pocieszały się wzajemnie, bowiem wojna rzuciła  w nieznane rybaka Nadolskiego, a tatę, jak wiadomo , zabrali Niemcy.

U Nadolskich przeżyliśmy kolejną niemiecką rewizję. Żołnierze sprawdzili wszystkie pomieszczenia i przybudówki. Sprawdzali strych i piwnicę, szafy i łóżka – dosłownie wszystko. Oczywiście nic i nikogo nie znaleziono. Ocalała też moja furażerka, którą przezornie ukryłem pod poduszką. Czapeczka ta, którą rodzice kupili mi kilka miesięcy przed wybuchem wojny, była dla mnie czymś ważnym – atrybutem żołnierza...

Po kilku dniach pobytu u państwa Nadolskich powrócił Ojciec. Przez ten czas przetrzymywali go Niemcy na korcie tenisowym, przy dworcu głównym. Na szczęście pogoda była ładna, bo zatrzymanych ulokowano „pod gołym niebem”, co w przypadku słoty byłoby dodatkową udręką. Zatrzymanych karmiono tylko chlebem i zbożową kawą. W oparciu o dokumenty osobiste sprawdzano tożsamość, a następnie sprawdzano, czy nie figuruje w niemieckiej „”czarnej księdze” - jak rejestr ten nazywał Ojciec. W księdze odnotowani byli ci wszyscy, którzy swoim zachowaniem, przynależnością organizacyjną bądź głoszonymi o Niemcach opiniami uznani zostali przez hitlerowców za ich wrogów. Na szczęście ani tata, ani wujek w rejestrze nie figurowali.

Wnet też, aby nie być dalszym ciężarem dla pani Nadolskiej, podjęto przygotowania do powrotu, do Cisowej. Jako zwiadowcę wysłano do Cisowej siostrę, która w ciągu jednego dnia poszła i powróciła z Cisowej. Okazało się, że nasz dom stoi nienaruszony, a mieszkanie jest tylko częściowo okradzione z pościeli. Zniknęło też nasze radio, którym cieszyliśmy się zaledwie przez kilka miesięcy.

Aby zapobiec dalszemu rabunkowi rodzice postanowili wracać do domu. Wynajęto furmankę – co było nie lada wyczynem – załadowawszy dobytek wyruszono już przed obiadem. Do Cisowej dotarliśmy bez zakłóceń. Nikt nas nie zatrzymywał ani też nie legitymował, chociaż od strony Kępy Oksywskiej nadal dochodziły odgłosy walki, ale jakieś odległe i przytłumione.

Ojciec powiedział – to walczy Hel!

środa, 13 sierpnia 2014

Trochę moich wspomnień z 1939 roku. Część 3.


Urząd Morski w Gdyni miał dwa schrony, które istnieją do dzisiaj. Jeden mieści się w piwnicach gmachu Urzędu, a drugi, wolno stojący, w kształcie betonowej piramidy, nieopodal, w przyległym, niewielkim parku. Pierwszy z nich, ten w podziemiach gmachu, przeznaczony był dla pracowników Urzędu i ich rodzin, drugi natomiast był miejscem schronienia dyrekcji.

Nas zakwalifikowano jako rodzinę Wujka, a więc mieliśmy prawo korzystania ze schronu dla pracowników i ich rodzin.

A schron, o którym tu mowa był rzeczywiście wspaniały. Nie mógł się równać z naszym improwizowanym schronieniem w Cisowej, który w piwnicy na ziemniaki urządziliśmy sposobem gospodarczym. W schronie Urzędu były wszystkie cywilizacyjne udogodnienia, a więc światło elektryczne, bieżąca woda, ubikacja, wentylacja itp. drzwi do schronu były hermetyczne, co miało chronić przed gazem. We wnętrzu były wygodne ławy oraz kilka prycz. W jednym pomieszczeniu, a było ich kilka, znajdował się punkt medyczny z dobrze wyposażoną apteczką.

Ze schronu skorzystaliśmy tylko kilkakrotnie i nigdy w nim nie nocowaliśmy. Przez cały czas mieszkaliśmy u Wujostwa, we wspomnianym baraku, tuż za przejazdem kolejowym. W czasie bombardowania lub ostrzału artyleryjskiego, biegliśmy do schronu i tam czekaliśmy na koniec ataku. Od miejsca naszego zamieszkania do schronu było zaledwie kilkadziesiąt metrów, ale odległość ta mogła okazać się śmiertelnie niebezpieczna, ale wtedy o tym nikt nie pomyślał.

Tymczasem odgłos strzałów karabinowych zbliżał się z każdym dniem, a generał Bortnowski nie nadciągał. Zaczęły pojawiać się wątpliwości, czy w ogóle nadejdzie. Zaczęto też wątpić w pomoc francuskiej lub angielskiej floty, której z niecierpliwością oczekiwano. Tymczasem niemieckie lotnictwo hulało na gdyńskim niebie, a okrętowa artyleria biła niemiłosiernie po porcie. A później raptem nastała cisza. I tak było przez noc...

Rano, około 9.00, bo byliśmy już po śniadaniu, na motocyklach pojawili się Niemcy. Nikt do nich nie strzelał. Zachowywali się swobodnie i z jakąś pewnością siebie. Niemcy w Gdyni, w porcie? Nie wierzyliśmy własnym oczom...


Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Trochę moich wspomnień z 1939 roku. Część 2.

Trochę moich wspomnień z 1939 roku część 1.

Policjant

Do Gdyni ruszyliśmy pieszo. Wcześniej zjedliśmy śniadanie, bo mama uważała, że musimy mieć siłę do czekającego nas marszu. Cała rodzina z wyjątkiem mnie, była objuczona. Ruszyliśmy ul. Chylońską, lecz niebawem nasza marszruta miała ulec zmianie. Tuż za nową szkołą, przy ul. Zbożowej, zatrzymał nas uzbrojony po zęby policjant. Przez ramię miał przewieszony karabin, co mnie bardzo zdziwiło, bo nigdy wcześniej nie widziałem policjanta z karabinem. Czapkę z okutym daszkiem miał zsuniętą na czoło, a pasek od tej czapki zapięty pod brodą. Wyglądał groźnie. Zatrzymał naszą gromadkę, wylegitymował rodziców, zapytał o kierunek marszu i jego cel, a następnie polecił opuścić ulicę i dalszy marsz kontynuować lasem. Jak powiedział – dla bezpieczeństwa przed niemieckimi samolotami. Polecenie to nas nieco zdziwiło, bo chociaż dzień był pogodny, od rana nie pojawił się żaden samolot.

Nie komentując polecenia Ojciec poprowadził naszą gromadkę do lasu, a następnie skrajem w kierunku Gdyni. Teraz marsz okazał się bardzo uciążliwy. Teren był nierówny, bagaże ciążyły, a słońce bardzo przygrzewało. Ojciec przeklinał policjanta, a ja zastanawiałem się nad jednym – po co policjantowi karabin?

Po kilkugodzinnym marszu, który już od Chyloni kontynuowaliśmy ulicą, dotarliśmy do wujostwa, które zakwaterowało się w barakach przy ul. Chrzanowskiego, tuż przy urzędzie Morskim. Wujostwo nie było zdziwione naszą wizytą. Widocznie taki scenariusz był już wcześniej uzgodniony, jeszcze przed wybuchem wojny. To wujek Franek, bosman w Urzędzie Morskim, zaproponował naszej rodzinie gościnę. Argumentował, że Urząd dysponuje wspaniałym schronem, co wobec zagrożenia gazem było sprawą bardzo istotną. Był to argument, który zaważył na decyzji ewakuowania się do Gdyni, w rejon portu, decyzji, którą dziś oceniam jako nieodpowiedzialną. Pakowaliśmy się w miejsce, które z punktu widzenia wojskowego, było ważnym celem strategicznym, a więc narażone na ataki wroga. Wtedy jednak widzieliśmy to inaczej. Był wspaniały schron, była broniąca się dzielnie Gdynia i wiara, że niebawem Niemców przepędzi generał Bortnowski...



Ciąg dalszy nastąpi...

niedziela, 27 lipca 2014

Troczę moich wspomnień z 1939 roku. Część 1.

Wspomnienia tamtych wydarzeń noszę w świadomości do dziś. Są to strzępy wydarzeń jakie zachowała moja pamięć. Widocznie wydarzenia ta były dla niespełna 6 letniego dziecka na tyle mocne, że na trwałe zapadły w moją świadomość. Poniżej kilka wspomnień, które pomimo upływu 75 lat nadal dość dobrze zapamiętałem.

Mauser

Wojna trwała już od kilku dni. Od kilku dni i nocy, bowiem zwłaszcza nocą słychać było od strony Wejherowa odgłosy walki, które brzmiały jak odległy grzmot. W ciągu dnia odgłosy te były mniej wyraźne, a o trwającej wojnie przypominały nam tylko niemieckie samoloty, które na niskim pułapie przelatywały nad Cisową w kierunku Śródmieścia i portu. Cisowej samoloty te nie atakowały, pomimo tego na noc zaciemnialiśmy okna, bo takie było polecenie.

Pierwsze dni wojny upływały nam spokojnie. Ojciec nie jeździł do pracy, więc godzinami słuchał radia, komentował wydarzenia, dzielił się swoimi uwagami z mamą i klął. Mama z siostrą krzątały się po kuchni, bądź na podwórzu plotkowały z sąsiadkami na wojenne tematy. Osiedlowy sklep Stencla przy ul. Jęczmiennej, w którym głównie zaopatrywała się nasza rodzina(mieliśmy tam zeszyt), był wprawdzie otwarty, ale towaru było w nim niewiele, bo przezorni mieszkańcy Ćmirowa i Strasznicy wszystko co użyteczne wykupili. A użyteczne było prawie wszystko – nie tylko żywność, ale też mydło, zapałki, a nawet pasta do butów.

Mniej więcej po tygodniu trwania wojny, nocą odwiedziła nas brat Ojca – Janek, mieszkaniec Orłowa, hydraulik, a teraz żołnierz Obrony Narodowej. Korzystając z kilkugodzinnej przepustki przyszedł nas odwiedzić, bo do Orłowa było zbyt daleko. Prosił Ojca, aby powiadomił jego żonę, że jest cały i zdrowy, a jego oddział walczy w okolicach Łężyc i Rumi.

Wizyta Janka sprawiła, że wszyscy otoczyliśmy go ciasnym kręgiem i słuchaliśmy jego wojennych relacji. Pamiętam, że mnie rodzice posadzili na stole, tuż przy siedzącym wujku. Szczegółów wojennej opowieści oczywiście nie pamiętam. Uderzyło mnie jedno – wujek mówił coś o brakach karabinów u naszych żołnierzy, o silnych natarciach „szwabów” i chwalił się zdobycznym niemieckim karabinem, który nazywał Mauserem. Wszyscy po kolei brali ten karabin do rąk. Również mnie spotkał ten zaszczyt. Przez chwilę dane mi było potrzymać ten karabin. Był dla mnie bardzo ciężki, a jego stal była bardzo zimna.

Wizyta wujka Janka trwał krótko, ale my już do rana nie spaliśmy. Rano dnia następnego rodzice zaczęli pakować niezbędne do życia rzeczy i Ojciec zadecydował, że ewakuujemy się do Gdyni, do wujostwa, do Urzędu Morskiego, gdzie pracował wujek Franek. Rodzice byli mocno przekonani, że Niemcy mogą zająć przedmieścia, ale sama Gdynia się obroni, bo z pomocą przyjdzie generał Bortnowski i jego „żelazna dywizja”.

Czy decyzja o ucieczce naszej rodziny do Śródmieścia zdecydowała wizyta wujka Janka nigdy się nie dowiedziałem, bowiem do tej sprawy już nigdy rodzice nie wracali, ale wujka Janka i jego zdobyczny niemiecki karabin wspominam do dziś.


Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 21 lipca 2014

Niedoceniany bohater

Dla niego trzynastka była pechowa. To właśnie tego dnia poległ w obronie naszego miasta. Był 13 września 1939 roku, gdy podporucznik Zygmunt Cywiński oficer rezerwy, artysta malarz i mieszkaniec Gdyni zginął zakuty niemieckimi bagnetami. Kilka zdań o tym obrońcy Gdyni znajdziemy w książce S. Stumph Wojtkiewicza pt. „Alarm dla Gdyni”. Wzmiankę o nim znajdziemy też w zbiorze relacji W. Tyma i A. Rzepniewskiego, noszącego tytuł „Gdynia 1939”.

I to by było na tyle...

Człowiek, który dosłownie oddał swoje życie za nasze miasto, nie doczekał się tu żadnego upamiętnienia – najmniejszej uliczki, placyku, szkoły swojego imienia.

Ale zacznijmy od początku. Podporucznik rezerwy Zygmunt Cywiński po zmobilizowaniu objął funkcję dowódcy oddziału wartowniczego koszar w Redłowie (dzisiaj jest tu szpital im. PCK). Wyróżniał się obowiązkowością. W ostatnich dniach walk obronnych o nasze miasto włączony został ze swoim pododdziałem w skład 6 kompani dowodzonej przez kapitana Antoniego Kowrygę.

W dniu 12 września, gdy dowództwo podjęło decyzję o przystąpieniu do realizacji drugiego etapu obrony Wybrzeża, czyli obrony Kępy Oksywskiej, w nocy z 12 na 13 września wycofano oddziały 2 Morskiego Pułku Strzelców z linii frontu, przerzucając je w rejon Suchego Dworu i Pogórza. Wtedy to dla zamaskowania tego manewru, zdecydowano o pozostawieniu dwóch drużyn strzeleckich w opuszczonych okopach, aby pozorowały trwanie naszych linii obronnych. Zadanie to powierzono podporucznikowi Cywińskiemu i jego podkomendnych. Odcinek frontu dla tych dwóch drużyn wyznaczono od Krykulca po Zatokę. Czy Niemcy dali się nabrać na ten wojenny fortel – nie wiadomo, pewnym natomiast jest, że 2MPS osłonięty przez dwie drużyny Cywińskiego, wycofał się bezpiecznie na nowe pozycje.

Gdy rankiem 13 września Niemcy przypuścili atak na polskie okopy, w rejonie rzeki Kaczej, przywitał ich ogień polskich karabinów maszynowych. Nacierający ponieśli duże straty. Gdy w czasie ponownego natarcia zginął żołnierz obsługujący karabin maszynowy, porucznik Cywiński zastąpił gp niezwłocznie i kontynuował ostrzał.

Według nielicznych jego podwładnych, którym udało się wycofać na Kępę Oksywską, podporucznik Cywiński z taką zaciętością prowadził ogień do Niemców, że nie spostrzegł, że został okrążony...

Nacierający Niemcy z wściekłością dopadli go na jego stanowisku ogniowym i zakłuli go bagnetami...

środa, 16 lipca 2014

Mobilizacja w 1939 roku

Jak podają słowniki, mobilizacja to przejście sił zbrojnych państwa ze stanu pokojowego w stan wojenny przez powołanie rezerwistów do czynnej służby wojskowej. Zwykle mobilizacja ma charakter powszechny to znaczy obejmuje obszar całego państwa jako instytucji zagrożonej wojną. Tak więc z reguły mobilizacja wyprzedza w czasie wybuch wojny i tylko niekiedy może być wykorzystana jako element gry politycznej – może być wprowadzona w celu odstraszenia przeciwnika, a więc nie dopuszczenia do zbrojnego konfliktu.

Przyjmując powyższe jako ustalone i przyjęte procedury, mobilizacja ogłoszona przed wybuchem II wojny światowej, była w naszym kraju nietypowa, bowiem wykazywała kilka rozbieżności. Mówiąc kolokwialnie – już same plakaty ogłaszające powszechną mobilizację różniły się od siebie. Zapewne drukowane w różnych miejscach, już w nagłówkach wykazują znaczne różnice. I tak spotykamy: „Obwieszczenie mobilizacji – Prezydent Rzeczypospolitej zarządził mobilizację powszechną”, zaś drugi plakat nosi nagłówek: „Obwieszczenie mobilizacyjne” - a w podtytule „Powołanie do czynnej służby wojskowej”. Pierwsze obwieszczenie powołuje się na decyzję Prezydenta RP, w drugim fakt ten jest pominięty i zaczyna się ono następująco: „Powołanie do czynnej służby wojskowej” - a punkt 1 zaczyna się od słów: „Powołuję do czynnej służby wojskowej wszystkich tych...”. W obu przypadkach obwieszczenie podpisał Minister Spraw Wojskowych – co wydaje się dość dziwne, zważywszy uprawnienia konstytucyjne Prezydenta w tym względzie.

Zdziwienie moja wzbudziła też kolejna sprawa mianowicie data widniejąca na plakacie. Otóż na jednym z nich zamazana została data wyznaczająca termin mobilizacji i nabito pieczątką nową datę 3 września 1939 roku. Dziwne to tym bardziej, że oficjalna, ogólnokrajowa data określona została na 31 sierpnia. Pierwotnie miała to być data 29 sierpnia, którą skorygowano na prośbę Wielkiej Brytanii - „aby nie prowokować Niemców”.

Różna jest też treść obwieszczenia. Jedne są bardzo lapidarne, inne są bardziej rozbudowane, podają na przykład informację o osobach zwolnionych z obowiązku mobilizacyjnego, sprawy zawieszenia urlopów żołnierzom służby czynnej itp.


Na terenie naszego miasta również spotkaliśmy się z dziwnym odstępstwem od mobilizacyjnego ustalenia. Otóż w przypadku 2 Morskiego Pułku Strzelców mobilizację przyśpieszono o kilka dni. Przeprowadzono ją już po 24 sierpnia to jest przed ogłoszeniem przez Ministra Spraw Wojskowych oficjalnego obwieszczenia. Jak wynika z relacji, wezwania mobilizacyjne doręczano imiennie do rezerwistów posiadających tzw. zielone karty mobilizacyjne (wezwania, czyli karty mobilizacyjne były w różnych kolorach i tak np. mobilizacja powszechna obejmowała rezerwistów z białymi kartami przekreślonymi czerwonym paskiem). Kto taką przyspieszoną mobilizację w przypadku 2MPS zarządził, nie zdołałem ustalić. Faktem jest, że przebiegała ona sprawnie, bo w dniu 31 sierpnia, gdy mobilizowano rezerwistów w całym kraju, żołnierze 2MPS byli już na swoich, bojowych stanowiskach, osłaniając Gdynię od strony Wolnego Miasta Gdańska.

wtorek, 11 marca 2014

Widziane oczami zakonnicy...

Przy wejściu do „starego szpitala”, od strony Placu Kaszubskiego, tam gdzie w latach 30 – tych ubiegłego wieku znajdowała się przyszpitalna apteka, znajduje się niewielka tablica. Upamiętnia ona osobę siostry zakonnej przełożonej gdyńskich Szarytek – Franciszka Berek. To jedna z niewielu pamiątek po tej zasłużonej dla naszego miasta zakonnicy. Kolejną pamiątkę znaleźć możemy w nr 11 „Rocznika Gdyńskiego” z lat 1992 – 93. Tam na stronach 228 – 243 znajdują się notatki siostry Franciszki noszące tytuł „Notatki z dni wojny”. Te czynione na gorąco zapiski zamieścił w „Roczniku Gdyński” ówczesny jego redaktor Jerzy Niciński, zasłużony popularyzator wiedzy o Gdyni i sprawach naszego morza.

Notatki siostry Franciszki Berek obejmują okres od 1 września 1939 roku do 27 grudnia 1939 roku. Po uważnej lekturze tej publikacji zdecydowałem się na wybranie świeckich uwag i spostrzeżeń siostry Franciszki, z pominięciem akcentów religijnych, których, co oczywiste w zapiskach jest sporo. Szczególnie zainteresowały mnie notatki dotyczące pierwszych dni wojny, to jest okres od 1 września do 19 września 1939 roku, czyli do dnia całkowitego opanowania przez Niemców Kępy Oksywskiej. W zapiskach znalazłem sporo uwag i spostrzeżeń nie odnotowanych przez innych autorów piszących o tamtych wydarzeniach. Nie znalazłem ich we wcześniejszych moich lekturach zarówno w publicystyce, wspomnieniach jak też opracowaniach zawodowych historyków. To skłoniło mnie, aby te ciekawostki przytoczyć.

Jak podaje zakonnica, już w godzinach rannych 1 września 1939 roku, przywieziono do szpitala pierwsze ofiary niemieckich nalotów. Najpierw 5 cywilów, a następnie pierwszych kontuzjowanych żołnierzy. W tym pierwszym dniu wojny gdyński szpital przyjął aż 85 rannych. W drugim dniu wojny do naszego szpitala trafiają też ranni obrońcy Helu. Naloty niemieckich samolotów odbywają się codziennie, już we wczesnych godzinach porannych. Ich pojawienie ogłaszają syreny alarmowe. Autorka wspomina o zrzuceniu na miasto bomb zapalających. Tak między innymi zbombardowany został Dom Marynarza Szwedzkiego.

W dniu 4 wrześniu 1939 roku do szpitala trafia 6 rannych Niemców. Przyjmuje się ich do wydzielonych pomieszczeń na 5 piętrze.

Komendantem szpitala zostaje dr Cetkowski. Równocześnie do służby wojskowej powoływani są inni lekarze. Już 5 września 1939 roku w szpitalu pojawiają się trudności z lekami, a konkretnie braki materiałów opatrunkowych.

W dniu 6 września 1939 roku szpital przy Placu Kaszubskim jest przepełniony. Uruchomiony zostaje dodatkowy szpital w Domu Kolejarza. Tak więc poza szpitalem przy Placu Kaszubskim czynne są szpitale dodatkowe, w Szkole Morskiej, w Domu Kolejarza, przy Komendzie Portu Wojennego na Oksywiu i szpital na Babich Dołach w obiekcie kwarantanny.

Dnia 7 września 1939 roku, ewakuowanych zostanie 25 lżej rannych ze szpitala przy Placu Kaszubskim do szpitala w Szkole Morskiej. W następnym dniu do Szpitala trafia kilku rannych ze zbombardowanych okrętów na Zatoce Gdańskiej. Między innymi trafia tu ranny Stanisław Kosko, komendant zmobilizowanego statku żeglugi przybrzeżnej m/s „Gdynia”. Kapitan Stanisław Kosko umiera w wyniku odniesionych ran.

W dniu 9 września 1939 roku, w Gdyni wystąpiły braki chleba. Wprawdzie zboża jest w mieście pod dostatkiem, lecz miasto nie posiada własnego młyna. W mieście przed sklepami ustawiają się kolejki. Do szpitala trafiają ranni żołnierze spod Wejherowa i Kacka. Stan niektórych jest bardzo ciężki, kilku umiera.

W 10 dniu walki Niemcy zbliżyli się do przedmieść Gdyni. Widoczne były łuny w okolicach Redy i Rumi. Ponownie ewakuowano część rannych do Szpitala w Szkole Morskiej, a także przyjęto aż 50 rannych (w tym kobiety i dzieci), poszkodowanych przez bombę na Demptowie.

W dniu 11 września 1939 roku, sytuacja aprowizacyjna w mieście była katastrofalna. Brakowało chleba, mleka i mięsa. Zaopatrzenie szpitala było znośne z uwagi na pomoc władz miejskich i miejscowych przedsiębiorstw i instytucji. Przez cały dzień miał miejsce wzmożony napływ rannych. Wieczorem tego dnia dowieziono tu aż 66 rannych żołnierzy.

W kolejnym dniu nastąpił dalszy napływ rannych żołnierzy (55 osób). Siostra Berek odnotowuje bombardowanie Rumi, Chyloni i Grabówka. Szpital zaczyna piec chleb we własnym zakresie, z mąki uzyskanej od miasta.

13 września 1939 roku, podejmowane są próby uzyskanie mleka i warzyw z tzw. centrali miejskiej w Suchym Dworze. W tym dniu około godziny 16 wstrzymano dopływ prądu do szpitala. Powoduje to duże utrudnienia w pracy szpitala, między innymi unieruchomione są windy przewożące rannych. Do kierownictwa szpitala dochodzą wieści o zamiarze poddania miasta.

14 września 1939 roku, około godziny 8 zjawiają się Niemcy. Przeprowadzone są rewizje i lustracje pomieszczeń szpitalnych. Lżej rannych ewakuuje się do Szkoły Morskiej, a 3 i 4 piętro szpitala zajmują Niemcy. W tym dniu do Gdyni przybywa Gestapo.

W kolejnym dniu pojawiają się pierwsi niemieccy sanitariusze. Nadal brak prądu. Pojawiają się też problemy z wodą, bo wodociągi miejskie są częściowo uszkodzone.

Oksywie nadal walczy!

Niemcy już zmieniają nazwy ulic i placów w mieście. Oczekiwany jest przyjazd Hitlera do Gdyni, który przebywa już w Gdańsku.

Wzięci przez Niemców zakładnicy nadal przebywają w zamknięciu. Szpital oczekuje wizyty Hitlera, do czego jednak nie dochodzi.

Godziny popołudniowe 19 września 1939 roku kończą się walki na Kępie Oksywskiej.


W całej Gdyni panoszą się już Niemcy.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Wejherowska Kompania Harcerzy – mało znany epizod z obrony Wybrzeża we wrześniu 1939 roku

Wojna obronna 1939 roku należy do lepiej zbadanych i opisanych okresów w naszych dziejach najnowszych. Pomimo tego zdarzają się epizody mało znane, pełne białych plam, nieścisłości bądź wykluczających się opisów i relacji. W takich przypadkach osiągnięcie obiektywizmu w prezentacji zdarzeń jest sprawą trudną, a rzetelność opisu zasługuje na najwyższe uznanie.

Sztuka taka udała się Pawłowi Szafce nauczycielowi z Wejherowa, który po latach zebrał relacje 33 uczestników i świadków wydarzeń i zaprezentował je w książce W. Tyma i A. Rzepniewskiego pt. „Gdynia 1939”. W oparciu o ten materiał, a także „Bedeker Wejherowski” Reginy Osowickiej, oraz inne opracowania dotyczące walk 1 Morskiego Pułku Strzelców (post na temat MPS jest tutaj) w obronie Wybrzeża, wyłania się następujący obraz wydarzeń. Obraz tym bardziej wiarygodny, że pochodzi od inicjatora i organizatora Kompani Harcerskiej podporucznika rezerwy Pawła Szafki, wejherowskiego nauczyciela przysposobienia wojskowego i wychowania fizycznego.

Paweł Szafka był pomysłodawcą zorganizowania harcerskiego oddziału. Pomysłem swoim zainteresował podpułkownika Kazimierza Pruszkowskiego dowódcę 1 Morskiego Pułku Strzelców stacjonującego w Wejherowie, a także starostę powiatu Antoniego Potockiego i burmistrza Wejherowa Teodora Bolduana.

Ostateczna decyzja powołania harcerskiej kompani zapadła w dniu 26 sierpnia, po ogłoszeniu mobilizacji, na naradzie w Starostwie Powiatowym. Tam też podjęto kilka dalszych ustaleń organizacyjnych. Ustalono mianowicie, że obsadę kadrową kompani zapewni 1 MPS, rejestrację ochotników przeprowadzi Powiatowa Komenda Przysposobienia Wojskowego, określono nazwę kompani, ustalono że nabór ochotników będzie miał charakter otwarty, to znaczy, że przyjmowane będą osoby nie zrzeszone w ZHP. Ustalono też, że nabór obejmie młodzież obu płci, warunkiem było ukończone 16 lat. Gotowość oddziału ustalono na dzień 2 września 1939 roku, na godzinę 12.00 i niezwłocznie przystąpiono do zbiórki broni i oporządzenia.

Do 29 sierpnia zebrano 73 sztuki broni różnych typów i od tego dnia przystąpiono do intensywnego szkolenia ochotników na poziomie pojedynczego strzelca. Dowództwo kompani objął por. Ludwik Dujanowicz, a szefem kompani został sierż. Stanisław Rogoś. Kompania liczyła ostatecznie 120 ochotników i składała się z trzech plutonów. Plutonem I składającym się z dwóch drużyn dowodził sierż. Franciszek Szenderłata, a plutonem II także składającym się z dwóch drużyn dowodził sierż. Jan Jakubowski. Te dwa plutony stanowiły siłę bojową kompani, natomiast pluton III dowodzony był przez instruktorkę PCK Jadwigę Czernik i był to pluton sanitarny, w którym poza czterema chłopakami były same dziewczyny. Składał się on z czterech patroli sanitarnych, a także z trzech furmanek przewidzianych do transportu rannych.

Dowództwo kompani zajęło miejsce postoju w domu przy głównej ulicy Wejherowa przy obecnej ul. Sobieskiego 257. Zwerbowana młodzież natomiast to mieszkańcy Wejherowa i okolicznych wiosek. Połowę kompani około 55 osób stanowili harcerze, pozostali to uczniowie szkół średnich i klubów sportowych oraz członkowie Przysposobienia Wojskowego.

W sporządzonym po latach wykazie, naliczyć można 15 dziewczyn, z tym zastrzeżeniem, że wykaz obejmuje tylko 111 osób, a niektóre nazwiska podawane są bez imienia, a więc mogą dotyczyć dziewczyn lub chłopaków. Poza tym, wykaz jest niepełny, a w czterech przypadkach ujęto osoby „NN”.

Jak zakładano, z dniem 2 września, kompania była gotowa do działań bojowych. W dniu tym wydano pierwszy i jedyny rozkaz dzienny. Określał on skład organizacyjny i osobowy tej jednostki. Wnet też skierowano poszczególne drużyny w rejon akcji. 1 drużynę I plutonu wysłano w rejon wsi Orle niedaleko jeziora Żarnowieckiego i ówczesnej granicy Polsko – Niemieckiej. 2 drużynę I plutonu wysłano do Bolszewa. W miejscowościach tych drużyny pełniły służbę wartowniczą odciążając żołnierzy WP.

Pluton II zakwaterowano w folwarku Naniec, a jego drużyny poza służbą wartowniczą patrolowały południowo – zachodnie przedpole Wejherowa. W dniu 6 września część II plutonu przerzucono z Nanic do Wielkiej Piaśnicy, a stąd po dozbrojeniu w granaty ręczne i dodatkową amunicję w rejon Rybna. Tu doszło do nocnego starcia z Niemcami, w którym rany odniósł jeden ochotnik. Zdobyto nieco broni i sprzętu, wzięto do niewoli dwóch Niemców. Był to pierwszy boj wejherowskich harcerzy w tej batalii.

Następnego dnia 7 września swój chrzest bojowy przeszły sanitariuszki z patrolu dowodzonego przez Wandę Piotrowicz. Patrol znajdował się wtedy we wsi Biała. Natarcie niemieckiej piechoty wspierała artyleria. Atakując nocą z 7 na 8 września, pod bezpośredni ogień dostały się sanitariuszki, które udzielały pomocy licznym rannym. Nad ranem 8 września ostrzał artylerii nasilił się. Korzystając z furmanek i przypadkowych samochodów przeprowadzono pod ostrzałem ewakuację punktu sanitarnego i znajdujących się tam rannych ze Śmiechowa.

Tymczasem 7 września Ochotnicza Kompania Harcerska skierowana została do Redy, gdzie zakwaterowano ją w rejonie dworca kolejowego. Noc z 7/8 września przeznaczono na wypoczynek, ale już rankiem 9 września po dozbrojeniu ochotników w ręczne granaty skierowano ich na linię frontu, w rejon Białej Rzeki i na wschód od Redy. Tam okopano się, już około godziny 10.00 Niemcy rozpoczęli walki o Ciechocino. Około 14.30 wyszły z lasu pierwsze niemieckie patrole kierując się wprost na pozycję ochotników. Niemiecki atak został odparty, przynosząc nieprzyjacielowi spore straty. Niemcy w tej sytuacji wycofali się, a do akcji wkroczyła ponownie artyleria i moździerze. Nawała artyleryjska trwała kilkadziesiąt minut. Było mnóstwo zabitych i rannych, których pośpiesznie ewakuowano do Redy i Rumi. Około 16.00 Niemcy ponowili atak piechoty. Ochotnicy bronili się dzielnie wykorzystując w walce na bliską odległość granaty.

Dysponując znaczną przewagą Niemcy kontynuowali atak. Gdy niedobitki ochotników zamierzały zmienić pozycję obronną, przygniótł ich silny ogień z broni maszynowej. To był w tym rejonie koniec walki. Resztki pododdziału wzięto do niewoli.

Jak później ustalono na pozycję ochotników nacierał III batalion 322 pułku piechoty niemieckiej, dowodzony przez mjr Diesta. Ten mszcząc się za poniesione straty wydał rozkaz rozstrzelania młodocianych jeńców. Chłopcy zrozumieli jedno słowo „erschessen”. Nie czekając na wykonanie rozbiegli się na różne strony. Z 13 zbiegów Niemcy zastrzelili dwóch, pozostałym udało się uciec.

Resztki harcerskiej kompani zebrały się w Kazimierzu by kontynuować walkę na Kępie Oksywskiej. Część kompani już wcześniej dołączyła do wycofujących się oddziałów 1 MPS.

Dziewczęta, które wycofały się do Białej Rzeki znalazły się na skraju lotniska w Rumi. Tam zaimprowizowały polowy punkt medyczny, czynny do 10 września. Nieco wcześniej ciężko rannych z tego punktu ewakuowano do Gdyni na Grabówek, do szpitala uruchomionego w Szkole Morskiej. Ewakuację tę wykonano korzystając z zaimprowizowanego pociągu „Smok Kaszubski”. Rannych, których nie zdołano ewakuować, rozmieszczono w kościele i szkole. Wszyscy oni dostali się do niewoli. Dziewczęta sanitariuszki Niemcy zwolnili do domów.

Natomiast na zbiegłych chłopców i innych uczestników walk w ramach Kompani Harcerskiej zorganizowano pościg i poszukiwania. Większość z nich wyłapano i potraktowano jako bandytów. Zostali rozstrzelani w dniu 12 września na lotnisku w Rumi. Pozostałych zamordowano w czasie pościgu bądź w wejherowskim więzieniu.

Według ustaleń Pawła Szafki dokonanych już po wojnie, straty osobowe Wejherowskiej Ochotniczej Kompani Harcerskiej przedstawiają się następująco:
  • 20 ochotników zginęło w trakcie walki
  • 22 zamordowali Niemcy po wzięciu do niewoli
  • 6 zmarło na skutek odniesionych ran i kontuzji już po walkach
  • 15 zginęło w walce lub niewyjaśnionych okolicznościach
Tak więc ponad 50 % Kompani zginęła.

Pamięć ich czci ustawiony w Wejherowie w dniu 1 września 1989 roku skromny kamień, na którym jest napis:

„Ochotniczej Kompani Harcerskiej w rocznicę bohaterskiej walki w obronie Wybrzeża i Ziemi Kaszubskiej - Czuwaj!”

poniedziałek, 3 września 2012

Udział gdyńskich kobiet w II Wojnie Światowej


Pomimo narastającego napięcia w stosunkach polsko – niemieckich, napad hitlerowców na Polskę 1 września 1939 roku był zaskoczeniem. Zaskoczeni byli też mieszkańcy Gdyni, którzy pierwsze bomby, jakie spadły rankiem nu lotnisko w Rumi, uważali za manewry. Tak bowiem się złożyło, że z powodu mgły poranny atak lotniczy ominął Gdynię i port.

Wątpliwości rozwiały komunikaty radiowo informujące o napaści na nasz kraj. Osoby nie posiadające radioodbiorników utraciły wszelkie złudzenia, gdy nad miastem rozległy się dźwięki kościelnych dzwonów. To była wojna!

Gdyńskie matki natychmiast zrozumiały, że do ich codziennych obowiązków dochodzą nowe – ochronić dzieci i rodzinę od skutków wojny był priorytetem. Nieliczne kobiety i dziewczęta stanu wolnego przyjęły na swoje barki dodatkowy ciężar – służbę w obronie miasta. To one, angażując się w różne paramili­tarne służby i organizacje, weszły w skład systemu obronnego i wytrwały w nim do końca wojennych zmagań.

W okresie poprzedzającym wybuch wojny dziewczęta szko­liły się intensywnie w zakresie udzielania pierwszej pomocy medycznej, obrony przeciwlotniczej i przeciwgazowej. Gromadziły środki opatrunkowe i leki, szyły tampony przeciwgazowe, a niekiedy uczestniczyły w rekwirowaniu broni i sprzętu potrzebnego do obrony. Z chwilą wybuchu wojny podjęły pracę jako obserwatorki, łączniczki, pomagały w ewakuacji ludności cywilnej, opatrywały ran­nych, pracowały jako szwaczki szyjące bieliznę dla żołnierzy,  po­magały w wojskowych kuchniach.

Po kapitulacji Gdyni, a następnie Oksywia identyfikowały zabitych, zawiadamiały rodziny poległych o losie ich bliskich. Często organizowały pogrzeby poległym i świadczyły pomoc materialną dla osieroconych rodzin. W późniejszym okresie wysyłały paczki żywnościowe do obozów jenieckich. A wysiedlone mieszkanki Gdyni, uczestniczyły w konspiracji na terenie miast w całej Polsce. Niektóre z kobiet włączyły się do bezpośredniej walki z okupantem.

Jak dotąd Gdynia nie uczciła ich pomnikiem.

Aby upamiętnić ich czyny, zdecydowałem się zaprezentować znane mi opracowania wskazującej, gdzie znajdziemy nieco wiedzy na temat poświecenia gdyńskich kobiet w czasie II Wojny Światowej.
Oto one:
- „Dzieje Gdyni”, red. R. Wapiński, wyd. "Ossolineum", Wrocław, 1980,  str. 211.
- „Alarm dla Gdyni”, St. Strumph Wojtkiewicz, , wyd. MON Warszawa, 1978, str. 323, 326.
- „Czuwaj Gdynio” - wspomnienia gdyńskich harcerek i harcerzy 1928, red. J. Ryba, wyd. „Czarna Czwórka” II LO Gdynia, 2011, str. 113.
- „Gdynia 1939 - relacje uczestników walk lodowych”, opr. W. Tym, wyd. Morskie Gdańsk, 1979, Str. 107, 614, 623, 626-627.
- „Rocznik Gdyński”, nr 9, tekst K. Małkowskiego, pt.: „Obrona cywilna Gdyni”, str. 77-80.
- „Wiadomości Gdyńskie”, nr l0/11 z 2001, tekst M. Sikory, pt.: „Polskę umiłowały nad życie”.